Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Rosjanie się tego nie spodziewali: dzisiaj są regularnie rozwalani śmiechem przez ochotnicze oddziały NAFO

45 785  
292   12  
Amerykański kongresman, ukraiński minister, były prezydent Estonii – co łączy tych ludzi? Pewnie masa rzeczy, ale jedną z nich jest przynależność do NAFO. Wbrew pozorom nie jest to NATO wypowiadane przez człowieka z wadą wymowy, a grupa, która chce śmiechem, ale też donacjami, wesprzeć Ukraińców w walce z najeźdźcą. Bo solidny mem może wyrządzić większą krzywdę niż kanonada, nawet ta celna.
Y5ifRSf

W naszym kręgu kulturowym trudno o osobę, która po ataku Rosji na Ukrainę nie widziała mema dotyczącego tej wojny. Nawet jeśli ktoś nie korzysta z internetu, treści tego typu trafiały do niego za pośrednictwem telewizji, prasy, rodziny czy znajomych. Tak było z Romami, którzy rzekomo ukradli rosyjski czołg, generałem Denaturovem, psem Patronem, a ostatnio także mostem Kerczeńskim czy Královcem.

aprKr0f

Ciekawym zjawiskiem w tym potoku żartów jest NAFO, czyli North Atlantic Fellas Organization. Podobieństwo do North Atlantic Treaty Organization (NATO) nie jest oczywiście przypadkowe, ale zastąpienie słowa „Traktat” swojskimi „Kolesiami” (Fellas) robi sporą różnicę. NAFO to oddolny ruch w cyfrowej przestrzeni, który z jednej strony chce dodać otuchy Ukraińcom, a z drugiej uderzyć w Rosjan. I to w czułe miejsce, w samą szczepionkę, żeby bardziej bolało: w dumę (i niby nie chodzi o niższą izbę parlamentu Federacji Rosyjskiej, ale finalnie pewnie i ona obrywa).

Trudno jednoznacznie określić, kiedy ów ruch wystartował, ale przyjmuje się, że miało to miejsce w maju br. Wtedy to użytkownik Twittera o pseudonimie @Kama_Kamilia zaczął wplatać w wojenny kontekst grafikę „fella”, czyli psa japońskiej rasy shiba inu. Tego jegomościa powinniście świetnie kojarzyć, bo w cyfrowej przestrzeni żyje od początków poprzedniej dekady. To popularny pieseł czy też doge. A przynajmniej jedna z jego inkarnacji.

Kama nie poprzestał(a) na tej jednej grafice i zaczął/zaczęła tworzyć kolesi na zamówienie. Podaż odpowiedziała na popyt. Awatary z piesełem i motywem nawiązującym do Ukrainy czy wojny (ale niekoniecznie) otrzymywały osoby, które finansowo wsparły Legion Gruziński. To paramilitarna formacja, która powstała jeszcze w 2014 roku, po aneksji Krymu przez Rosję. W poprzedniej dekadzie jednostka walczyła w Donbasie, a po tegorocznej, pełnoskalowej inwazji, broniła m.in. Kijowa.

JeAulpz

Zbieranie środków odbywa się np. za pośrednictwem serwisu saintjavelin.com, w którym pojawiła się zakładka NAFO Fellas. Można tam kupić odzież, kubki, naszywki czy naklejki z memami odwołującymi się do poczciwego psiaka. Przedstawiciele tej społeczności zapewniają, że nie czerpią z tego tytułu korzyści finansowych, a cała kasa trafia do podmiotów w Ukrainie. O jakich pieniądzach mowa? Prawdopodobnie o setkach tysięcy dolarów.

Na przeciętnym zjadaczu chleba taka kasa robi pewnie wrażenie. Można za nią kupić sporo mundurów, odzieży, która przyda się zimą, sprzętu do komunikacji czy opatrunków. Nie ma się jednak co oszukiwać – mowa o wojnie, a ta pożera gigantyczne środki. Bonaparte miał powiedzieć, że do prowadzenia wojny są potrzebne trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i pieniądze. Te kilkaset tysięcy dolarów różnicy wielkiej nie zrobi, bo ten konflikt pochłania miliardy dolarów. Dlatego nie należy patrzeć na to zagadnienie głównie przez pryzmat donacji. O wiele ważniejsze jest zwalczanie rosyjskiej propagandy.

Stosunkowo szybko po starcie NAFO, bo jeszcze w czerwcu, przekonał się o tym rosyjski dyplomata przebywający w Wiedniu – Michaił Uljanow. To człowiek (?), który w sierpniu wzywał za pośrednictwem Twittera do nieokazywania litości ukraińskiemu społeczeństwu. Potem usunął wpis i zapewniał, że został źle zrozumiany, ale te tłumaczenia chyba nie przekonały zbyt wielu osób. Dla Rosjanina musiała to być kolejna ciężka przeprawa w internetach – wcześniej dostał w skórę właśnie od społeczności NAFO.

EOc7zpI

W jednym z czerwcowych tweetów Uljanow przekonywał, że konflikt sprowokowała armia ukraińska, która od 2014 roku ostrzeliwała ludność cywilną w Donbasie. W domyśle: Rosja ruszyła na ratunek osobom gnębionym przez ukraińskich faszystów. Niby nic nowego – facet powtórzył narrację, którą Kreml karmi świat od dawna. Jednak w tym przypadku wydarzyło się coś istotnego: kacapski urzędnik dał się wciągnąć w dyskusję przez członków NAFO.

Uljanowa można odbierać jako kremlowskiego trolla, ale trzeba też na niego patrzeć jako na dyplomatę. A temu ostatniemu nie przystoi kłócić się w sieci z trollami. Mechanizm jest prosty: jeśli dajesz się wciągać w gównoburze w internetach, wiedz, że możesz stać się ich ofiarą. Tak też było z dyplomatą, którego tweet o treści „You pronounced this nonsense. Not Me” (To ty wypowiedziałeś ten nonsens, nie ja) skierowany do członka NAFO, zaczął żyć swoim życiem. Stał się fundamentem dla wielu memów, trafił na wspomniane już ubrania i kubki.

Tego jednego zdarzenia nie można nie doceniać. Okazało się bowiem, że najlepszą bronią w walce z rosyjskim trollingiem jest… kontrtrolling. Jeżeli ktoś z premedytację używa w dyskusji kłamstw, nie ma sensu ich „odkręcać”, przytaczać argumentów na potwierdzenie swoich racji, bo nie przyniesie to spodziewanych skutków. Nie w sieci i nie na skalę, która mogłaby zadowolić stronę gotową do prawdziwej debaty. W takiej sytuacji może się sprawdzić tylko shitposting, czyli nawalanie treściami, które np. wyprowadzą adwersarza z równowagi. To nie muszą być rzeczy wysublimowane, niska jakość czasem nawet jest wskazana. Dobrze, jeśli nie brakuje w nich ironii, a skala zjawiska jest duża. Właśnie tak działa NAFO.

lqeWvx0

Strollowanie Uljanowa przyniosło dwa skutki. Po pierwsze, nadało rozgłosu NAFO – od tego czasu ruchem interesuje się coraz większa rzesza internautów, ale też mediów, w tym Washington Post, Vice, Politico czy Deutsche Welle. Społeczność NAFO rozrosła się na Twitterze, zaczęła się również organizować w innych mediach społecznościowych, np. na Facebooku czy YouTube. I we wszystkich tych miejscach dzieli się informacjami o rosyjskich niepowodzeniach i ukraińskich sukcesach. Wszystko to polewając oczywiście odpowiednim sosem.

Drugim, równie istotnym skutkiem, było pokazanie, że rosyjska propaganda nie jest wszechmocna. Niby rzecz oczywista, ale do tego momentu na wypowiedzi podobne do tych Uljanowa reagowano na Zachodzie oburzeniem, rwaniem włosów i wzywaniem niebios. Jednocześnie przedstawiano rosyjską machinę dezinformacyjną jako niepokonane imperium zła, które doprowadziło do brexitu, wygranej Trumpa w USA, majstrowało przy innych wyborach i sprawiło, że Dudka nie wzięli na mundial w 2006 roku. Opłacane przez Kreml farmy trolli postrzegano jako grupę Sithów, przy których internauci, ale też politycy czy służby z państw NATO wyglądali jak Jar Jar Binks.


Aż pewnego czerwcowego dnia okazało się, że role można odwrócić. A wystarczy do tego poczciwy pieseł i kilka chwil w programie graficznym. Uljanow dał się wciągnąć w tę grę i w efekcie… na jakiś czas zniknął z internetów. Ofensywa okazała się zbyt potężna, kacap musiał odpocząć w bani. Przywodzi to na myśl mit samej rosyjskiej armii: przez lata karmiono nas doniesieniami na temat jej potęgi, superbroni, którą dysponuje w wielkich ilościach, nieustraszonych i wszechmocnych komandosów czy najemników. Wyszło jednak na to, że to nie druga czy trzecia armia świata, a banda wyposażona w zardzewiałe karabiny, dziurawe buty, zepsute pojazdy, walcząca o tuszonkę i kradnąca sedesy albo majtki. Takich ludzi przestajesz się bać, a zaczynasz im współczuć. Najpierw jednak z nich szydzisz, a to często boli ofiarę bardziej niż kula w pośladku.

wp8dVAD

O tym, że ta inicjatywa spełnia swoje zadanie, najlepiej świadczy reakcja strony rosyjskiej, która zaczęła się w tym doszukiwać działania obcych służb. Propagandyści z Moskwy nagle zaczęli podnosić larum, że są prześladowani w internecie. Niczym bohater „Seksmisji”, który narzekał, że bije go kobieta. W głowie niejednego Wasyla, Iwana i Saszy musiały się przepalić zwoje, gdy obserwował, jak armia jego wspaniałego kraju jest poniewierana na froncie i w sieci (czyli de facto na dwóch frontach). I to przez kogo! Przecież te baty wymierzali zwykli ludzie!

Istotne w całej sprawie jest właśnie to, że ruch ten działa oddolnie, w przeciwieństwie do rosyjskiej machiny propagandowej. Owszem, być może jest on w jakimś stopniu stymulowany przez ukraińską propagandę (tak, ukraińska propaganda istnieje i ma się świetnie), czego przykładem włączenie się w tę akcję np. Ołeksija Reznikowa, ministra obrony Ukrainy. Jednak swój czas poświęcają temu tysiące „zwykłych” internautów. I jest to ruch niejednorodny, z Rosjan drwią starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni, wyborcy prawicy i lewicy. Awatarów NAFO używają amerykański kongresman Adam Kinzinger, były prezydent Estonii Toomas Hendrik Ilves, ale też Grażyna z Zabrza i Marcin z Supraśla (Polacy naprawdę odgrywają w tym cyrku niemałą rolę).

Pojawiający się w sieci kolejni Fellas stawiali czoła rosyjskim trollom i zalewali ich absurdalnymi postami, przez co agresor stawał się obiektem drwin. Te działania podnosiły na duchu Ukraińców, zarówno żołnierzy, jak i cywilów. W natłoku złych, czasem wręcz koszmarnych doniesień, odgrywa to ważną rolę. Warto pamiętać, że podczas drugiej wojny światowej w gettach czy obozach koncentracyjnych działały kabarety, które pozwalały rozładować, przynajmniej na chwilę, bardzo negatywne emocje. Teraz jest podobnie, ale odbywa się to w internecie.

20pgxm3

Kolejna korzyść polega na podtrzymywaniu zainteresowania wojną w Ukrainie wśród globalnej społeczności. Niektórych może to oburzać, ale prawda jest taka, że im dłużej będzie trwała rosyjska agresja, tym rzadziej będą na nią spoglądać społeczeństwa amerykańskie, włoskie, niemieckie czy nawet polskie. Tak przecież było z konfliktem w Donbasie. Najpierw zżymaliśmy się na działania Rosjan w 2014 roku, aneksję Krymu, a kilka lat później oglądaliśmy mundial w kraju Putina. I jakoś trudno sobie przypomnieć, by świat wtedy bojkotował tę imprezę. Zresztą to samo dotyczyło igrzysk olimpijskich w Chinach, z mistrzostwami w Katarze jest teraz podobnie.

Przeciętnego Szweda, Francuza i Japończyka przestaną interesować doniesienia o bombardowaniach Kijowa, niszczeniu cywilnej infrastruktury Ukrainy czy nawet o ludobójstwie. Dla Ukraińców to bardzo zła informacja, bo z czasem stawaliby się coraz bardziej osamotnieni. Tymczasem memy sprawiają, że temat nie cichnie. Pieseł z rakietą, pieseł w czołgu, pieseł na Placu Czerwonym czy Wyspie Węży nie pozwalają zapomnieć o wydarzeniach za naszą wschodnią granicą. Brutalne i tragikomiczne, ale prawdziwe.
3

Oglądany: 45785x | Komentarzy: 12 | Okejek: 292 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało