Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Tablica Ouija – szatańskie narzędzie do rozmów z duchami czy zwykły, bazujący na ludzkiej naiwności, bubel?

18 978  
93   18  
Czy umierając, stajemy się częścią bezkresnej pustki, czy też może przeistaczamy się w bezcielesne, energetyczne byty z innego wymiaru? A jeśli tak, to czy będąc takimi „duchami”, nasi zmarli byliby w stanie komunikować się z nami? Dziewiętnastowieczni spirytualiści byli przekonani, że jak najbardziej jest to możliwe. Trzeba tylko mieć do tego odpowiednie narzędzia.
Na samym początku XIX wieku w USA, jak grzyby po deszczu, zaczęły powstawać ruchy religijne, których liderzy uważali, że świat żywych oraz zmarłych przeplata się, a dusze są w stanie nawiązywać kontakt z tymi, którzy jeszcze kopyt nie wyciągnęli. O ile filozoficzno-sekciarskie zgromadzenia zawsze prześcigały się w prezentowania wiernym niestworzonych historii o życiu po śmierci, to równocześnie z powstawaniem tych ugrupowań, tematyką komunikacji z duchami zaczęli interesować się także ludzie świata nauki. Dobrym przykładem była tu działalność Franza Antona Mesmera, niemieckiego lekarza, który głosił istnienie tzw. „magnetyzmu zwierzęcego”, czyli uniwersalnej cząstki każdego żywego bytu, na którą można działać np. magnesami i za ich pomocą leczyć wszelkie choroby.


Mesmer był też jednym z protoplastów teorii jakoby – za pośrednictwem hipnozy – możliwy był kontakt ze zmarłymi. W tej dziedzinie jednak nadal za dużo było teorii, a za mało satysfakcjonującej praktyki. Aż do momentu, kiedy świat pseudonauki został poruszony przez intrygującą historię sióstr Fox. Mieszkające w starym domu położonym w miejscowości Hydesville (stan Nowy Jork) Kate i Margaret Fox nękane miały być przez niewidzialny byt, który to z niezwykłą zaciętością hałasował i przesuwał meble. Kobiety wierząc, że miały do czynienia z duchem, stworzyły system wystukiwania poszczególnych liter alfabetu. Za jego pomocą intruz miał wypukać swoje imię i nazwisko, przywitać się i powiedzieć parę słów o sobie. Zbłąkana duszyczka zwała się Charlesem B. Rosmą i niegdyś była domokrążcą, który to został zamordowany parę lat wcześniej i pochowany przez poprzedniego właściciela domu w piwnicy. Sprawę można by potraktować jako śmiechu warte farmazony, gdyby nie to, że w 1908 roku (czyli niecałe pół wieku później) w jednej z piwnicznych ścian faktycznie znaleziono zamurowanego kościotrupa.


Siostry Fox przez długie lata robiły karierę w świecie ezoterycznych świrów, których w tamtym okresie było naprawdę wielu. Zajmowały się głównie organizowaniem odpłatnych spotkań z duszami zmarłych, z czasem zamieniając jarmarczny charakter swej działalności w swoisty kult religijny. Od połowy XIX wieku moda na spirytualizm zataczała coraz większe kręgi, a w promocji tego ruchu pomagali m.in. znamienici pisarze, z Arthurem Conan Doyle’em na czele. Warto dodać, że „niewinne” pogaduszki z duchami w przypadku Amerykanów w żaden sposób nie kłóciły się z dogmatami większości kościołów protestanckich.


Czemu akurat w tamtym okresie koncepcja namacalnego kontaktu ze zmarłymi zyskała taką popularność? Takie czasy – wojna secesyjna zabrała życie wielu młodych mężczyzn, a średnia życia typowego obywatela USA nie przekraczała 50 lat. Gdy zmarł syn pani prezydentowej, Mary Todd Lincoln, także i ona zaczęła urządzać w Białym Domu spirytystyczne spotkania przy kawce i cieście. Sesja gromadząca przy stole grupę trzymających się za dłonie naiwniaków, którzy doświadczali takich paranormalnych zjawisk, jak chociażby trzeszcząca deska w podłodze, dawała jej uczestnikom nadzieję na to, że ich zmarli bliscy nie są już jedynie ulotnym wspomnieniem. Komunikowanie się z duchami było powszechne i nikt nie postrzegał takich praktyk jako dziwacznych czy sprzecznych z naukami Kościoła.
Popyt rodzi podaż – skoro żywi, za pomocą telegrafu, mogli kontaktować się ze sobą na duże odległości, to czemu by nie stworzyć prostego urządzenia ułatwiającego rozmowę z nieboszczką stryjenką? I tak też w latach 80. XIX wieku media zaczęły donosić o nowej modzie w obozie spirytystów. Mieli oni, zamiast klasycznego „wywoływania duchów” i interpretowania każdego niepokojącego stuknięcia, posługiwać się drewnianą tablicą z wyrytymi na niej literami i cyframi.


Uczestnicy sesji musieli tylko trzymać dłonie na specjalnym wskaźniku, który w tajemniczy sposób miał „samoczynnie” poruszać się po planszy i wskazywać poszczególne symbole, które to następnie układały się w całe wyrazy, a nawet zdania.
Informacje o tym przełomowym narzędziu szybko zaczęły krążyć „w branży”. Jeden z artykułów o tym wynalazku wpadł w ręce niejakiego Charlesa Kennarda – mężczyzny bardziej niż w duchy wierzącego w moc pieniądza. Widząc możliwość dorobienia się, biznesmen zebrał czterech innych, równie twardo stąpających po ziemi inwestorów i razem z nimi założył firmę Kennard Novelty Company, która to zajmowała się tylko i wyłącznie masową produkcją tablic dla naiwnych „duchofili”. Brakowało jeszcze tylko nazwy dla tego urządzenia. Tu z pomocą przyszła szwagierka jednego z biznesmenów – Helen Peters. Kobieta pracowała jako medium i zapytana o to, jak by taki produkt nazwała, bez wahania powiedziała „Ouija!”. Na początku twierdziła, że słowo to zostało jej, w cudowny sposób, objawione. Później okazało się, że Helen nosiła medalion z wizerunkiem angielskiej pisarki Marii Louise Ramé, posługującej się pseudonimem Ouida. I taki właśnie napis widniał na wspomnianym medalionie, a pani Peters prawdopodobnie po prostu błędnie go odczytała…


Historia rzecze, że pracownicy urzędu patentowego zagrozili biznesmenom odrzuceniem ich wniosku, jeśli ci nie udowodnią, że tablica faktycznie „działa”. Jak mieliby to zrobić? Ano poprosić jakiegoś ducha o przeliterowanie nazwiska jednego z urzędników. Przedsiębiorcy przyjechali więc do ich biura i tam zorganizowali sesję, podczas której jakiś niewidzialny byt faktycznie „powiedział”, jak ów mężczyzna się nazywał. 10 lutego 1891 roku dość pobladły i przerażony urzędas przyznał biznesmenom patent na ich produkt. Być może inaczej by się to potoczyło, gdyby biedny krawaciarz był świadomy, że najprawdopodobniej jego goście zdołali się wcześniej dowiedzieć, jak się on nazywał.
Sprytną marketingową zagrywką było to, że przedsiębiorcy nie tłumaczyli zasady działania planszy. Przecież nie da się w żaden „ludzki” sposób wyjaśnić tajemniczych mechanizmów komunikacji z duchami.
Tablica Ouija momentalnie stała się sprzedażowym hitem, a firma ją produkująca musiała postawić drugą fabrykę, aby sprostać popytowi na ten wynalazek. Doszło nawet do tego, że policjanci korzystali z tego urządzenia podczas rozwiązywania szczególnie trudnych spraw kryminalnych!



Z czasem Kennard oraz szwagier pani Peters opuścili firmę, a dalszym jej rozwojem zajmowali się pozostali akcjonariusze, na czele których stał William Fuld. Ten ostatni zmarł w 1927 roku, spadłszy z dachu nowej fabryki, którą to (jeśli wierzyć legendom) kazał mu zbudować, oczywiście za pośrednictwem tablicy, pewien duch.
Kiedy popularność spirytystycznych sesji z użyciem planszy Ouija zaczęła spadać, wybuchła I wojna światowa, po której znowu urosło zapotrzebowanie na kontakt ze zmarłymi. To właśnie tragedie napędzały tu największą koniunkturę. Kolejny skok sprzedaży miał miejsce podczas wielkiego kryzysu. Kiedy inne firmy padały, biznesmeni mający prawa do produkcji spirytystycznych tablic budowali kolejne fabryki. W ciągu jedynie paru pięciu miesięcy 1944 roku w jednym nowojorskich domów handlowych sprzedano ponad 50 000 tych „zabawek”! A w 1967 roku, kiedy to wszystkie akcje firmy kupili Parker Brothers, z półek sklepowych zniknęły dwa miliony plansz Ouija – takim wynikiem nie mógł pochwalić się sztandarowy produkt tego przedsiębiorstwa, czyli Monopoly! Powód? Wojna w Wietnamie!



W 1991 roku Hasbro przejęło firmę Parker Brothers i od tego czasu nazwa „Ouija Board” jest zastrzeżona tylko dla produktów tej właśnie marki. Mimo że w ostatnich dekadach urządzenie to jest raczej źle widziane w kręgach gorliwych katolików, którzy widzą w drewnianej planszy do komunikacji z duchami narzędzie iście szatańskie, to słynna tablica nadal świetnie się sprzedaje, a jej użytkownicy są święcie przekonani, że prowadzą rozmówki ze zmarłymi.


No właśnie – jak to jest z tą całą komunikacją? Jak by to w ogóle miało działać?

Rozczaruję was – nie ma tu mowy o żadnych duchowych czy nawet demonicznych siłach. Ba, rozwiązania tajemniczy planszy Ouija nie należy nawet szukać we współczesnych badaniach, bo fenomen odpowiadający za tę „tajemnicę” znany jest od przynajmniej 160 lat! To tak zwana reakcja ideomotoryczna, czyli nieświadomy, pozornie mimowolny, ruch wywołany pod wpływem myśli. Dokładnie to samo zjawisko odpowiada za inne „niesamowite” praktyki związane z klimatami ezoterycznymi, czyli chociażby pisanie automatyczne, radiestezję czy bieganie z wahadełkiem i napalanie się jak szczerbaty na suchary za każdym razem, gdy to zacznie kreślić w powietrzu zamaszyste kółka. Hokus, kurwa, pokus!


Idąc dalej – bardzo podobnie działa sugestia podczas sesji hipnotycznych. A że efekt ten jest szalenie przekonujący, to każdy z uczestników sesji jest w stanie przysiąc na skarpety własnej babki, że wskaźnik samoczynnie przesuwa się po tablicy. I pewnie z dużym niedowierzaniem przyjmą do wiadomości, że za rzekomą pogawędkę z duchem odpowiadają tak naprawdę sami uczestnicy takiego spirytystycznego zgromadzenia i ich podświadoma reakcja mięśniowa. Ot i cała tajemnica!




Źródła: 1, 2, 3, 4
3

Oglądany: 18978x | Komentarzy: 18 | Okejek: 93 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

24.04

23.04

Starsze historie

Sprawdź swoją wiedzę!
Jak to drzewiej bywało