Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Nie tylko przez kasę! Oto skrajnie idiotyczne powody, dla których rozpadło się pięć wielkich zespołów muzycznych

45 737  
185   50  
Wszystko zaczyna się w garażu. Po latach wkurzania sąsiadów zespół jakimś cudem podpisuje umowę na wydanie płyty. Album okazuje się sukcesem. Kapela nagrywa kolejne dzieła, jeździ w trasy koncertowe, imprezuje, korzysta z usług upadłych pań i przede wszystkim – zarabia gruby hajs. I nagle, kiedy muzycy są już gwiazdami największego formatu, coś niszczy całą tę misterną konstrukcję. Formacja rozpada się niczym domek z kart. Tak po prostu, wbrew wszelkiej logice i ku zaskoczeniu fanów. Czasem powód rozłamu w grupach, które dotarły na szczyt, potrafi być całkiem idiotyczny…

#1. The Pixies – wszystko przez zazdrość

Ta bostońska formacja zawojowała rockową scenę swoimi prostymi (ale i dość intrygującymi) numerami, a fascynację muzyką serwowaną przez ten zespół deklarowali tacy artyści, jak chociażby Kurt Cobain czy David Bowie. Trochę więc szkoda, że po siedmiu latach dość owocnej kariery The Pixies się rozpadło. A wszystko to przez zwykłą zazdrość. Black Francis – frontman grupy, autor kompozycji i główny wokalista – ściągnął do swego projektu basistkę Kim Deal, w praktyce jedyną osobę, która odpowiedziała na zamieszczony w gazecie anons. Nie spodziewał się jednak, że charyzmatyczna artystka stanie się jego główną rywalką.


Dziewczyna była prawdziwą sceniczną bestią uwielbianą przez fanów kapeli, ale przede wszystkim miała spore zakusy na dodanie swego twórczego wkładu do kompozycji pisanych przez Francisa. A tymczasem lider grupy wcale nie chciał konkurencji na scenie ani poza nią. Robił więc wszystko, aby ukrócić zapędy swej koleżanki. Tarcia pomiędzy muzykami nasilały się coraz bardziej, czego kulminacją było rzucenie przez Francisa podczas jednego z występów gitarą w Kim. W odpowiedzi Deal odmówiła występu z The Pixies podczas koncertu we Frankfurcie. Jak zespół zakończył swą działalność? Przez wiadomość wysłaną przez Francisa faksem do pozostałych członków formacji.


#2. The Smiths – bo Morrisey chciał cover nagrać

Melancholijny rock grany przez The Smiths może i nie każdemu przypadł do gustu, ale nie zmienia to faktu, że grupa, za której sterami stał Morrisey, zyskała wielką sławę, mimo że istniała przez zaledwie pięć lat. Wspomniany lider razem z gitarzystą Johnnym Marrem doprowadzili do mocnych napięć wewnątrz formacji. Głównie przez kwestie finansowe. Obaj panowie brali dla siebie po 40% dochodów z działalności The Smiths, zostawiając dwóm pozostałym członkom zespołu marne 20% do podziału. Skończyło się to wytoczeniem przez muzyków, zawiedzionych postawą swych kolegów, prawnych dział w walce o poszanowanie ich wkładu w rozwój grupy.


Tymczasem i sam Marr coraz bardziej wkurzony był na Morriseya. Szczególnie irytowała go obsesja kolegi na punkcie nagrywania coverów popowych gwiazd lat 60. Kiedy więc wokalista postanowił przerobić kawałek „Work is a Four-Letter Word” Cilli Black, gitarzysta (ale także i reszta zespołu) wyraził swoje niezadowolenie tym pomysłem. W rezultacie numer ten był ostatnią rzeczą, jaki członkowie The Smiths nagrali podczas swego finalnego spotkania w studio.

#3. The Kinks – bo ciasto „się” zgniotło

Słyszeliście kiedyś o tzw. brytyjskiej inwazji? To okres w historii tamtejszego rocka, kiedy to wyspiarskie zespoły szturmem zaczęły podbijać listy przebojów na całym świecie. Wśród takich gigantów jak chociażby The Beatles czy The Rolling Stones znalazła się też grupa The Kinks, która karierę swoją rozwijała od 1963 roku. Formacja założona przez braci Dave’a Daviesa i Raya Daviesa istniała przez 40 lat, a w 1990 roku wprowadzona została do Rock and Roll Hall of Fame.


