Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

O tym, jak Staszek usiłował ewakuować się z Ukrainy

38 059  
290   53  
Jak już wiecie, Staszek 24 lutego ubiegłego roku obudził się ze straszliwym kacem. Pewnie mógłby przewrócić się na drugi bok i spać dalej, gdyby nie to, że zaimprezował ze swoimi ukraińskimi znajomymi w Kijowie. Spadające na miasto rakiety, wyjące syreny i przelatujące nad głowami samoloty szybko potrafią otrzeźwić. Decyzja o szybkiej ewakuacji została podjęta. Jak się jednak okazało – gorzej było z realizacją.
– Odprowadzę cię na autobus. Dojedziesz nim na dworzec – zaproponował Aleks. – Muszę się jeszcze dzisiaj wybrać do wojenkomatu, dowiedzieć co dalej ze mną, więc wybacz, że cię nie odwiozę.

Zjadłem zupkę chińską, zagryzłem sucharkiem i poszedłem się pakować. W międzyczasie odwołałem rezerwację pociągu do Lwowa, żeby nie zajmować komuś cennego miejsca, ale przede wszystkim, żeby dostać choć minimalny zwrot pieniędzy. Bycie krakowianinem zobowiązuje. Godzinę później czekaliśmy już na przystanku. I czekaliśmy... i czekaliśmy.


Autobusy raz po raz podjeżdżały, jednak żaden się nie zatrzymał. Po prostu wesoło nas omijały i jechały w sobie tylko znanym kierunku. Machanie ręką nic nie dawało. Wtedy jeszcze tego nie rozumieliśmy, teraz wiem, że prawdopodobnie były przygotowywane do ewakuacji mieszkańców. W międzyczasie czytając wiadomości, dowiedzieliśmy się, że na kijowskim Obolonie (północna dzielnica miasta) zaobserwowano rosyjskie czołgi i trwają walki. No grubo...

A na środku parku postawimy niebieskie misy, żeby było ładnie

Pożegnałem się ze znajomym i ruszyłem piechotą w stronę dworca kolejowego. Idąc po stromych, dziurawych schodach w dół parku minąłem mało urodziwe fontanny w kształcie wielkich, niebieskich misek postawionych tam na zasadzie „postawmy tu coś dziwnego, żeby było ładniej”. Dookoła panowała cisza. Każde, nawet najmniejsze zaburzenie tej ciszy mój mózg odczytywał z automatu jako „oho, gdzieś strzelają, coś wybuchło”. Czasami faktycznie coś dudniło w oddali. Po trzydziestu minutach dotarłem do celu. Był piątek, godzina 10:30. O takiej porze dworzec z reguły jest opustoszały. Tym razem było zgoła odwrotnie: tysiące ludzi przeciskało się w głównej hali, tysiące głosów w różnych językach próbowało dowiedzieć się czegokolwiek na temat możliwości opuszczenia miasta. Bezskutecznie. Wyjąłem z kieszeni telefon i włączyłem nagrywanie. Chaotyczna masa ludzi, wśród której zobaczyłem nad wyraz wielu studentów z Indii i Afryki, poruszała się w holu budynku jak atomy – w dowolnych kierunkach. Wiedząc, że nic tu już nie wskóram, wpadłem na genialny pomysł.

https://www.youtube.com/shorts/oD_ZdmLiDiI
Wiem! Pojadę elektriczką do Korostenia. Stamtąd jest już blisko do „warszałki”, czyli głównej drogi ekspresowej łączącej Kijów z Warszawą. Wyszedłem z hali, skręciłem w lewo i mijając kilka kiosków z kawą, trafiłem na tłumy ludzi próbujących znaleźć jakiekolwiek rozwiązanie, żeby opuścić Kijów. Taksówkarze przekrzykiwali się ze starymi babami, tłumacząc im, że za mniej niż 100 dolarów nie wyjadą. Baby z kolei całe zapłakane starały się wytłumaczyć taksówkarzowi, że „przecież ja ledwo chodzę, młodzi sobie poradzą sami”. W kłótniach przejawiał się wszechobecny egoizm. Każda matka była tą jedyną, która ma małe dziecko, każdy syn niepełnosprawnej matki był jedynym posiadaczem niepełnosprawnej matki i właśnie tym jedynym, którego trzeba teraz potraktować jako osobę uprzywilejowaną, nie zważając na tysiące osób w takim samym, a nawet gorszym stanie. Ot, nieszczęsna psychologia tłumu. Co chwilę pojawiały się głosy, że „rzucili wagony ewakuacyjne”, co poruszało masę, jednak gdy informacja okazywała się fałszywa, rój ludzi ruszał znów w pogoń za alternatywą. Przy barierkach dworca międzymiastowego ktoś wydzierał się na pracowników dworca „żeby byli ludźmi i nas wpuścili do wagonów”. Pracownicy dworca z kolei prosili o zrozumienie „bądźcie ludźmi i cierpliwie poczekajcie”. A wszystko okraszone rozdzierającym duszę i uszy płaczem setek dzieci, w tym tych, które właśnie zgubiły swojego opiekuna.
Zadowolony, że przechytrzyłem system i wyjadę z miasta w godzinę, minąłem budynek stacji metra i dotarłem na opustoszały dworzec podmiejski. Nie było tu ani ludzi, ani pociągów. Był za to wielki komunikat na tablicy odjazdów głoszący:


DO INFORMACJI PASAŻERÓW! 25 LUTEGO WSZYSTKIE ELEKTROPOJAZDY JADĄCE W KIERUNKU TETEROWA I KOROSTENIA ODWOŁANO.

