Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Jak uniknąłem chodzenia do przedszkola, dlaczego zamknąłem firmę i inne anonimowe opowieści

33 233  
275   127  
Dziś przeczytacie m.in. o kompletnie różnym podejściu do opieki nad dzieckiem i mężczyznach, którzy z biegiem czasu zamieniają się w potulne ciapciaki, będzie też o płaczu w Dzień Dziecka i powodach zamknięcia firmy.

#1.


Mając około 4-5 lat musiałem iść do przedszkola (decyzja pracujących rodziców i babci, która miała mnie dosyć).
Oczywiście nie chciałem tam chodzić i swoją niechęć wyrażałem w bardzo dojrzały i sprytny sposób. Nie płakałem jak inne dzieci, nie dostawałem ataków histerii czy tym podobne. To ja doprowadzałem innych do takich stanów.
Na przykład, kiedy ostatni raz do przedszkola odprowadziła mnie mama, zamiast całusa na pożegnanie ze smutną miną zadałem jej pytanie: „Czy ty mnie jeszcze kochasz?”, po czym odwróciłem się i dołączyłem do grupy.
Po jakichś 15 minutach mama zabrała mnie z przedszkola i nigdy tam nie wróciłem. Ciekawe czemu jej makijaż był cały rozmazany...

#2.

Jestem zamężna. Obecnie mamy dziecko. Trafił nam się wyjątkowo atencyjny mały człowiek, który obecnie ma kilka miesięcy. Od początku nie lubi wózka, fotelika, swojego łóżeczka, dlatego codzienna organizacja jest po prostu trudna. Jest to dziecko chciane, kochane. Problem pojawia się w podejściu do dziecka moim i męża. Dziecko ma mamozę, chce być cały czas ze mną albo chociaż mnie widzieć. Jest bardzo ruchliwe, przez co zrobienie czegoś przy nim graniczy z cudem. W momencie kiedy próbuję posprzątać lub ogarnąć coś do obiadu, wspina się wszędzie, wkłada ręce do kontaktu, wychodzi z fotelika etc., ale ma do tego prawo, ponieważ dopiero poznaje świat i mimo wytyczania mu granic jest na tyle małym dzieckiem, że jeszcze ich nie rozumie – to niemowlę. Najczęściej gotuję, ogarniam coś z dzieckiem na ręku, mimo że mąż jest w domu. Nawet jeśli się nim zajmuje, to przez krótką chwilę, a dziecko i tak płacze do mnie. No i teraz się zaczyna...

Notorycznie słyszę od męża, że tak sobie pozwoliłam, że jak dziecko mi płacze, to ja przychodzę i uspokajam (powinnam zostawić, a niech ryczy – tak robi mój mąż), że noszę na rękach itp., itd., ale jak mam tego nie robić, skoro dziecko jest na tyle małe, że tego potrzebuje? Często mówię mężowi, żeby zabrał dziecko na spacer – i okej, bez problemu je bierze, ale wraca po 30 minutach, bo dziecko w wózku płacze, a on nie będzie go przecież nosił, a jak się bawią, to dziecko ryczy, ale ono nie będzie ojcu dyktowało warunków. Jak mówię, że chciałabym coś zrobić dla siebie, to twierdzi, że jestem słabo zorganizowana i że to mój problem. Ale jak mam być zorganizowana, skoro nawet jak pójdzie z nim na spacer, to w 30 minut zdążę ledwo obiad ugotować. Po powrocie oczywiście dziecko ze mną się bawi, a mąż leży. Często jak proszę męża o pomoc, to mówi, że możemy przecież oddać dziecko do żłobka albo do jakiejś opiekunki, jak chcę trochę odpocząć, ale to nie tędy droga... Przecież dziecko ma oboje rodziców.

Dodam, że mąż od porodu nie wstaje do dziecka w nocy, w weekend może spać, ile chce – jak dziecko się budzi, to ja idę z nim bawić, robię śniadanie, karmię, przewijam itp., bo uważam, że skoro mąż pracuje, to należy mu się odpoczynek w nocy w ciągu tygodnia oraz w weekend, bo też przecież jest zmęczony. Sprzątam, prasuję, przygotowuję niektóre rzeczy najczęściej w nocy, żeby jakoś to wszystko ogarnąć, ale jak ciągle słyszę, że jestem słabo zorganizowana, to się odechciewa.
Tyle. Chciałam się po prostu wygadać.

#3.


Moi „rodzice” od zawsze przekładali alkohol nad rodzinę. W lodówce mogło być samo światło (o ile prąd był aktualnie zapłacony), byle na wódkę starczyło.

Dzień Dziecka – nawet nie liczyłam, że ktoś będzie o mnie pamiętał. Aż tu nagle mama mojego chłopaka przynosi nam kawę i ciasto – a do tego mega porcję lodów, kładzie na stole, ściska mnie i mówi, że to na Dzień Dziecka.

Chyba nie muszę pisać, że przez następne 10 minut uspokajał mnie chłopak, bo tak wzruszyła mnie ta sytuacja, że wyłam jak bóbr.

#4.

Jestem sfrustrowana. Nie wiem co robię nie tak z facetami. Poznaję normalnych mężczyzn. I z biegiem związku zaczynają się zmieniać w potulne, bezwolne ciapciaki.

Kiedy wybieram partnera, patrzę między innymi na to, jak podejmuje decyzje. Czy umie je podejmować samodzielnie i przejąć dowodzenie, ale też bierze pod uwagę zdanie innych, czy ja też mam coś do powiedzenia. I każdy z moich partnerów (trzech ich było) z biegiem związku próbuje zrzucić na mnie wszystkie decyzje. Nie jestem typem kobiety, która się czepia, więc opcja, że robią to dla świętego spokoju odpada. Ze wszystkimi rozmawiałam, pytałam, o co chodzi. Zawsze ta sama odpowiedź. Żeby uczynić mnie najszczęśliwszą, jak najszczęśliwszą, żeby wszystko było takie, jak sobie wymarzę.

Mojemu mężowi starałam się nawet odmawiać wprost podjęcia decyzji i zmusić do wybierania samodzielnie, ale ileż można próbować zmusić człowieka do podejmowania decyzji. I odkąd urodziłam bliźniaki, to jeszcze się pogorszyło. Pyta mnie, które spodenki im założyć, którą torbę wziąć na zakupy, czy może zjeść ser, zmienić obrus, ogolić się jutro, a nie dziś. Czy ja mu kiedyś zrobiłam awanturę, że złą torbę wziął? Zjadł ser? Założył im złe spodenki? Nie! Póki coś działa, to jest OK. Czasem zwrócę uwagę, ale to wszystko. Mam zaufanie do niego, że umie zrobić sam i ogarnąć sam. Więc czemu zapomniał, jak się podejmuje decyzje? Już nie wiem jak z nim dyskutować.

#5.


Denerwuje mnie, kiedy ktoś nie przykłada uwagi do tego, co pisze. Nie jestem jakąś wielką ważniaczką i nie uważam też, żeby w codziennych sytuacjach czy wiadomościach pisać wyniośle i jakoś bardzo patrzeć na ortografię czy interpunkcję, ale kurde. Wchodzisz na OLX, chcesz się czegoś więcej dowiedzieć o jakimś przedmiocie, to wielu ludzi pisze jakiś miszmasz, że nie idzie nic z tego zrozumieć. Dosłownie jakby wrzucił przypadkowe słowa do miski i je wymieszał. Tak samo jest w komentarzach na Facebooku (zwłaszcza tam). Rozumiem, że nie każdy jest ekspertem od poprawnej polszczyzny, ale kiedy widzę niektóre posty czy komentarze, to zastanawiam się, jak można aż tak źle to napisać? Jeśli chcesz przekazać jakąś informację, to postaraj się chociaż trochę i napisz to tak, żeby inni mogli to zrozumieć.

#6.

W życiu zawodowym przeżywałem rozczarowanie za rozczarowaniem, więc w końcu złożyłem kolejne wymówienie i założyłem własną działalność. Zapieprz był wprawdzie ten sam, ale za wyraźnie większe pieniądze. Wyrobiłem sobie z czasem rozpoznawalną markę i liczba zleceń rosła, a klienci przez propagandę szeptaną szukali raczej mnie niż ja ich. Zatrudniłem najpierw jednego pracownika, później drugiego i tak moja firma zaczęła się powolutku rozrastać. Liczba wykonanych zleceń przekładała się bezpośrednio na wysokość faktur, więc miałem dokładny wgląd, w jakim stopniu poszczególni pracownicy je wygenerowali. Płaca była z założenia minimalna + 30% jako podstawa + ok. 40% z tego, kto co wypracował powyżej tych kosztów. Kilka lat szło to dobrze, covidowe zawirowania przeszły obok nas. Część pracowników w dużym stopniu pracowała zdalnie i wszyscy byli zadowoleni.

W zeszłym roku nastąpiło załamanie w moim biznesowym światku. Ilość zleceń spadła o połowę i dość dochodowa firma zaczęła generować straty. Przedstawiłem zaistniałą sytuację na zebraniu i zakomunikowałem o konieczności redukcji kosztów. W grę wchodziły zwolnienia lub likwidacja premii i zmniejszenie dodatku podstawy. Wszystko wg zasady, że przebiedujmy wszyscy razem obecny kryzys, a odbijemy sobie, gdy nasza branża znowu ruszy.
Dowiedziałem się wtedy, że jestem kapitalistycznym krwiopijcą, prowadzę kołchoz, a ja osobiście jestem typowym januszem i jeszcze parę innych ciekawostek o sobie.

Pomyślałem o przeciekającym dachu w moim domu, na którego solidną naprawę nie miałem pieniędzy, więc łatałem go sam.
Pomyślałem o wydanych niedawno kilkudziesięciu tysiącach na nowe fotele, większe monitory i lepsze komputery, aby się wszystkim wygodniej pracowało.
Pomyślałem o jeszcze kilku tego typu rzeczach i stwierdziłem na koniec, że mam to wszystko głęboko w miejscu, dokąd światło nie dociera. Zwolniłem wszystkich i zamknąłem firmę. Efektem był szok i niedowierzanie oraz pytanie DLACZEGO?
Wyjaśniłem więc, że przekonali mnie, że postępuje źle i niemoralnie, że nawróciłem się niczym Szaweł i już nigdy więcej nie będę nikogo wykorzystywać.

Dłubię sobie teraz samodzielnie w sporadycznie przychodzących zleceniach. Mam wyraźnie więcej czasu wolnego i z zaskoczeniem stwierdziłem, że finansowo nie robi to większej różnicy. Obrót jest wielokrotnie mniejszy, ale koszta też, więc finalnie wychodzi porównywalny dochód.

Robiłem dużo, będąc pełnym wiary w ludzi i ich zdolność do myślenia. Teraz wiem już lepiej, jak jest.
2

Oglądany: 33233x | Komentarzy: 127 | Okejek: 275 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

18.07

17.07

Starsze historie

Sprawdź swoją wiedzę!
Jak to drzewiej bywało