Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jak skończyła się historia pierwszego i prawdopodobnie jedynego big beatowego koncertu w naszej okolicy

10 801  
125   12  
Historia ta wydarzyła się w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, a dokładniej w niedalekich okolicach Chicago, gdzie znalazłem się na skutek wolnościowych machinacji moich rodziców, którzy w im tylko znany sposób zdobyli wizy i bez szczególnych wyrzutów sumienia opuścili mlekiem, miodem oraz socjalizmem płynącą krainę, spakowali skromny dobytek i wyruszyli tam, gdzie zachodzi słońce.

Dorastając w Stanach w naturalny sposób chłonąłem wszelkie trendy, które w tamtych czasach zajmowały zblazowane umysły lokalnej młodzieży. Jednym z owych trendów był Rock N’Roll, a właściwie tak zwany Glam Rock, czyli słodki do porzygu pseudo Hard Rock, wygrywany przez natapirowanych rockmanów noszących gacie skutecznie ograniczające przepływ materii organicznej w mosznie.

W pocie czoła przez całe wakacje kosząc trawę u sąsiadów zarobiłem na przechodzoną gitarę Ibanez, obtłuczony wzmacniacz Crate i Digitech RP-10 następnie obgadałem sprawę z kumplami o podobnych ambicjach dając początek supergrupie o nazwie Exciters. Do dzisiaj wstyd pali moją duszę.

Pozostał problem znalezienia miejsca, gdzie moglibyśmy rozpocząć działalność. Po długich i średnio owocnych dyskusjach padło na garaż należący do pojazdów moich rodziców. Miało to jakiś sens, albowiem matka moja panicznie bała się parkować w garażu, a służbowy van ojca po prostu tam się nie mieścił.

I tutaj należy wprowadzić kolejną ważną postać, a mianowicie mojego ojca Kazimierza zwanego Atrakcyjnym Kazimierzem vel Maxi Kaz’em. Kazimierz (niech Ci dobry Pan Bóg zabezpieczy ciepły kąt w niebie) był postacią wyjątkową. Kazimierz z bólem romantycznego serca patrzył na moją metamorfozę i estradowe ambicje, będąc w zamierzchłych czasach big beatowym muzykiem. Z jawną pogardą spoglądał w stronę, w którą wówczas zmierzała światowa scena muzyczna. Ówczesne gwiazdy rocka uważał co do jednego za pedałów, a generowaną przez nich muzykę za wątpliwy chłam ociekający komercyjnym szlamem.

Niemniej jednak, Kazimierza zastałem oglądającego mecz footballu, którego kompletnie nie rozumiał, natomiast suma kurew, które Kazimierz gromko wykrzykiwał wskazywała na wprost proporcjonalne zmniejszanie się objętości butelki z wódką, którą to Kazimierz z powagą godną rzymskiego senatora chował za fotelem. Otworzyłem przed Kazimierzem serce wyjawiając mu swoje plany, Kazimierz roztarł łzę kułakiem i łamiąc własne sumienie udostępnił nam garaż, wciąż uważając nas za pedałów.

Tego dnia Kazimierz obchodził urodziny. Była to sobota pełna wdzięku słoneczna i senna. Kazimierz na swoje urodziny zaprosił kwiat lokalnej polonii. Zjechała się banda wąsatych polonusów, których co do jednego nazywałem „wujkami”, mimo że pokrewieństwa między nami nie było.

Zespół nasz składał się z trzech członków (w przenośni i dosłownie):
Steve Ballotelli – nasz wokalista i gitarzysta basowy, raczej bez większego talentu, ale za to podobał się kobitkom, a przecież od tego jest frontman w zespole. Nie ważne, że nosił aparat dentystyczny i ryj miał cały w pryszczach. Podobał się laskom i tyle. Po mieście chodził z deskorolką pod pachą i udawał luzaka. Nikt nigdy nie widział, żeby jeździł na desce, w związku z tym zyskał ksywę b.s. rider (bullshit rider).

Neil Cohran – nasz perkusista. Opanował kilka przejść na garach i w końcu przestał mylić się podczas gry pałkami i stopą. Robotę w zespole dostał dlatego, że miał swój zestaw Pearla. Miał dziwny tik nerwowy, a mianowicie bezustannie drapał się po jajach, a poza tym miał silny wytrzeszcz oczu i seplenił plując na wszystkich i wszystko. Pseudonim artystyczny Ladybug, bo bez przerwy i z umiarkowanym pechem uderzał do panienek. (pozdro dla kumatych).

Moja skromna osoba – gitarzysta z opanowanymi czterema akordami, przeciętnie grający dwudźwiękami, w solówki umiałem, ale tylko na jednej strunie. Pseudonim artystyczny Sophie wziął się stąd, że Kazimierz uważając mnie za pedała, mówił na mnie Zośka, rodzina to podchwyciła, a kumple przerobili na wersję Amerykańską.

Tego feralnego weekendu, podczas gdy Kazimierz wraz z „wujkami” lali w siebie kaskady urodzinowej wódki, przypalając w międzyczasie karkówkę, kiełbasę, kaszankę oraz kurczaka na grillu, a mama z „ciotkami” zwiększały swoje objętości przy pomocy sernika z rodzynkami, sałatki jarzynowej oraz wlewały w siebie hektolitry Sangrii, my postanowiliśmy odbyć próbę generalną przed koncertem, który miał się odbyć następnego dnia podczas imprezy towarzyskiej w naszym liceum.

Ignorując złośliwości Kazimierza oraz współbiesiadników, wbiliśmy do garażu, porozkładaliśmy graty i próbę zaczęliśmy od „lepu na dupeczki”, którym w owych zamierzchłych czasach był hit grupy Poison, a mianowicie piosenka „Fallen Angel”.

Nawet nie daliśmy rady dofałszować refrenu, kiedy do garażu wparował Kazimierz z obstawą, gestami pokazując, że krew cieknie im z uszu. Po krótkiej, ale intensywnej naradzie, Kazimierz wyjechał z tekstem:

- Oj Zośka, żebyś ty wiedział jak się gitary trzymać. Daj tę paletkę, to wam pokażemy, jak się robiło szum za naszych czasów.

Wietrząc oborę wszech czasów, namówiłem chłopaków na krótką przerwę, nie zdając sobie sprawy z tego co wydarzy się za kilka chwil. Kazimierz objął instrument i jak prawdziwy mistrz sprawdził strojenie, pomarudził, że nawet instrumentu nastroić nie potrafię, po czym podwiesił sobie wiosło pod samą brodą, tak, że jego prawa ręka tworzyła kąt prosty. „Wujek” Adam dokonał identycznej sztuki z basem a „wujek” Marian zasiadł za perkusją podkręcając bujnego wąsa, po czym nabił rytm i popłynęła pieśń o tym, że jakaś małolata boi się myszy, i że to jest śmieszne.

Fałszowali niemiłosiernie, mimo to z domu wybiegła mama z „ciotkami” i łamiąc szpilki parły w stronę garażu jak dzik w paśnik. Po kilku chwilach szpilki wylądowały pod płotem, a szanowne panie wyginały się w twiście jak na zlocie paralityków.
W tym czasie „zespół” sypał jak z rękawa kolejnymi szlagierami. Kazimierz szalał z gitarą gubiąc w międzyczasie okulary, co zmniejszyło w widoczny sposób jego umiejętność trafiania ręką w gryf. Ale to zupełnie nie miało znaczenia. Big beat lał się kaskadą z głośników, a panie szalały pod sceną.

Steve stał z deskorolką pod pachą i nerwowo przełykał ślinę, podczas gdy Neil jakby bardziej intensywnie drapał się po jajach, wytrzeszcz oczu też jakby otarł się o nowe granice.
„Zespół” nadal kipiał energią. „Wujek” Adam podwinął wargę prezentując garnitur żółtych od fajek zębów jednocześnie szarpiąc struny basu i przestępując z nogi na nogę doskakiwał do mikrofonu, żeby podać swoją linię chórków. W tym czasie „wujek” Marian sapiąc jak Rocco robił wszystko, żeby trafić w perkusję, co skutecznie uniemożliwiała mu ilość wlanej w siebie gorzały, bowiem „zespół” pomiędzy hitami uzupełniał deficyt płynów w organizmie.

Koncert zakończył się klasycznie. W pewnym momencie z sąsiedniego domu wychynęła morda sąsiada, który postawił sobie punkt honoru donosić o wszystkim na policję. Nie, nie był rudy. Klasyczny Azjata z wystającymi zębami i głupkowatym wyrazem twarzy. Do dziś nie mam pojęcia, jak dzwonił na policję, bo po angielsku, z tego co wiem, nie spikał.

Pewnie sprawa rozeszłaby się po kościach, bo nasz dzielnicowy jeszcze bardziej nie cierpiał praworządnego Azjaty niż sąsiedzi, ale Kazimierz urażony na honorze, że jemu i jego ekipie zabrania się tej odrobiny rozrywki w urodzinowy weekend, poprosił życzliwie policjanta, żeby wypierdalał, mimo że policjant dał mu kilka szans na ochłodzenie duszy. Kazimierz nazwał policjanta pedałem i po raz kolejny kazał mu wypierdalać.

W końcu stróż prawa stracił cierpliwość i zaproponował Kazimierzowi kilka chwil ciszy i spokoju na posterunku. Kazimierz próbował ratować sytuację karkówką, ale grając koncert zapomniał o obsłudze grilla i karkówka zmieniła się w kawałek węgla. Policjant nie dał się skorumpować sałatką jarzynową (pewnie chłop chciał, żeby mu wódki odlać do słoika, ale jakoś nikt o tym nie pomyślał) i Kazimierz trafił na noc do aresztu.

I tak skończyła się historia pierwszego i prawdopodobnie jedynego big beatowego koncertu w naszej okolicy. Kazimierz wrócił do domu, a nad ranem, obrażony na cały świat, w dalszym ciągu uważał nas za pedałów, przy czym tym razem uzupełnił pulę pedałów, dodając do niej lokalną policję.
8

Oglądany: 10801x | Komentarzy: 12 | Okejek: 125 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Sprawdź swoją wiedzę!
Jak to drzewiej bywało