Noż kurwa... W głowie zaczął robić się mętlik. Internet w telefonie ze względu na przeciążenie sieci działał ostatkami sił. Zacząłem szukać w aplikacjach wolnego Ubera i Bolta, ale nawet jak jakiś się pojawiał, to po kilku sekundach anulował kurs. Po kilkunastu próbach okazało się (o czym dowiedziałem się dopiero w Polsce), że bank zablokował mi kartę z powodu zbyt dużej ilości małych transakcji. Próbowali się ze mną skontaktować, bezskutecznie – w smartfonie była umieszczona ukraińska karta SIM. Co robić, kurwa, co robić? Rzadko kiedy panikuję, ale teraz zaczęły się pojawiać pierwsze objawy stresu. Podobne jak przy migrenie, jednak wzmocnione lekkim kacem po wczorajszym, wieczornym piciu REVO: zawroty głowy, suchość w ustach, mroczki przed oczami. Dobra! Ostatnia szansa – dworzec autobusowy. Przeszedłem przez most poprowadzony nad torami kolejowymi, skręciłem przed rzędem kantorów w lewo i schodząc po drewnianych schodkach, stanąłem na niemal pustej płycie dworca. Dlaczego „niemal”? Jak na ironię – jedyny autobus jaki stał, otoczony wiankiem chętnych na wyjechanie nim z Kijowa w kierunku Polski, miał na boku wielki napis:


Zaśmiałem się przez łzy, kupiłem w pobliskiej budzie półlitrową mirindę i wróciłem z powrotem pod dworzec kolejowy. Napisałem na Facebooku komunikat, że jeśli ktoś ma kontakty do ludzi, którzy będą wyjeżdżać z miasta, to żeby dali mi znać. Dostałem po chwili kilka wiadomości, z całymi arkuszami numerów telefonu, ale przytłoczony całą sytuacją i nie wiedząc za co się zabrać najpierw, uznałem: Dobra, chuj, idę na nogach na zachód – nie wyjdę z Kijowa przed końcem dnia, ale przynajmniej coś będę robił, zamiast bezczynnie stać w miejscu. Ostatecznie wiedziałem, że jeśli coś pójdzie nie tak, to zawsze mogę wrócić do Aleksa.

Z nadzieją, że idąc w kierunku zachodnim, na pewno trafię na jakąś okazję, zacząłem wędrówkę w górę ulicy Wokzałnej, gdy znajomy z Krakowa, z którym razem mieliśmy być teraz w Kijowie, napisał do mnie taką wiadomość:


Genialne! Dobra, to teraz idę na zachód, ale nie po ulicach, tylko przez wnętrza osiedli – pomyślałem.
Skręciłem w ulicę Żyliańską, zapytałem grzebiącego przy samochodzie taksówkarza, czy nie jedzie na zachód, ale ten zbył mnie. Niezrażony jednak pierwszą porażką, kontynuowałem poszukiwania dwóch kółek. Plan był taki: znaleźć jakiś, nawet najpodlejszy, zardzewiały rower, byle jechał, i za godzinkę, może dwie być już za Kijowem. W głowie oczywiście tę niegodziwą kradzież tłumaczyłem sobie siłą wyższą. Przecież nikt nie będzie na rowerze uciekał z miasta, a i tak to pewnie będzie jakiś zardzewiały niepotrzebny nikomu złom. Szukałem przy wejściach do klatek schodowych, nawet za śmietnikami, ale na próżno – jak na złość ani śladu roweru. Ale to nic, na pewno w końcu coś trafię! Raz za razem zaczynająca wyć na kilka minut syrena unosiła żołądek aż do gardła, ale i sprawiała, że cała moja uwaga była skupiona na znalezieniu transportu.
Z ulicy Żyliańskiej skręciłem w deptak dochodzący do okrągłego, białego budynku z napisem CYRK, by Aleją Zwycięstwa minąć Lenina uśmiechającego się z płaskorzeźby przytroczonej do wielkiej iglicy głoszącej „Miastu Bohaterowi – Kijowowi 1941-1945”. Lenina zdjęli podobno dwa miesiące później, a nazwę Alei zmieniono w lutym 2023 roku na Aleja Brzeska. Przeszedłem na drugą stronę ulicy i wszedłem przez kwadratowy tunel do środka osiedla.
Mimo dość małego plecaka na plecach czułem już w nogach te dwa i pół kilometra zrobione od dworca, ale dałem sobie jeszcze chwilę na poszukiwania. Rozejrzałem się po obejściu: cztery klatki schodowe prowadzące na jedno z ośmiu pięter podłużnego bloku z betonu i cegły. W losowych oknach wisiały popularne na Ukrainie klimatyzatory, zaś wzdłuż budynku biegł metrowej wysokości murek ograniczający asfaltową drogę umożliwiającą dojazd do klatek. Przed każdym wejściem tradycyjnie – mały ogródek i ławeczka. Zazwyczaj oblegane przez staruszki i lokalną młodzież, teraz stały puste.

