Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Odchodzą ostatni bohaterowie takich historii, młode pokolenie ich nie zrozumie

24 315  
211   32  
Wczesne, choć niezwykle wyraźne wspomnienia z sortowania ludzi: ten idzie do gazu, a ten może pracować, więc i żyć. Setki kilometrów przejechanych w bydlęcym wagonie obok chorujących i umierających. Zwłoki wyrzucane na kolejowe pobocze. Lufa pistoletu skierowana w stronę głowy matki. Niepewność własnej tożsamości i języka. My mamy szczęście, że dorastaliśmy w pokoju.
Niemiecki plakat propagandowy, ok.1940 r.
(źr. Narodowe Archiwum Cyfrowe)


Stefania – imię jak najbardziej prawdziwe – na świat przyszła w 1937 roku w Niżniowie, malutkiej miejscowości leżącej nieco ponad 150 kilometrów od Lwowa, której nazwa prawdopodobnie nie powie Wam nic – co więcej, podkreśla ją nawet autokorekta. Bohaterka dzisiejszej historii urodziła się w zwykłej, prostej rodzinie: wielopokoleniowy dom z rodzicami i dziadkami, do tego starsza o siedem lat siostra Aniela. Już po wojnie na świecie miał się pojawić jej najmłodszy brat, Jan. Ciężka praca na roli, ale życie raczej spokojne. Do czasu.

W znalezieniu konkretnych tropów odnośnie do jej rodzinnej wioski (taki status miał dawniej Niżniów) z pomocą przychodzi najbardziej prozaiczna Wikipedia. Patrząc na ten dość ubogi wpis, przede wszystkim łatwo zauważyć zależność od położenia nad Dniestrem. W 1909 roku pod naporem lodu zawalił się drewniany most na rzece, a 3 lata później woda wystąpiła z brzegów, zalewając okolicę. Kolejne fakty z życia Niżniowa też nie napawają optymizmem: w 1938 spłonął lokalny kościół paulinów, a już w 1942 z rąk OUN – UPA zginęło tam 101 Polaków. Wyszukiwarka po wpisaniu frazy „Niżniów” wśród pierwszych wyników wyrzuca natomiast odnośnik do statystycznych informacji o zbrodni wołyńskiej na tamtym terenie, a także artykuł ze strony Starostwa Powiatowego w Końskich: Ludzie wierzyli w Boga, a później zdziczeli – porażające wspomnienia człowieka, który jako dziecko przeżył piekło zgotowane przez ukraińskich nacjonalistycznych zbrodniarzy.

https://youtu.be/Ih5zuERcRwA?si=Bn4KSML5H8IMyM2l

Wizytując na Google Maps te przecięte przez Tłumacz – niewielki dopływ wpadający do Dniestru przy północno-wschodnim skraju Niżniowa – tereny, mijamy ciągnącą się po obu stronach drogi niską, typową wiejską zabudowę, choć domy są naprawdę ładne, a miejsce prezentuje się trochę jak z jakiegoś sielskiego obrazka. O życiu lokalnej społeczności świadczą budynki użyteczności publicznej: wyremontowana szkoła średnia, narodny dim – klimatyczna tradycyjna ukraińska świetlica, czy kawiarnia, w zabudowie przypominająca nieco prowizoryczną nadmorską smażalnię, do tego dwie malownicze cerkwie. Na krajowej drodze N18 z równym prawdopodobieństwem można minąć końską furmankę i nadgryzionego zębem czasu mercedesa. Przełączając widok na satelitę, w oczy rzuca się zaś przede wszystkim bogactwo leśnych terenów, dla dzieciaków idealnych do zabawy w wojnę.

Cerkiew Świętego Michała Archanioła w Niżniowie
(źr. Wikipedia)


Niestety, nie nauczyłam się jeszcze dobrze mówić, a naszedł 1 września. Nic zatem dziwnego, że to właśnie z wojną wiąże się moje pierwsze, wyraźne wspomnienie... To może brzmieć niewiarygodnie, ale ciągle mam przed oczami te obrazy. Razem z tłumem ludzi z okolicy najpierw przetransportowali nas do Lwowa. To był początek tułaczki. Następnie razem z tłumem innych ludzi byliśmy przewożeni do Krakowa. Gdy przekraczaliśmy Dniestr, mój ojciec wyrwał się, uciekł i skoczył do wody. Przepłynął na drugą stronę tej wielkiej, rwącej rzeki, gdzie niestety odbywała się łapanka. Został dorwany przez Niemców. Wsadzili go bezosobowo do samochodu i wywieźli do kopalni w Kassel, gdzie pozostał i pracował przez całą wojnę. Gdy przyjechaliśmy do Krakowa, trafiliśmy na sortowanie. Pamiętam, że wszystkie kobiety stały nago. Badano je, myto, obcinano im włosy. Jeśli były młode, sprawne i dobrze zbudowane – tak jak moja mama, która ledwo przekroczyła trzydziestkę – szły za jedną linię; wszystkich starych czy słabych kierowano w drugą stronę. Tych wszystkich ludzi hurtowo odsyłali do Oświęcimia do gazu, a młodych wywozili na roboty do Niemiec. Ciągle trzymałam się mamy – pamiętam, że jakieś kobiety mówiły, żebym siedziała spokojnie i była blisko niej. Chowałam się między ich gołymi nogami, żeby matka mogła przemycić mnie za tę linię. Niemcy przestawali zwracać większą uwagę na osoby, które przekroczyły tę symboliczną kreskę, a ja byłam tylko małym dzieckiem, więc w ten sposób trafiłam do wagonu kolejowego stojącego nieopodal.

Lwów, wrzesień 1939 r.
(źr. Yad Vashem Photo Archive, archiwalna sygnatura 5323)


Pociągiem, a konkretnie wagonami bydlęcymi, jechało tylu ludzi, ilu tylko mogło się tam zmieścić. Śmierć towarzyszyła nam na każdym kroku, a zmarłych wyrzucano po drodze, obok torów. W końcu razem z mamą dotarłyśmy do Niemiec. Moja siostra w czasie, gdy wybuchła wojna, była u babci i dotarła dopiero po roku – Niemka, u której mieszkaliśmy, pomogła w jej sprowadzeniu. U nich, jeśli chodzi o kulturę i porządek, można było dużo załatwić. Co więcej, udało się nawet odszukać mojego ojca, ale to zajęło aż 2 lata. Moja mama pracowała uczciwie i zatrudniająca ją Niemka postanowiła pomóc jej odszukać męża. Z racji, że wszystko było rejestrowane, w dokumentacji odnaleźli informację o przewiezieniu go do kopalni. Ta kobieta pomogła nam nawet jeszcze bardziej i tak się postarała, że pojechaliśmy do niego w odwiedziny. Sama podróż była niebezpieczna, bo wybrałyśmy się we trzy i musiałyśmy udawać Niemki. Obie z siostrą porozumiewałyśmy się płynnie i nie budziłyśmy podejrzeń, ale już mama mówiła z akcentem, więc przez całą drogę pociągiem miała się nie odzywać. W razie czego oficjalna wersja była taka, że zbombardowali nasz dom i mama – głucha po wybuchach – jedzie z dziećmi do męża. Niemcy strasznie nam współczuli, litowali się, dawali słodycze.

Byliśmy kolejną z wielu rozdzielonych rodzin – polskim dzieciom nie wolno było przebywać razem z rodzicami, a dzieci dawano Niemcom, by jak najszerzej nas germanizować. Niemieccy obywatele byli w większości zwykłymi ludźmi, którzy też cierpieli z powodu wojny, bo ich synowie byli przecież zmuszeni do pójścia na front. Moja mama znalazła się na jednej wsi, siostra na drugiej, a ja jeszcze na innej – dziś nawet nie pamiętam ich nazw. Jako dziecko niczego nie rozumiałam i nawet cieszyłam się z tego – dobrze mi się powodziło, bo trafiłam do dziadków, gdzie mogłam się rządzić. Pamiętam tyle, że oboje strasznie kaszleli i musiałem całą noc wstawać, żeby podawać im wodę. Biorąc masło na kanapki mówiłam im, że muszę smarować cienko, bo jest wojna. Bardzo się z tego śmiali. Siostrę zabrało natomiast młode małżeństwo prowadzące sklep. Tak ją polubili, że nawet ponoć rozważali adopcję. Spotykać mogłyśmy się tylko w niedziele. Już pod koniec wojny poszłam do szkoły; nie siadałam z niemieckimi dziećmi, tylko pod ścianą obok chłopca z Polski. Nie nachodziłam się tam jednak zbyt długo, zaczęły się naloty i szkołę zamknięto.

https://youtu.be/wP_PRwiRkmw?si=H8uR43mEIFIstXb3
Armia Czerwona była straszna. Na pierwszy front na Niemców rzucili przerażających, skośnookich Mongołów w wielkich czapach. Pamiętam huk czołgów, które nocą wjechały do wsi. Cywile uciekali, bo ci ludzie ze Wschodu potrafili zmasakrować każdego, kogo napotkali na swojej drodze – pobić, a nawet zabić. Niemcy uciekali do lasów budować bunkry z rodzinami, a Polaków i innych pracowników zostawiali na gospodarstwach. Radzieccy sołdaci bardzo się znęcali nad młodymi dziewczynami – gwałcili je, a potem nierzadko mordowali. Po prostu wchodzili do mieszkań i robili, cokolwiek chcieli. Moja mama musiała chronić i chować moją nastoletnią już wtedy siostrę, ukrywając ją między starszymi kobietami. Ja byłam dzieckiem, więc nie zwracali na mnie uwagi. Wszyscy ludzie przebywający na robotach u Niemców wybiegali na drogę, krzycząc, że są tylko pracownikami. W ogóle nie dało się jednak dogadać z tymi żołnierzami, a przecież Polacy z moich terenów bez problemu porozumiewali się z Rosjanami po ukraińsku. Chodziłam między nimi, wciskali mi całe garści czarnych pastylek, które im rozdawano – coś jak witaminy. Niektórzy, zwłaszcza ci o jaśniejszym kolorze skóry, widząc mnie, wybuchali płaczem, bo przypominali sobie o swoich dzieciach. Nosiłam całe garście tych tabletek od żołnierzy, a mama krzyczała, że nie mogę ich jeść, ale jej nie słuchałam.

Moja siostra przebywała u młodej kobiety z dzieckiem, która nie skończyła jeszcze nawet trzydziestki. To była bardzo dobra właścicielka posiadłości ziemskiej, po ciężkiej operacji w Breslau. Radzieccy żołnierze wciągnęli ją do stodoły i gwałcili po kolei, kto tylko chciał. Jej mąż w tym czasie gdzieś się ukrywał. Moja mama poszła z samogonem do radzieckiego kapitana, prosząc, żeby ją oszczędzili. Jeden z ruskich jednak bardzo chciał pokazać swoją władzę. Spytał, czy jest jej żal Niemców. „Nie wiesz, co oni robili mojej żonie? Stawaj razem z nimi!” – kazał mamie wejść do dołu i skierował lufę w jej stronę. Na szczęście na miejscu pojawił się kapitan, który zareagował: „Zostaw, nie warto” – uspokoił żądnego krwi żołnierza. Mama mu bardzo dziękowała i wciąż wstawiała się za tą kobietą. „To nie jej wina, ona jest chora i była dobra” – mówiła. Pozwolił ją zabrać ze stodoły do domu, pojawił się też jej mąż. Zostali postawieni, prawie dosłownie, pod ścianą. Wzięli syna, mniej więcej w moim wieku, i drabiną wspięli się na strych wielopiętrowego domu – pod sam dach, tak że nie było tam innego dojścia. Nikt o tym nie wiedział. Ojciec rodziny zabrał ze sobą pistolet i powiedział, że jeśli zobaczy wchodzących ruskich, zastrzeli najpierw całą rodzinę, a potem siebie. Moja mama, póki mogła, donosiła im jedzenie, ale niestety po kilku dniach kazano nam wszystkim opuścić teren. bo w przeciwnym wypadku też by nas rozstrzelali, niezależnie od naszej narodowości. Ci ludzie zostali na tym strychu. To wszystko znam z opowieści mamy – nie wolno mi było wchodzić do stodoły, więc nie widziałam tego na własne oczy.

https://youtu.be/mJBLlBvI3bw?si=SRSF0mLf_cZqIRaP
Doświadczyłam zupełnego zniemczenia. W 1945 roku praktycznie nie mówiłam po polsku, ale dziś już kompletnie nie pamiętam niemieckiego. Kiedy ruscy wjechali, wszyscy Polacy zbierali się na furmanki i końmi jechali w stronę granicy polskiej, bo to było niedaleko Berlina. Dotarliśmy do Odry, gdzie wojsko radzieckie zabierało konie i co tylko znaleźli wartościowego na tych wozach, a resztę zostawiało się w rowach. Każdy brał tylko jedzenie dla dzieci, jakieś ubrania i tyle. Przeprawili nas przez Odrę i wszyscy po polskiej stronie granicy rozjeżdżali się w swoje strony. Po wyzwoleniu właściciel kopalni, w której pracował mój ojciec, zaproponował mu wyjazd do Francji i zaproponował, że ściągnie tam też całą jego rodzinę. Ale gdzie tam, i on, i moja mama ciągnęli na Wschód. Mama koniecznie chciała pójść zobaczyć nasz rodzinny dom. W końcu dotarliśmy do Stanisławowa, jednak jakaś kobieta bardzo zniechęcała ją do dalszej drogi – opowiadała, że Ukraińcy mordują Polaków, dodając, że na nas też już czeka sznur. Mama była uparta, nie słuchała się i szła torami w stronę Niżniowa. Liczyła, że może spotka swoją siostrę albo ojca. Ja jednak tak płakałam i darłam się, że postanowiła zawrócić. Być może tym sposobem udało nam się przeżyć. Ponownie trafiliśmy do Stanisławowa. Urząd już podstawiał wagony bydlęce, w których wywozili wszystkich Polaków ze Wschodu z powrotem na Zachód. Rozpoczynał się ostatni etap naszej wieloletniej podróży...

Historię swojej ciotki spisał Michał Przechera.
4

Oglądany: 24315x | Komentarzy: 32 | Okejek: 211 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Sprawdź swoją wiedzę!
Jak to drzewiej bywało