W tym też czasie popularność weteranów brytyjskiego rocka wyraźnie zaczęła spadać. Jednak to nie słabszy popyt na tego typu granie stał za ostatecznym rozpadem zespołu. Głównym problemem były tu nieustanne tarcia między braćmi Davies. Zwieńczeniem tej toksycznej, rodzinnej relacji był dzień, w którym to Ray zorganizował imprezę z okazji 50. urodzin Dave’a. A zrobił to tylko po to, aby w najważniejszym momencie wleźć na stół, wygłosić krótkie przemówienie, a następnie w teatralny sposób, na oczach zgromadzonych, rozdeptać tort. Po tym wydarzeniu Dave śmiertelnie obraził się na Raya, a w późniejszych wywiadach otwarcie nazywał go skończonym dupkiem. Od tego czasu bracia omijają się z daleka, a szumnie zapowiadana reaktywacja The Kinks pozostaje póki co deklaracją bez pokrycia.


#4. Rage Against the Machine – głupi żart, który przelał czarę goryczy

Atmosfera wewnątrz Rage Against the Machine od dawna nie była najlepsza. Członkowie zespołu kłócili się dosłownie o wszystko. Zack De la Rocha – wokalista grupy – wspominał, że muzycy potrafili skakać sobie do gardeł podczas zwykłej rozmowy o kolorze koszulek, w jakich artyści mieli wystąpić na scenie. Jednak to wydarzenie, które miało miejsce podczas imprezy MTV Music Awards w 2000 roku, stało się powodem dla ostatecznego zakończenia działalności RATM.


Kapela dała wówczas krótki występ. Niedługo potem na scenie pojawił się zespół Limp Bizkit, aby zgarnąć nagrodę za najlepszy teledysk. Wówczas to, na oczach widzów i kamer, Tim Commerford (basista RATM) wspiął się na sceniczne rusztowanie i kategorycznie odmawiał zejścia na dół. Zażenowany De la Rocha podobno opuścił wówczas salę, bo zarówno on, jak i gitarzysta zespołu, Tom Morello, stanowczo odradzali swemu koledze robienie jakichkolwiek głupich numerów podczas tej imprezy.


Po tym incydencie wokalista wydał oświadczenie informujące, że opuszcza grupę. Muzyk zajął się rozwijaniem nowych projektów, a reszta kapeli zaprosiła do współpracy Chrisa Cornella i przemianowała się na Audioslave.
Rage Against The Machine reaktywowało się dopiero po siedmiu latach od słynnej awantury i od tego czasu regularnie koncertuje. Nic jednak nie wskazuje na to, aby zespół zaszczycił nas nowym albumem. Tym bardziej że na początku tego roku grupa… ponownie się rozpadła.

#5. Simon & Garfunkel – bo wielki pan muzyk gwiazdą filmową chciał zostać

A oto i jedna z najpopularniejszych grup lat 60. Paul Simon i jego kolega ze szkolnej ławki Art Garfunkel stworzyli mnóstwo niezapomnianych hitów. Głównie utrzymanych w konwencji dość smętnego podśpiewywania do akompaniamentu gitary akustycznej. Po 13 latach wspólnej przygody dawni przyjaciele wyraźnie się od siebie oddalili. W 1970 roku duet wydał album „Bridge over Troubled Water”, który to osiągnął wielki sukces w 11 krajach świata i stał się, na tamten moment, najlepiej sprzedającym się albumem wszech czasów.


W czasie prac nad tym wydawnictwem panowie dostali propozycję występu w filmie „Paragraf 22”. Mimo że początkowo obaj zostali zakontraktowani, to scenarzysta Buck Henry uznał, że w produkcji tej jest już zbyt dużo postaci i postanowił wykreślić bohatera granego przez Simona. Prace na planie zdecydowanie przeciągnęły się, więc Art nie mógł na czas nagrać nowych kompozycji. Po złapaniu aktorskiego bakcyla Garfunkel chciał kontynuować przygodę z kinem.


Ostateczną wisienką na torcie napiętej sytuacji między przyjaciółmi było to, że Art przyjął propozycję pojawienia się w filmie „Carnal Knowledge” i nie poinformował o swej decyzji Simona. Ten ostatni, dowiedziawszy się o planach kolegi, rozwiązał zespół.
Przez kolejne dekady Art i Paul wiele razy występowali wspólnie na scenie, a nawet nagrali parę wspólnych numerów. Przy okazji co i rusz kłócili się ze sobą, obrażali się na długie lata, godzili się i zapowiadali wspólne projekty, aby po chwili znowu robić publiczne dramy i ponownie nie odzywać się do siebie przez długi czas. Ostatnio strzelili focha parę lat temu, więc możliwe, że niedługo znowu na moment zakopią wojenny topór.


Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6
3

Oglądany: 45737x | Komentarzy: 50 | Okejek: 185 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Sprawdź swoją wiedzę!
Jak to drzewiej bywało