Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Patologie polskiego budownictwa VIII

30 536  
200   14  
Doktor_Lobotomiusz pisze: Najgorsza jednak była akcja z Patrykiem. Nie ma nic bardziej głupiego, niż stać się ofiarą budowlanego kawału wymyślonego przez kolegów majstrów z ekipy.


Wzięły majstry i po pijaku owinęły folią strecz takiego jednego Patryka. Strecz to taka folia z rolki do obklejania różnych rzeczy, która się sama do siebie przykleja. Jest tak mocna, że można nią obfoliowywać palety z różnymi przedmiotami i to może jechać długie kilometry w transporcie i nic się z tym złego nie dzieje.

Owinięcie tą folią Patryka było pomysłem takiego jednego Andrzeja, któremu Patryk groził śmiercią. Wszystko zaczęło się na budowlanej wtorkowej libacji, bo jeden majster coś dni popierdzielił i przyniósł jakiś samogon, bo jakoś mu tak wyszło, że pomylił wtorek z piątkiem. No a skoro była okazja do świętowania i było czym świętować – właśnie to, że było czym, było już powodem do świętowania – więc majstry stwierdziły, że będą się bawić. A że była taka budowlana zasada, że kto nie pije, ten podpierdala, to musieliśmy z Lejsem również w tej libacji uczestniczyć. To, co przyniósł majster, było tak ohydne, że nie dało się tego pić. Nawet Ocet, typ, który normalnie wypiłby wszystko, stwierdził, że nie da rady tego przełknąć. Na szczęście on, weteran budowlanych libacji, miał sposób na takie bełty. Wprawdzie nie robił już z nami w brygadzie, ale przychodził na peta i na bajerę do majstrów, no i jak się dowiedział, że jest wóda, to nie byłby sobą, gdyby odpuścił.

– Trzeba wymieszać z Kubusiem – powiedział Ocet i jako młodzi mieliśmy już z Lejsem misję, żeby iść do sklepu po kilka butelek Kubusia. I faktycznie, ten syf zmieszany z Kubusiem dalej smakował wyłącznie Kubusiem.


Więc chlały majstry, a my z Lejsem razem z nimi. Na szczęście tej wódy nie było aż tak dużo, bo nie wiem, jak by się to skończyło. W każdym razie majstry zaczęły się kłócić o jakieś pierdoły w stylu, który cekol jest lepszy. No i taka się dyskusja zrobiła, że się Andrzejek zaczął z Patrykiem wyzywać. Wtedy Patryk zaczął grozić Andrzejkowi, że mu gardło zaraz poderżnie, zrobił tulipana z butelki po Kubusiu i rzucił się na Andrzejka ze słowami, że puc (czyli taki gotowiec z wiadra) jest najlepszy i nikt mu nie będzie pierdolił, że jest inaczej!
Na szczęście Andrzejek był dużo większy od Patryka, chudego i żylastego, więc go Andrzejek powalił tęgą bułą na mordę i Patryk leżał i trzymał się za nos, i bełkotał, że jak tylko wstanie, to Andrzejka zabije. Wtedy Andrzejek wziął strecza od zabezpieczania okien i zaczął Patryka owijać w taki kokon. Patryk odgrażał się Andrzejkowi jeszcze bardziej, więc jak wóda się skończyła, a tym samym libacja dobiegła końca, to Andrzejek doowinął Patryka tą folią jeszcze na kilka razy i powiedział, że zostawimy go tu do rana, żeby wytrzeźwiał, bo taki rozsierdzony, to na pewno kogoś zabije. I zostawiliśmy Patryka, któremu już w tym momencie wóda tak uderzyła do łba, że był już prawie nieprzytomny.