Obróciłem się i oniemiałem. Przed garażami stał czarny, nowiuteńki SUV. Obok niego krzątała się dwójka ludzi w wieku około 40 lat: mężczyzna i kobieta. Wyglądało to, jak gdyby próbowali wyjechać samochodem z garażu, ale nie za bardzo im to wychodziło. Obok pojazdu leżały walizki i plecaki. Serce zabiło mi szybciej.
Matko, trzeba będzie rozmawiać z ludźmi – pomyślał ze strachem mój wewnętrzny introwertyk. I to od tej rozmowy będzie zależało, co wydarzy się dalej... ale chuj, taka okazja może się już nie trafić. Podszedłem do nich i zapytałem nieśmiało:

– Przepraszam, czy nie próbujecie może wyjechać z Kijowa? – wydukałem, nie myśląc nawet, jak w obecnej sytuacji absurdalnie musiało brzmieć to pytanie.
– Możliwe... ale kim pan jest? – odpowiedział mężczyzna, odwracając się do mnie i odsłaniając wielką fioletową plamę na prawym policzku.
Przyleciałem w środę wieczorem z Polski odwiedzić znajomych. Kilka godzin później już była wojna. Próbuję wyjechać z Kijowa, ale na dworcu nie było już żadnych pociągów, żadnych autobusów, a taksówkarze liczyli sobie bajońskie sumy. Szukałem teraz jakiegoś roweru i trafiłem na Was – opowiedziałem zgodnie z prawdą.
– No... okej, ale pokaż jakiś dokument – niepewnie odparła kobieta, po czym wzięła do ręki wręczony jej paszport.
No dobra, tylko jest problem, bo i tak stąd nie wyjedziemy tym autem. Nie potrafimy prowadzić. Próbowaliśmy pojeździć troszkę przód i tył, ale nie za bardzo nam to wychodzi... – z beznadzieją dodał fioletowolicy mężczyzna, który roznosił wokół siebie woń denaturatu.

Mówić to czy nie? – zastanawiałem się w głowie. Dla mnie sytuacja wyglądała bardzo podejrzanie. W głowie miałem już scenariusze, że dwójka alkoholików postanowiła ukraść komuś z garażu samochód i uciec nim na zachód. Dobra, kurwa... powiem.

– Ale to żaden problem. Ja mam prawo jazdy, mogę poprowadzić – zaproponowałem.
– Serio? Ale to automat, to jakoś inaczej się tym jeździ – odparła zdumiona kobieta.
– No, a co to za problem? Automatami przejeździłem już wiele kilometrów – skłamałem, bo jedynie kilka razy zdarzyło mi się poprowadzić elektryka z popularnej w Polsce wypożyczalni na minuty.

Parka popatrzyła po sobie, porozumiewawczo kiwnęli głowami i jednogłośnie stwierdzili:
– Dobra, to pakuj rzeczy do bagażnika i trzymaj kluczyki. Aha... tylko my jedziemy do Kamieńca Podolskiego.
– Nie ma problemu! Może być Kamieniec – odparłem, pamiętając z lekcji historii w szkole, że to dawne kresy wschodnie, więc pewnie gdzieś blisko do polskiej granicy. Oj, jak się myliłem...

Usadowiłem się na wygodnym fotelu. Przesunąłem go maksymalnie do przodu i podniosłem w górę, żeby cokolwiek widzieć zza kierownicy. Wyregulowałem lusterka i nacisnąłem przycisk start. Nic. Dobra, to automat – pomyślałem – pewnie trzeba coś pokombinować, wrzucić jakieś P czy N, przytrzymać hamulec i odpali. Klik w okrągły przycisk i... jest! Działa. Nacisnąłem hamulec, wrzuciłem D, puściłem hamulec, KURWA – szarpnęło niemiłosiernie. OK, trzeba jakoś delikatniej. Ustawiłem skrzynię na pozycję P i zgasiłem silnik, żeby pogadać z krzątającą się jeszcze parką. Podczas pakowania reszty walizek do obszernego bagażnika odezwały się syreny. Mężczyzna trzęsącymi rękami próbował zamknąć lichej konstrukcji drewniane drzwi do garażu, podczas gdy złowieszczo brzmiące syreny doprowadzały mnie do szaleństwa.

Wysiadłem z samochodu i powiedziałem:

– Dobra, pakuj się do środka i wyjeżdżamy.
– Ale drzwi do garażu... – odrzekł tonem, jak gdyby nie rozumiał co się dzieje.
– Zostaw je, przecież je można i tak z kopa otworzyć – próbowałem przekonać gościa do porzucenia prób.
– Ale przecież...
– Kurwa, za chwilę nie będzie tu już żadnego garażu, musimy stąd SPIER-DA-LAĆ!!! – krzyknąłem najbardziej stanowczo jak potrafię, choć krzyczeć nie potrafię.

Mężczyzna posłusznie zajął miejsce pasażera i zamknął drzwi. W końcu! Nie wierzę, udało się!

Zawróciłem ostrożnie na kilka razy, żeby nie uderzyć o drzwi garażu i murek znajdujący się tuż przed maską samochodu, przejechałem kilka metrów i... SERIO?! Typowe... takie coś mogło przydarzyć się tylko mi...
Wyjazd z alejki prowadzącej do garażów zablokowany był łańcuchem zahaczonym o dwa słupki, wbite w beton. Z jednej strony łańcuch był zaczepiony o ucho słupka masywną kłódką. Kurwa... dlaczego ja tego wcześniej nie zauważyłem? Umrzemy, bo ktoś zablokował wyjazd łańcuchem? SERIO???!!! W głowie miałem już plan staranowania przeszkody kosztem lakieru samochodu. Ustawiłem wybierak na N, szybko wysiadłem, parka głośno krzyknęła, bo auto zaczęło się zsuwać po pochyłym asfalcie, wskoczyłem za kierownicę, ustawiłem P i z powrotem wyszedłem, by wymyślić, jak zniszczyć łańcuszek. Złapałem za jeden z słupków i... wyjąłem go z betonowej płyty. Nawet nie dał oporu. Zwycięstwo! Wyrzuciłem słupek razem z łańcuszkiem w trawę, syreny dawały po uszach coraz bardziej. Jakaś kobieta zaczęła wrzeszczeć z okna, żebym naprawił blokadę. Kurwa, babo, nie ma na to czasu, trzeba uciekać z miasta! Nareszcie! Jedziemy!

Auto prowadziło się świetnie, wszystko co było potrzebne miałem dookoła, wraz z ekranem łączącym się z telefonem, gdzie ustawiłem od razu nawigację. Zerknąłem na zegary: Wow! To auto ma przejechane dopiero 63 kilometry. Będę jego pierwszym kierowcą i zrobię nim pierwszą setkę! – przeszło mi przez myśl. Grubo. Spojrzałem kilka centymetrów niżej. Niestety, wskaźnik paliwa nie kłamał – mogliśmy przejechać jeszcze niewiele ponad sto kilometrów. Dobra, chuj, potem będziemy się martwić tankowaniem.

https://youtu.be/d4_sllvsKr4
Zapierdalałem – bo tylko tak można nazwać moją jazdę. Z tyłu, a właściwie nawet i z przodu głowy miałem myśl, że muszę jechać bezpiecznie, ale nikt wtedy jeszcze nie wiedział, jak to wszystko się potoczy, więc priorytetem było jak najszybsze wyjechanie z miasta. Byłem maksymalnie skupiony na tym, co się dzieje dookoła, żeby tylko nie zrobić falstartu i nie zaliczyć dzwona na samym początku jazdy. Ciągle nie dawała mi też spokoju myśl, że parka mogła ten samochód ukraść i teraz znaleźli sobie frajera, którego po wyjechaniu z miasta okradną i porzucą. Chociaż – uspokajałem sam siebie – dopóki potrzebują kierowcy, to jestem bezpieczny. Nawet pomoc złym ludziom w takiej sytuacji może popłacić.


Ustawiłem GPS na Kamieniec Podolski. Wiedziałem, że różne drogi mogą być zablokowane, ale i tak zdałem się na łaskę Map Google. Parka usilnie starała się mnie przekonać, żebym pojechał na południe przez Białą Cerkiew, jednak kojarzyłem z relacji w Internecie, że coś tam może się dziać. Dodatkowo nawigacja twierdziła, że utknęlibyśmy w kilkugodzinnym korku. Olałem więc ich prośby i jadąc coraz to bardziej bocznymi drogami, w końcu dojechaliśmy do dzielnicy małych domków jednorodzinnych i... utknęliśmy w korku. Na szczęście ten dość szybko się poruszał, więc minęliśmy jedno skrzyżowanie, na rondzie skręciliśmy w ulicę Związkowców, która miała nas doprowadzić już prosto do głównej szosy żytomierskiej. Auta nieśpiesznie posuwały się naprzód. Co chwilę ktoś próbował przechytrzyć resztę i wyprzedzał pod prąd sznur samochodów, ku irytacji pozostałych, grzecznie czekających w kolejce kierowców.

Oho, no dobra – jednak czuć, że coś jest na rzeczy, że jest jakiś konflikt zbrojny – pomyślałem, kiedy dojeżdżając do skrzyżowania z ekspresówką minęliśmy stojący na poboczu lekki pojazd opancerzony „Nowator” z zamontowanym na dachu karabinem maszynowym. Co najgorsze – jechać mieliśmy w lewo, ale że jezdnie rozgrodzone były metalowymi barierkami, najpierw musieliśmy skręcić w prawo w kierunku Kijowa i dopiero po jakichś dwustu metrach na nawrotce zawrócić. Nie byłby to wielki problem, gdyby nie fakt, że ten sam manewr chciały zrobić chaotycznie ustawione w kilku rzędach setki samochodów.

PUF!!! – jak nagle nie gruchnęło blisko nas coś głośnego. Dźwięk przywiódł mi na myśl wystrzał z jakiegoś działka montowanego na transporterach opancerzonych. Dotychczas takie dźwięki słyszałem tylko w filmach i grach. Machinalnie schowałem się pod kierownicę. Wychylając się po kilku sekundach, zza okna wszystko wyglądało tak jak przedtem. Wszystkie auta stały w korku, tylko mój mózg (i najpewniej mózgi wszystkich kierowców dookoła) przestawiły się w jednej chwili z trybu „poczekamy kulturalnie na swoją kolej” na „noż ja pierdolę! Jedźcie, bo wszyscy tu zginiemy!!!”.


Nawrotka zdawała się przybliżać w ślimaczym tempie. Wszyscy walczyli o każdy milimetr, żeby jak najprędzej obrać upragniony kierunek (i zwrot) jazdy. Gdyby to było moje auto – może bym walczył odważniej. Jednak na kanapie z tyłu siedziała (jak się właśnie dowiedziałem z pokazanych mi dokumentów, bo w pewnym momencie zapytałem o nie w taki sposób, żeby nie wzbudzić podejrzeń, że jeszcze kilka minut temu myślałem, że to złodzieje) właścicielka tego pojazdu. W międzyczasie okazało się, że parka jednak nie jest parką, a rodzeństwem. Rodzeństwem, które próbuje wyjechać z miasta otrzymanym na urodziny od ojca kobiety samochodem. Wszystkie moje straszne domysły na temat tych ludzi okazały się nietrafione.
BUM!!! Znów wystrzał, aż w uszach zapiszczało jak na filmach. KURWA, przecież zostało nam jeszcze tylko kilka metrów do nawrotki i będziemy poruszać się na zachód. W głowie pojawiały się brutalne obrazy. Scenariusz, w którym kolejny strzał rozwala nasz samochód na kawałki. Próbowałem sobie wizualizować, jakie to uczucie, gdy urywa ci nogę albo kula z karabinu maszynowego przebija ci płuco. Brrr... – aż się wzdrygnąłem na samą myśl. Im bliżej było do końca barierki, tym bardziej ludzie walczyli o to, żeby być pierwsi. W końcu, wykazując się kilka razy lepszym refleksem od kierowców obok, udało się nawrócić i stanąć w kolejnym korku. Tym razem jednak zator poruszał się, choć z niewielką, to wciąż jakąś prędkością. Wszystko co wydarzyło się przez ostatnie kilkanaście minut wydawało się tak bardzo nierealne i ciężkie do przetworzenia przez mózg, że mimo nerwówki wciąż nie był to żaden paraliżujący stres.


Gdy zrównaliśmy się z drogą, którą przyjechaliśmy, jezdnia w przeciwnym kierunku opustoszała. Raz po raz pojawiały się na niej wojskowe ciężarówki lub policja. Gdy pojawiły się jednak Humvee z żołnierzami trzymającymi w rękach ukraińskie flagi, a za nimi sznurek BTR-ów, wszyscy kierowcy zaczęli triumfalnie trąbić. Byłem zaskoczony, jak profesjonalnie wyglądają teraz ukraińscy żołnierze. Piaskowy kamuflaż, hełmy i gogle od razu przywodziły mi na myśl amerykańskie wojska w Afganistanie.

https://youtu.be/Xdo8bI-2FkE
Na wyjeździe z Kijowa po obydwu stronach drogi rósł gęsty las, w którym w bardzo sprytny sposób zakamuflowane stały ukraińskie czołgi. Ukryte były albo w przydrożnych rowach, albo za niskimi bilbordami czy murkami, tak by zaskoczyć wroga, jeśli ten spróbuje zaatakować stolicę. No, to już robiło ogromne wrażenie. Czołgi na żywo dotychczas widziałem tylko w muzeach lub na pomnikach. Świadomość, że to jest prawdziwy czołg z prawdziwą załogą w środku, który za chwilę będzie walczył z Rosjanami, była czymś absurdalnym. Matko! Serio? Z Rosjanami?! Rosjanie tutaj? Tacy prawdziwi rosyjscy Rosjanie? W Kijowie? Co za popierdolona akcja... Rozumiem jakiś egzotyczny Donbas czy Ługańsk, ale, kurwa, Kijów?! Jeśli teraz umrę trafiony rakietą, to zostanę zabity przez rosyjskie wojsko. Serio?! Ja pierdolę... jak to w ogóle brzmi... Nie wymyśliłbym takiego scenariusza w najgłębszych snach...

Ruszyliśmy dalej, raz po raz utykając w niewielkich zatorach. Ta droga nie widziała tak wielu samochodów chyba od czasu czarnobylskiej ewakuacji. Poboczami zaś poruszały się dziesiątki osób z plecakami, walizkami i wszelkiego rodzaju bazarowymi torbami, niekiedy na rowerach. Patrząc na ten obraz, jedyne słowo, które przychodziło mi na myśl to EXODUS.

https://youtu.be/sEtMXGKeGWs
Im dalej znajdowaliśmy się od Kijowa, tym płynniejsza wydawała się jazda. Korki z reguły pojawiały się w okolicach większych skrzyżowań i stacji benzynowych. Kilka z nich minęliśmy zakładając, że „zatankujemy później”. Jednak na prawie wszystkich mijanych słupach z cenami widniały dwie literki informujące o braku paliwa. W końcu na desce rozdzielczej liczba mówiąca, za ile kilometrów będziemy musieli zacząć iść piechotą, spadła poniżej pięćdziesięciu kilometrów. Trzeba było odpuścić i stanąć w pierwszej lepszej kolejce do stacji. Niestety samochodów stało tam multum, a gwarancji, że paliwo nie skończy się akurat kiedy to my podjedziemy do dystrybutora, nikt nie mógł nam dać. I tutaj dochodzę do momentu, w którym muszę opisać ponad trzygodzinne stanie w kolejce do stacji benzynowej. Specjalnie dużo się nie działo. Rodzeństwo co chwilę kłóciło się między sobą o jakieś pierdoły, co lekko mnie drażniło. Kilka razy w chmurach, ale z wielkim hukiem przeleciał nad nami myśliwiec. Telefon dość dobrze łapał zasięg, więc pisałem do znajomych, przyjaciół i chłopaka o bieżącej sytuacji, dowiadując się w odpowiedzi informacji o postępach rosyjskiego ataku. Szczególną uwagę zwracałem na Czarnobyl. Tak, jedyna stała rzecz w moim życiu, czyli miłość do tego miejsca, właśnie miała być mi odebrana. Nie wierzyłem w to – zawsze powtarzałem sobie, że Czarnobyl będzie trwać wiecznie i co najwyżej Strefę wraz z kolejnymi latami będą coraz bardziej otwierać. Jedyny scenariusz – ten nierealny – który pojawiał się zawsze w głowie przy okazji takich rozważań, brzmiał „no chyba Ruscy musieliby zaatakować Kijów, żeby Czarnobyl się skończył”. A tu właśnie – na moich oczach – ten scenariusz się odbywa.


Po ponad trzech godzinach stania w kolejce, ze strachem, że zmarnujemy godziny stania, bo za chwilę skończy się paliwo, w końcu podjechaliśmy do stacji. Sznurek samochodów plus ludzi próbujących się między nie wpychać rozgałęział się tutaj na kilka dystrybutorów. Walcząc o to, żeby nikt mnie nie uprzedził, podjechałem pod wolne stanowisko i... dostałem opieprz od pracownika, że „na tym to tylko diesel, a po benzynę podjedzie do kolejnego”. Tjaaa... weź teraz wykręć tutaj i wróć do kolejki, tłumacząc innym, że już tu stałeś. Straciliśmy kolejne pół godziny, błagając kierowców, żeby nas wpuścili przed siebie. W końcu wykonując machinację rodem z internetowych gierek typu „wyjedź z parkingu”, stanęliśmy przy dystrybutorze, opłaciliśmy maksymalne dozwolone tego dnia 20 litrów i będąc najszczęśliwszymi ludźmi na świecie, po zatankowaniu ruszyliśmy w dalszą drogę.


Na nogach byłem od siódmej rano. Na dworzec kolejowy dotarłem piętnaście po dziewiątej. Szczęśliwie udało się znaleźć rodzeństwo z autem koło dziesiątej, a wyjechać piętnaście minut później. Teraz dochodziło w pół do piątej wieczorem, czyli od wyruszenia z Kijowa do miejsca, w którym teraz się znajdowaliśmy, minęło ponad sześć godzin. A gdzie się znajdowaliśmy? 25 lutego przeciętnemu Polakowi miejscowości Irpień i Bucza nie mówiły jeszcze zupełnie nic. Dla mnie od dziesięciu lat kojarzyły się z przyjemnymi miasteczkami, które mijało się w drodze do Czarnobyla. Teraz, po sześciu godzinach jazdy ślimaczym tempem, znajdowaliśmy się równo 10 kilometrów od Kijowa, Buczy i Irpienia. Stacji, na której tankowaliśmy paliwo za kilka dni, a może nawet i za kilkanaście godzin mogło już nie być. Została prawdopodobnie całkowicie zdemolowana przez trwające na tej drodze zaciekłe walki, a mosty, którymi mieliśmy pokonywać lokalne rzeki – zniszczone.

https://www.youtube.com/shorts/hTRkVnIYAog
Choć, jak większość ludzi, wolę jeździć za dnia, to tym razem z utęsknieniem wyczekiwałem zachodu słońca. Jazda samochodem idealnie w kierunku zachodnim, gdy prosto w twarz świeci ci słońce, a osłona przeciwsłoneczna jest za wysoko jest mordęgą. Jest też wyjątkowo niebezpieczna, nie pomagają nawet okulary. W końcu, raz po raz mijając nadciągające w kierunku Kijowa wojskowe cysterny i zwożone na przyczepach czołgi, zaszło słońce i stanęliśmy w ogromnym korku aut próbujących ominąć Żytomierz. Znajomi ostrzegali, żebyśmy nie zbliżali się szczególnie do tego miasta, ale innej drogi praktycznie nie było. Wszystkie zjazdy były pilnowane przez ukraińskie wojsko i prawdopodobnie minowane.

https://youtu.be/rd0Q10Hk2Qk
Niektórzy kierowcy, próbowali (skutecznie) przechytrzyć system i na najbliższej nawrotce ruszali na awaryjnych pod prąd. Z perspektywy czasu żałuję, że sam tak nie zrobiłem – zaoszczędzilibyśmy dobre kilka godzin stania w korku. Z drugiej strony – chwała temu, kto wymyślił automatyczną skrzynię biegów. Przy manualu podjeżdżanie o kilka metrów przez bite trzy godziny byłoby bardziej irytujące, a przede wszystkim paliwożerne. Coraz częściej wśród aut pojawiały się busy z napisaną odręcznie na kartce informacją „DZIECI”. Wreszcie odbiliśmy na południe i po ponad 10 godzinach za kierownicą od rana (tę trasę dwa dni wcześniej pokonalibyśmy w niecałe dwie godziny) dotarliśmy na stację benzynową – o dziwo bez kolejki. Zatankowaliśmy, tym razem do pełna, zjedliśmy po hot dogu i przykrywając się kocami, zasnęliśmy.

Po krótkiej drzemce ruszyliśmy już dla odmiany niezakorkowanymi drogami w dalszą podróż. Google Maps co chwilę proponowało nam lepsze trasy. Lepszymi okazały się oczywiście w teorii. Praktyka pokazała, że zostałem mistrzem w ukraińskich mistrzostwach w omijanie dziur na drodze. Wiedziałem, że to nie moje auto, ale jednak jechanie dziesięć kilometrów na godzinę przez kilkadziesiąt kilometrów nie wchodziło w grę. Jadąc przez Ukrainę, paradoksalnie dość trudno o wypadek, jeśli tylko włączysz sobie tryb „na drodze nie obowiązują tu niemal żadne zasady”. Wtedy jeździ się łatwo, ale trzeba mieć oczy dookoła głowy. Normą jest sytuacja, gdy próbujesz ominąć dziurę z siedemdziesięcioma kilometrami na godzinę na liczniku, a nagle z twojej lewej na trzeciego omija i ciebie, i dziurę samochód pędzący setką. Kilkukrotnie wpadłem w niezauważoną głęboką jamę i auto zaczęło wydawać dziwne dźwięki. Zorientowałem się też, że od pewnego (nie wiem od kiedy) czasu jadę z włączoną blokadą dyferencjału. Ajć! Chyba nie powinno się po asfalcie z tym jeździć. No cóż...

https://www.youtube.com/shorts/uhg1ZF8jbPU
W końcu krążąc po bocznych trasach, trafiliśmy do pogrążonej w mroku wioski. Przed nami wyrosła zapora zbudowana z worków z piaskiem, a zza niej wyszło trzech młodych mężczyzn w dresach z trzema paskami. Dzierżąc w rękach gaz-rurki i kije bejsbolowe, pokazali ręką, żebyśmy otworzyli okno. Zmroziło mnie. Przygotowany na ewentualną ucieczkę i przestraszony do cna lekko uchyliłem szybę i usłyszałem przyjaźnie nastawiony głos:

– Dobry wieczór! Obrona terytorialna. Pokażcie dokumenty.

Próbowałem nie wybuchnąć śmiechem, ale posłusznie pokazałem im nasze papiery i wyjaśniłem cel podróży. Moi pasażerowie też nie kryli rozbawienia. W końcu zaczęły się bardziej cywilizowane drogi. W większych miejscowościach pojawiały się pierwsze zasieki, których jeszcze w głowie nie nazywałem blok-postami. Były to albo worki z piaskiem, albo metalowe lub betonowe słupy wywrócone na drogę tak, by stworzyć ograniczającą prędkość szykanę. Na większych rondach czy wjazdach do miast ustawione były już stanowiska strzeleckie obsadzone żołnierzami w profesjonalnych uniformach, a przed mostami ustawiała się kolejka samochodów do kontroli. Łał! – pomyślałem – szybcy są.

Przed czwartą rano zaczęła łapać mnie senność. Gdy pierwszy raz zorientowałem się, że nagle, mając otwarte oczy, przeskoczyło mi w przód kilka sekund życia – zbagatelizowałem to. Dopiero gdy nie wiedzieć kiedy znalazłem się niebezpiecznie blisko lewej krawędzi drogi uznałem, że nie ma co ryzykować i trzeba się zatrzymać. Stanęliśmy na krótką drzemkę w malowniczej, położonej na zboczu góry miejscowości Nowa Uszyca. Przejeżdżające raz po raz samochody i chrapanie współtowarzyszy przygody utrudniały mi zaśnięcie. Koniec końców, nie wiedzieć nawet kiedy obudził mnie ustawiony na 45 minut snu budzik, przygrywając wesoło (ku uciesze rodzeństwa) motyw z radzieckiego filmu familijnego „Goście z Przyszłości”. Względnie wyspani ruszyliśmy do bliskiego już celu.

Jako że nie wspomniałem jeszcze niemal nic o moich pasażerach, nadrobię to teraz. Jeśli pamięć mnie nie myli, Igor był pracownikiem biurowym w Kijowie i gdy zaczęła się wojna, szefostwo firmy dało mu możliwość przeniesienia się w bezpieczniejsze miejsce, czyli do oddziału firmy w położonym niedaleko granicy z Rumunią, znanym w Polsce z lekcji historii, Kamieńcu Podolskim. Ania zaś była architektką, a samochód, którym się poruszaliśmy, dostała od ojca na urodziny. Była niskiej postury i ciągle – w ukraińskim stylu – kłóciła się ze swoim bratem o pierdoły. On widać przyzwyczajony nie zwracał na to uwagi, ja – podirytowany – starałem się udawać, że tego nie słyszę.

Korzystając z dobrodziejstw nowoczesnej technologii użytej we współczesnych samochodach, jeszcze w Kijowie połączyłem się przez bluetooth z komputerem pokładowym naszego przyjemnego autka. Dlatego przez całą drogę umilałem naszej trójce czas ukraińskimi i rosyjskimi klasykami, w tym przebojami Wiktora Coja, Okean Elzy i mojego ulubionego Molchat Doma. Zadowoleni, że cel już tuż-tuż, minęliśmy tabliczkę wjazdową do Kamieńca i... zostaliśmy zatrzymani na najbliższym rondzie.
Uzbrojony od stóp do głów żołnierz przekazał nam smutną informację, że niestety – do siódmej rano trwa „komendantska hodyna” i nie możemy wjechać do miasta. Próbowałem objechać miasto i spróbować wjechać od innej strony. Na próżno – każdego wjazdu strzegł policjant lub żołnierz. I prawidłowo! Nie mogliśmy mieć o to do nikogo pretensji. Zatrzymaliśmy się na placyku koło zamkniętej o tej porze knajpki przy obwodnicy miasta i korzystając z tego, że i tak musimy jeszcze godzinkę poczekać, postanowiliśmy poczekać. Wyszedłem z samochodu i zapaliłem papierosa. Podczas palenia mam najlepsze rozkminy. Ciągle czułem do siebie żal o to, że wyjechałem z Kijowa. Chciałbym zobaczyć na własne oczy, jak dalej rozwinie się sytuacja. Kto wie? Może mógłbym w czymś pomóc. W głębi duszy żałowałem, że trafiłem na tych ludzi. Oczywiście – czułem się dumny, że im pomogłem, ale chyba jednak byłbym bardziej zadowolony, gdybym wrócił wtedy „na tarczy” do Aleksa, pytając go, czy mogę zostać u niego na jeszcze jedną noc. Z drugiej strony wiedziałem, że POWINIENEM czuć teraz ulgę, że dotarłem już tak blisko celu i że jestem w końcu względnie bezpieczny. Boże! Chciałbym móc włączyć u siebie od czasu do czasu tryb normalnego człowieka pragnącego jedynie wygody i traktującego jako przygodę wycieczkę do lasu po grzyby...
Wyrzuciłem peta na ziemię i zagaszając go butem, wróciłem do auta po kolejną ratę snu. Świtało. Zaspany zrzuciłem koc i wyregulowałem oparcie. Jeszcze łyk soku, żeby przepłukać niemyte od kilku dni zęby i możemy jechać. Krążąc kilka razy po zablokowanych betonowymi blokami drogach, w końcu wjechaliśmy do miasta. Naszym oczom ukazał się widok jak z czołówki Disneya. Kremowego koloru zamek z kilkoma szpiczastymi wieżyczkami i prowadząca w jego kierunku droga z kocich łbów. Jejku... dlaczego wcześniej nie podróżowałem po tym kraju i ograniczałem się tylko do Kijowa i Czarnobyla? Jednak jeszcze nie wiedziałem, że ma się to w najbliższym czasie zmienić, a wojna sprawi, że za dwa miesiące dotrę do Charkowa, a w czerwcu aż do Donbasu.


Dotarliśmy do małego hoteliku o wdzięcznej nazwie „Ksenia”. Położony był na kamienieckim Podzamczu, raptem trzysta metrów od malowniczej warowni. Poczęstowano nas śniadaniem, zakwaterowaliśmy się w trzyosobowym pokoju i nie bacząc już nawet na to, czy na moim łóżku jest pościel, położyłem się i zasnąłem. Wydawało się, że dotarcie do oddalonej o sto kilometrów od Kamieńca Podolskiego Rumunii będzie już formalnością. Otóż n..

Na dalszy ciąg chwilkę jeszcze poczekamy. Staszek obiecał dokończyć swoją relację. Na pewno nie zaszkodzi go jednak trochę pogonić.
Zanim jednak zobaczymy tę publikację, mam do Was apel.


Staszek w tym roku rusza swoją Ładą Nivą na rajd Złombol. Żeby wystartować, musi zebrać 3000 złotych na fundację wspierająca domy dziecka. Jeśli chcecie wspomóc ten cel, kliknijcie TUTAJ.


Tymczasem ciekawych innych opowieści Staszka-stalkera zapraszam do odwiedzenia
jego bloga!

14

Oglądany: 38059x | Komentarzy: 53 | Okejek: 290 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

13.06

12.06

Starsze historie

Sprawdź swoją wiedzę!
Jak to drzewiej bywało