Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Czy wieści o zakonie Iluminatów to tylko teoria spiskowa? Otóż nie...

20 239  
129   19  
Każdy ma takiego znajomego, co to niby nie paraduje w czapeczce wykonanej z (zajumanej mamie z kuchni) folii aluminiowej, ale jednocześnie głosi na lewo i prawo teorie, które każdemu zdrowemu człowiekowi wywróciłyby trzewia na drugą stronę. Czego tam nie ma? Żydowskie spiski, płaska Ziemia, pandemia wymyślona przez reptilian, smażenie ludzkich mózgów za pomocą nadajników 5G… Są też i oni. Najpotężniejsi, kontrolujący cały świat przedstawiciele tajnej loży, do której należy śmietanka osób pociągających za wszystkie sznurki. Wierzcie lub nie, ale wśród wielu niedorzecznych teorii ta akurat ma w sobie coś z prawdy.
Oświecenie miało do siebie to, że wielu filozofów tamtej epoki jawnie sprzeciwiało się ingerowaniu Kościoła w sprawy świeckie, nawoływało do budowania światopoglądu na racjonalnych fundamentach i zamiast Boga na piedestał stawiało rozum. Te idee trudno było rozwijać ludziom nauki skupionym wokół niemieckiego Uniwersytetu w Ingolstadt. Uczelnia ta bowiem opanowana została przez byłych jezuitów, których to zakon rozwiązano parę lat wcześniej. Był koniec XVIII wieku, a panoszący się eks-zakonnicy dosłownie wyparli z tej prestiżowej szkoły wyższej wszystkich niezwiązanych z dawnym zgromadzeniem nauczycieli.
Wszystkich oprócz Adama Weishaupta. Ten bawarski filozof był oświeceniowcem pełną gębą – głosił potrzebę walki z zabobonami i ignorancją oraz nie gryzł się w język, gdy przyszło dyskutować na temat chrześcijańskich dogmatów. Trudno się więc dziwić, że w pedagogicznym gronie nikt go specjalnie nie lubił. Aby z tak rewolucyjnymi poglądami móc dotrzeć do przyszłości niemieckiego narodu, Weishaupt organizował tajne spotkania, podczas których mógł przekazywać młodym słuchaczom swoją wiedzę. Początkowo były to kółka czytelnicze, ale z czasem organizacje te zaczęły ewoluować w stronę podziemnych stowarzyszeń.


Filozof wzbraniał się przed tworzeniem kolejnej organizacji masońskiej, bo otwarcie krytykował też wszelkiej maści wolnomularskie stowarzyszenia, ale to właśnie dzięki nawiązaniu współpracy z prominentnym członkiem loży Zum gekrönten Löwen (Pod koronowanym Lwem), baronem Adolphem Knigge, udało mu się zorganizować prawdziwy „zakon”. Knigge, dolnosaksoński szlachcic, znany dziś w Niemczech z tego, że sformułował jeden z pierwszych w historii tego kraju podręczników savoir-vivre’u – „Über den Umgang mit Menschen” („O obchodzeniu się z ludźmi”) – zafascynowany był ideami Weishaupta i postanowił mu pomóc. W ten sposób powstał Illuminatenorden, czyli Zakon Iluminatów – zgrupowanie mocno wzorowane na wolnomularskich lożach, które szybko zaczęło kusić bawarskich masonów. Tym bardziej że w tamtym okresie niemiecka masoneria przeżywała poważny kryzys.
Iluminaci się rozrastali. Wzrost ten był jednak bardziej ilościowy niż jakościowy. Wkrótce zakon pękał w szwach od tłumnie przystępujących do niego członków. Weishaupt, któremu zależało na sformowaniu organizacji dla wartościowych i przydatnych ludzi, nie był zachwycony tym, że Adolph zwerbował do jego zakonu tłumy przypadkowych indywiduów. Knigge tymczasem wściekał się, że jego kolega nie docenił pracy, która została włożona w pozyskanie „świeżej krwi” do stowarzyszenia.


Podczas gdy główne władze Iluminatów skakały sobie do gardeł, organizacja znalazła się pod lupą przedstawicieli niemieckiej klasy najwyższej – w licznych szeregach zgrupowania znaleźli się mężczyźni ściśle związani z monarchią. Prawdopodobnie znaleźli się tam, aby inwigilować jego działalność. W tajnych zrzeszeniach tego typu upatrywano bowiem rewolucyjnych prób obalenia dawnego porządku, co oczywiście nie było władzom na rękę, bo bezpośrednio uderzało w ich pozycję. I tak też w 1784 roku król Karol IV Teodor wydał dekret delegalizujący wszelkie nielegalne związki, w tym także i Iluminatów. Tym samym dał sygnał do rozpoczęcia prześladowań – wielu dawnych członków organizacji Weishaupta pozbawionych zostało swych majątków, kilku musiało dać dyla z kraju, a niejeden wyleciał na zbity pysk z pracy. Jako że zakon nadal istniał i organizował (jeszcze tajniejsze niż wcześniej) spotkania, w 1787 roku obwieszczono, że odtąd każdy iluminata lub mason zostanie skazany na śmierć, jeśli udowodni mu się przynależność do zdelegalizowanej organizacji. Ten argument podziałał znacznie lepiej niż zwykły zakaz.


Tu w zasadzie kończy się prawdziwa historia Iluminatów. Można by na tym akcencie elegancko sfinalizować ten artykuł i wrócić do przeglądania zakładki z falującymi cyckami, ale wówczas zostawilibyśmy was z dużym niedosytem. Powiedzmy więc sobie teraz o tym, jak to się stało, że organizacja propagująca piękne oświeceniowe idee, głosząca potrzebę racjonalnego podejścia do otaczającego nas świata i zachęcająca członków do rewolucyjnych wobec władzy postaw, stała się bohaterką najpopularniejszych teorii spiskowych.
Wszystko zaczęło się jeszcze w czasach istnienia bawarskich Iluminatów. Jak już było wspomniane, Weishaupt mocno zaszedł za skórę swym jezuickim kolegom i jeszcze zanim razem z baronem Knigge wpadli na pomysł stworzenia tajnej organizacji, był obiektem niewybrednej krytyki oraz plotek. Po jej rozwiązaniu w pewnych kręgach krążyły teorie, jakoby to właśnie dawni członkowie zdelegalizowanego ugrupowania odpowiedzialni byli za wybuch rewolucji francuskiej.


Prym w nagłaśnianiu tej plotki wiódł niejaki Augustin Barruel – dawny jezuita, który po zlikwidowaniu tego zakonu został autorem poczytnych książek i dziennikarzem. Nazywał on Weishaupta „diabłem wcielonym”, twierdząc, że to właśnie on odpowiedzialny jest za rewolucyjny zryw Francuzów i to przez niego nieszczęsny Barruel musiał uciec z kraju i klepać biedę w Anglii…


W tych rewelacjach należy się też doszukiwać powodu, dla którego członkowie zakonu Iluminatów są obecnie uważani za odłam masonerii. Otóż każdy z największych przywódców rewolucji francuskiej był członkiem loży masońskiej, więc podpięcie osób skupionych wokół zgrupowania założonego przez Weishaupta do szeroko pojętego wolnomularstwa było na rękę głosicielom teorii o związku Iluminatów z wydarzeniami, których początek miał w 1789 roku.
Jak się jednak okazało – ta pozbawiona większego sensu teoria szybko została podchwycona i wydostała się poza granice Francji. I tak też w 1798 roku po złowrogich Iluminatów sięgnęli duchowni związani z kościołem anglikańskim, zaczytani w dziełach Barruela oraz Johna Robisona, innego propagatora teorii łączącej związek zakonu z rewolucją. Tym razem złowrodzy Iluminaci mieli kryć się w szeregach Partii Demokratyczno-Republikańskiej, a czołowym arcyłotrem był sam Thomas Jefferson – założyciel tejże formacji politycznej.


Przez kolejne wieki Iluminaci mieli wielkie szczęście do swego „udziału” we wszelkiej maści spiskach i knowaniach. Z czasem wyraźnie widać, że powoli zacierała się granica pomiędzy bawarskim zakonem a masonerią oraz… Żydami. Ba, w pewnym momencie z góry zakładano, że twórcami najbardziej podłych spisków są żydowscy masoni należący do tajnej organizacji Iluminatów.
Mijały więc lata, a Iluminaci gdzieś tam nadal krążyli w świadomości społeczeństw. I tak sobie dotrwali oni do XX wieku. A konkretnie do lat 60., gdy Stany Zjednoczone przeżywały swój kontrkulturowy epizod, a cały świat trząsł portkami w strachu przed rozpętaniem się nuklearnej wojny pomiędzy zwaśnionymi mocarstwami.
Na amerykańskim gruncie dekadę wcześniej narodził się dyskordianizm, czyli dziwaczny twór będący parodią religii. I to niejednej. Twórcy tego dziwacznego tworu garściami czerpali zarówno z chrześcijaństwa, jak i chociażby buddyzmu. Aby zaprezentować wam, godny chyba tylko śmieszków z Monty Pythona, poziom absurdów głoszonych przez dyskordian, przytoczmy pierwsze z pięciu przykazań tego ruchu:

„Nie ma Bogini poza Boginią, która jest Twoją Boginią. Nie ma Ruchu Eryzyjskiego poza Ruchem Eryzyjskim, którym jest Ruch Eryzyjski. A każdy Korpus Złotego Jabłka jest ukochanym domem Złotego Robaka”.

Wszelkie zasady wiernych zostały zaprezentowane w świętej księdze „Principia Discordia”, której współtwórcą był Robert Anton Wilson – gość uważany za papieża dyskordianizmu. Człowiek ten nie stronił od środków psychoaktywnych. Palił dużo trawki, gustował w LSD oraz chętnie eksperymentował z meskaliną. Oprócz pisania książek na temat zjawisk paranormalnych i metafizyki, Wilson był też redaktorem „Playboya”, gdzie jednym z jego zajęć było redagowanie listów przesyłanych do redakcji. W tamtym okresie, nieco otumaniony psychodelicznymi klimatami i czkawką po szaleństwach Lata Miłości, Robert razem z przyjacielem, z którym to stworzył dyskordianizm, Kerrym Wendellem Thornleyem, postanowił tchnąć życie w nowy projekt. Panowie nazwali go „Operacją Mindfuck”.


Był to absurdalny żart polegający na wykorzystaniu wszelkich środków do siania „celowej kampanii rewolucyjnej dezinformacji”. W praktyce zaś – chodziło o wymyślenie tajnej organizacji, której to działalności miano przypisać wszelkie nieszczęścia narodowe, katastrofy i spiski. Nawet jeśli pseudonaukowe dowody oraz „łączenie kropek” miałyby z daleka trącić skrajną głupotą.
Panowie postanowili więc sięgnąć po zakon Iluminatów – wszakże ta bawarska organizacja z końca XVIII wieku miała dużo szczęścia do przypisywania im spiskowych teorii. Pierwszym krokiem „Operacji Mindfuck” było wykorzystanie „Playboya” jako nośnika przekazu. Thornley i Wilson zaczęli preparować listy do redakcji, w których to opowiadali o istnieniu podziemnej organizacji złożonej z niesamowicie wpływowych ludzi, którzy, no cóż – knuli, krzywdzili i generalnie robili bardzo, bardzo złe rzeczy. Aby wprowadzić do swego projektu trochę chaosu, panowie tworzyli nawet listy będącymi odpowiedziami na poprzednio wydrukowane sensacje od rzekomych czytelników. Już na tym etapie widać było, że temat zaskoczył, a Iluminaci powoli wracali do mody.


Kiedy już podłoże było odpowiednie przygotowane, Robert Anton Wilson razem z innym pisarzem, Robertem Sheą, wydał serię trzech książek pt. „The Illuminatus! Triolgy” – były to komiczne opowieści pełne seksu, wulgarnego humoru i (jakżeby inaczej!) teorii spiskowych.


Podobnie jak to później zrobił Dan Brown w swych dziełach, autorzy bardzo wdzięcznie balansowali pomiędzy fikcją a dowodami mającymi w sobie na tyle dużo prawdy, że czytelnicy mogli potraktować je na serio. To właśnie tam pojawił się popularny motyw Oka Opatrzności – elementu symboliki znajdującej się na odwrotnej stronie Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych.


W tym wypadku przypisano ten znak Iluminatom, mimo że bliżej jej do symboliki masońskiej. Otóż grafika ta, odwołująca się do starożytnego Oka Horusa, trafiła do powszechnego użycia przez członków ugrupowań masońskich dopiero w 1797 roku, podczas gdy pieczęć z tym symbolem stworzono w 1782 roku… Ponadto jedyną osobą związaną z masonerią, wśród członków komitetów projektujących Wielką Pieczęć, był Benjamin Franklin. A tak się złożyło, że akurat jego pomysły na grafikę zostały stosunkowo szybko odrzucone.


To tylko jedna z wielu teorii spiskowych, które Wilson i Shea upchnęli w swych książkach. Najbardziej szalona mówiła, że Adam Weishaupt zamordował Jerzego Waszyngtona, przejął jego tożsamość i został prezydentem USA!
Zgodnie z tym, czego pragnęli autorzy książek, wiele osób poważnie potraktowało ich treść i dość bezrefleksyjnie puszczało w obieg rewelacje o iluminackich szachrajstwach, tajnych lożach i globalnej kontroli nad Ziemią przez małą grupkę tajemniczych złoli. Aby kuć żelazo póki ciepłe, Wilson do spółki z Steve'em Jacksonem, projektantem planszowych gier, wypuścił na rynek karciankę RPG pod nazwą „Illuminati”.


Gracze wcielali się w role członków tytułowej organizacji walczących o władzę nad światem. Gra okazała się wielkim sukcesem i w późniejszych latach sprzedawano dodatki do niej. I chociaż wydawnictwo to było niczym innym, jak kolejnym żartem Wilsona, który sumiennie wykonywał idee stworzone podczas układania szczegółów „Operacji Mindfuck”, to po latach okazało się, że wraz z innymi autorami gry nieświadomie wykonali kawał dobrej roboty. Otóż wiele z kart prezentuje grafiki, które z łatwością można by połączyć z historycznymi wydarzeniami mającymi miejsce długo po wydaniu „Illuminati”!

Atak na World Trade Center? Proszę bardzo!


Zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich? O tutaj.


Wybuch pandemii? Również się znajdzie.


Plaga poprawności politycznej? Jeszcze jak!


Wzrost aktywności „homoseksualnego lobby”? Taka karta też była w zestawie.


Te i inne obrazki z kart „Illuminati” nie mogły przecież pozostać niezauważone przez dzielnych tropicieli spisków, którzy dość szybko… stworzyli nowy spisek mówiący o tym, że Robert Anton Wilson i ludzie pracujący nad tym wydawnictwem doskonale wiedzieli, jakie atrakcje chcą nam zaserwować wstrętni złole z tajnego zakonu. Aby pokazać, jak bardzo są oni bezkarni i jak bardzo sobie z nas kpią, opowiedzieli o swych niecnych planach za pośrednictwem tegoż właśnie karcianego wydawnictwa.

„Być może za tą grą stoją Iluminaci?” – retorycznie zapytał Robert Shea we wstępie do instrukcji gry.

Cóż, z definicji ONI stoją za wszystkim, czyż nie?

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10
4

Oglądany: 20239x | Komentarzy: 19 | Okejek: 129 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Sprawdź swoją wiedzę!
Jak to drzewiej bywało