Za to rano, gdy go znaleźliśmy, to okazało się, że kolesiowi udało się przemieścić z jednego pokoju do drugiego, ale w całej tej akcji najgorsze było to, czym stał się Patryk. Owinięty folią strecz był teraz ogromną rurką z brązowym kremem, bo Patryk w tej folii się zeszczał i zesrał na rzadko. No i teraz nie było komu go odwinąć. Nadmienię jeszcze, że rano, kiedy go znaleźliśmy, Patryk spał w tej folii jak dziecko.
Majstry stwierdziły, że trzeba by znaleźć Sznytka, bo on za peta na pewno odwinie Patryka, no ale Sznytka nie było na tej budowie, więc znów wrócił problem, co z Patrykiem. Do owijania to każdy był pierwszy, ale odwinąć gościa to już nie było komu.

Więc ktoś na niezłym kacu wpadł na taki plan, żeby go nie odwijać, tylko mu znaleźć jakieś takie zajęcie, żeby mógł je wykonywać zawinięty w ten kokon z folii. Tylko że ciężko było coś takiego wymyślić, bo właściwie co miałby robić koleś, który ma uwięzione pod streczem ręce i nogi?

Do tego Patryk właśnie się obudził i gdy doszedł do tego, co się wczoraj wydarzyło, to znów zaczął się odgrażać, że wszystkich pozabija albo dojedzie i dopiero wtedy pozabija. I chyba nie było to jedynie czcze gadanie, bo facet w swoim czterdziestodziewięcioletnim życiu dwadzieścia pięć lat przesiedział w kryminale. Jeszcze dzień wcześniej się śmiał, że już za rok będzie na wolności tyle samo, co w pierdlu, a za dwa lata to będzie więcej na wolności niż w pace. Więc jego groźby, zważając na jego przeszłość, mogły nie być tylko grożeniem dla grożenia, ale mogły mieć w sobie coś z przepowiedni.


Patryk wił się na podłodze jak wściekły bezmuszlowy ślimak, no i z tego jego kokonu wypływał kolejny szczoch na podłogę, bo Patryk nawet jako gąsienica (zresztą potem tak już się na niego mówiło – Patryk Gąsienica) wciąż załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne, a te po wczorajszej libacji były niczego sobie.
No i był problem, co zrobić, bo z jednej strony nie można go było tak trzymać w nieskończoność, a z drugiej istniało ryzyko, że kto go odwinie, ten pierwszy straci swoje życie lub zdrowie.

Ukryto więc Patryka w pakamerze i aż do śniadania pozostawiono go tam zupełnie samego. Tylko sobie wyobraźcie, co musiał czuć skacowany Patryk pozostawiony na cztery godziny bez picia, jedzenia i papierosów. Został tam sam na sam ze sobą samym i swoimi potrzebami fizjologicznymi. Trochę się baliśmy z Lejsem, że przez tę całą akcję i nam może się oberwać od Patryka, a byliśmy w tym najmniej winni, bo jako młodzi biegaliśmy tylko po Kubusia do sklepu, a dla samego Patryka staraliśmy się być neutralni.
Weszliśmy do pakamery na śniadanie. Patryk cały czas był zawinięty w folię, ale widać było, że się przemieszczał, bo zostawiał po sobie taki ślad jak ślimak. Gdy nas zobaczył, to znów zaczął wszystkim grozić i drzeć się, że mają go uwolnić. Najlepsze było to, że stwierdził, że jak tylko go uwolnią, to zabije pierwszego, który wpadnie mu w łapska. No i jak było takiego uwolnić?

Znaleźliśmy się jako ekipa w sytuacji bez wyjścia. Najgorsze, że wisiało nad nami śmiertelne zagrożenie. Nikt kompletnie nie wiedział, co zrobić z Patrykiem, który był rozsierdzony do takiego stopnia, że aż mu piana z pyska leciała.
Wtedy przyszedł mi do głowy taki plan, żeby majstry ponownie schlały Patryka do nieprzytomności, a potem go odwiązały i dały mu się obudzić na drugi dzień, a my mieliśmy wtedy udawać, że nic się takiego z tą folią nie wydarzyło i wmówić Patrykowi, że wkręcił sobie jakiś głupi film. Majstrowi Andrzejowi spodobał się mój plan i jako młody dostałem misję, żeby iść po wódę do monopolowego. Jak wychodziłem, to plan się zmienił, żeby nie kupować wódy, tylko od razu spirytus.

Gdy wróciłem, to ujrzałem klęczącego przed Patrykiem Lejsa, który podawał mu papierosa. Wszyscy wtedy palili, bo stwierdzili, że trzeba zrobić zadymę – Patryk już tak zaczął śmierdzieć, że ciężko było przy nim wytrzymać. No i zaczęło się powolne upajanie Patryka, a to podłe zadanie oczywiście przypadło mi i Lejsowi na zmianę, bo wszystkie najgorsze zadania spadały w budowlance zawsze na najmłodszych w brygadzie. Więc na zmianę z Lejsem upajaliśmy Patryka spirytusem rozcieńczonym z Kubusiem. Kurrrwa mać!!!

W końcu pod fajrant stało się to, co miało się stać, czyli Patryk uległ upojeniu alkoholowemu po wypiciu prawie połówki spirytusu. Pił chętnie, bo mu Andrzej obiecał, że jak wypije, to go wypuści i będzie mógł sobie kogoś zabić.
Jak już Patryk schlany był do nieprzytomności, znów pojawił się dylemat, kto ma rozciąć folię strecz. Z jednej strony było to o tyle prostsze niż rano, bo Patryk spał najebany, ale z drugiej strony rurka była jeszcze bardziej pełna kremu… Ach, gdyby tylko pracował z nami Sznytek.
Ale Sznytka nie było, a nikt z nas nie chciał tego zrobić. My z Lejsem postawiliśmy się tym razem i powiedzieliśmy, że prędzej się zwolnimy, niż odwiniemy Patryka, tym bardziej że nie był to nasz pomysł, żeby go w tę folię zawijać.


Andrzej prosił nas i prosił, a nawet obiecał, że odda nam swoją jedną dniówkę, ale w to akurat nie bardzo chciało nam się wierzyć. Rzuciłem wtedy, żeby załatwił to z cieciem na budowie albo znalazł budowlanego Zdzicha, bo taki to na pewno poradzi sobie z tym zadaniem. Do tego tacy Zdzisi bywali pod fajrant już tak najebani po małpkach obalanych gdzieś po piwnicach, że na drugi dzień pewnie często nie pamiętali, co robili dnia poprzedniego. No i faktycznie, budowlany Zdzich prawie sobie z tym zadaniem poradził. Prawie – bo przy okazji pociął trochę Patryka nożem do tapet, a potem grzecznie powynosił do kontenera te wszystkie zasrane folie odwinięte z Patryka.

My z Lejsem zasypaliśmy cekolem ślady, jakie Patryk zostawił na podłodze.
Wszystko wydawało się piękne, Patryk spał jak niemowlę i był odwinięty z folii, choć cały w gównie i szczynach, ale pojawiło się pytanie, czy zostawić go tak w pakamerze, czy zanieść gdzieś do piwnicy. Oczywiście wygrała opcja pakamery, bo Zdzich sam by go nie wyniósł, a nikt z nas nie chciał dotykać Patryka.

Na koniec spiliśmy jeszcze trochę Zdzicha resztką Kubusia ze spirytusem, żeby na pewno nic nie pamiętał kolejnego dnia. Wtedy Zdzich zaczął opowiadać, jakie to on miał kiedyś premie za komuny, że wyrabiał po 120% normy, że z NRD jakieś wiatrówki i zegarki sprowadzał za te premie i że stać go było wtedy na dżinsy z Pewexu. A teraz ma wszystko w dupie, bo go nowa władza oszukała i on ma ich w dupie, dlatego się nie będzie przemęczał. To powiedział, obrzygał się cały tą Kubusiową miksturą i kilkoma litrami żółci, a potem pierdolnął jak długi na glebę obok Patryka.
No i mogliśmy nareszcie skończyć pracę tamtego szalonego dnia.

W poprzednim odcinku

26

Oglądany: 30536x | Komentarzy: 14 | Okejek: 200 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało