Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Tinder Stories – Część VI – Nawiedzone

44 576  
142   41  
Długo się zbierałem, żeby napisać tę część. Wydawała mi się najłatwiejsza do napisania, ale problem polega na tym, że utrzymuję relację z przedstawicielką opisywanej grupy. Dlaczego? Bo ją lubię.

Czy nie przeszkadza mi, że nasze postrzeganie pewnych spraw znacząco się różni? Trochę, ale bez przesady. Jeśli zatem kiedyś dotrze w jakiś sposób do tego tekstu, to niestety domyśli się, że ja to ja, bo jest ona głównym źródłem inspiracji dla tej kategorii.

Z drugiej strony będzie to ciekawy test. Niewiasta doskonale wie, jakie mam zdanie na TEN temat, bo wiele razy o tym już rozmawialiśmy. Jestem nazywany ignorantem, człowiekiem o wąskich perspektywach myślowych, niewystarczająco dojrzałym do pewnych spraw. Kto już się domyślił, rączka w górę. No? Widzę kilka rączek. Dla tych, którzy wciąż nie wiedzą albo wstydzą się podnieść rękę…

Odpowiednie przygotowanie profilu na Tinderze trochę przypomina budowanie bohatera w RPG. Trzeba się bardzo dokładnie zastanowić, w jaki sposób poukładać wszystko, żeby ubić jak najwięcej potworów i być w miarę uniwersalnym bohaterem. Nie sztuka zabić goblina, ale polec w walce z dzikim psem. Sztuką jest zdewastować każdą przeszkodę na swojej drodze. I to w taki sposób, że przeszkoda będzie po fakcie wysyłała mi wiadomości, że chce więcej. Tym pierwszym akapitem daję kolejną pożywkę do komentarzy. „To może wyjdź z piwnicy nerdzie i przestań bawić się z kolegami, to coś poruchasz”. Za chwilę, teraz nie mogę, bo akurat walczymy z bossem.

Przetestowałem trochę buildów, pozostając w terminologii gamingowej. Jedne działały lepiej, inne gorzej, ale zawsze coś tam wpadało. Akurat na Tinderze często mniej znaczy więcej, więc trzeba być tym cool dzieciakiem z amerykańskiego serialu, w którym licealiści wyglądają jakby byli po czterdziestce, który na wszystko ma wywalone. Mały offtop: limit znaków w opisie to 500, ale kiedyś znalazłem przedstawicielkę płci piękniejszej, która to wspaniale obeszła. Dodawała kolejne części opisu jako zdjęcia. Sprytnie, nie powiem. No tak, o czym to ja? Budowanie profilu. Zauważyłem, że jedna rzecz znacząco zmniejszyła liczbę osób, z którymi mnie parowało. Otóż w opisie dodałem, że jestem typowym astronomicznym tyranozaurem, ale szybko zrozumiałem, jak wielki błąd popełniłem.

Nie wiem jak to się stało, ale ostatnimi czasy jako społeczeństwo zaliczyliśmy w wielu aspektach powrót do lat 90. Dziewczyny chodzą w dzwonach, panowie zakładają dżinsowe katany, za dolara można kupić połowę asortymentu w sklepie, a panie znowu zaczęły chodzić do wróżek. Ja jednak skupię się na tym ostatnim. „Nie ma takiego znaku zodiaku jak tyranozaur”. Oho, łebska mi się trafiła tym razem. No fakt, nie ma, tak samo jak nie ma żadnego innego, ale o tym jej nie powiem, bo się obrazi, a wygląda bardzo atrakcyjnie. Tłumaczę więc, że to taki żart. „To jaki masz znak zodiaku tak naprawdę?”. I w dodatku konsekwentna. Nie odpuści mi, bestia. Ja już jednak doświadczony w tym temacie, doskonale wiem, żeby nie pisać prawdy. „Skorpion to najgorszy możliwy partner”, usłyszałem od innej. Ściemniam więc i wybieram sąsiedni, coby można się było wykpić w przyszłości, że źle spojrzałem. Pada na strzelca. „A to spoko, najważniejsze, że nie skorpion”. No wiadomo, z tymi to najgorzej.


Znaki zodiaku to jeszcze pół biedy. Jakoś tak w naszym przaśnym kraju utarło się, że wiele osób dla zabawy czyta sobie horoskopy. Ba, sam kiedyś je pisałem do gazetki szkolnej. To chyba była najchętniej czytana sekcja. Na twojej drodze pojawi się nieznajomy brunet i zmieni twój dzień, a w pracy uważaj na podejmowanie decyzji, bo w tym tygodniu energia ci nie sprzyja. Pamiętaj, żeby w sklepie kupić papier toaletowy. Nie, czekaj, nie te notatki. Coraz częściej jednak na znakach zodiaku się nie kończy. „Bo wiesz, ostatnio odblokowywałam sobie czakry”. Uhum, a ja wymieniałem amortyzatory. Odpalam Google i sprawdzam, co to są czakry. Kojarzę, że coś z buddyzmem i coś z energią, ale za cholerę nie wiedziałem, że można je sobie zablokować. No tak, Wikipedia przychodzi z pomocą – „jeden z wielu ośrodków psychiczno-energetycznych w ciele, ważnych w okultystycznych praktykach fizjologicznych [...]”. O matko, no dobra, jak się bawić, to się bawić. I jak było? „Spoko, chociaż następnym razem chyba spróbuję stacjonarnie, bo przez telefon trudno się skupić, a ja w dodatku mam czakrę gardła do odblokowania, więc trzeba to robić w milczeniu”. Z każdym kolejnym zdaniem wmawiałem sobie, że te oczy to jednak nie takie ładne chyba, no i nos jakiś krzywy. Nie chciałem, żeby było mi przykro. Rzadko się zdarza, że nie wiem co powiedzieć, ale panience udało się, chapeau bas. Straciłem już nadzieję na cokolwiek, więc wyciągam asa z nogawki. A byłaś u Harry’ego z Tybetu? „Nie, a kto to?”. Nieważne, taki bioenergoterapeuta lokalny, ale raczej nie polecam, kark mnie wciąż napierdala, a na udach dostałem wysypki.

„Po Tobie to od razu widać, że masz więcej męskiej energii”. No tak, pewnie dlatego, że jestem mężczyzną, ale spróbujmy zgłębić temat. Że niby mężczyźni i kobiety różnią się naturalną energią? Każda płeć ma swoje indywidualne źródła energii, z których czerpie wiadrami? Czekaj, a ty przypadkiem nie opowiadałaś ostatnio o tym, że są więcej niż dwie płcie? Uhum, to co innego, no tak, kumam. Nie żebym miał coś przeciwko (ja to tak ogólnie mało mam przeciwko), ale bądźmy konsekwentni. Dla mnie możesz się nawet utożsamiać z otwartą puszką z pokrojonym w kostkę ananasem, ale nie wmawiaj mi w takim razie, że są dwa rodzaje energii – męska i żeńska. „Nie zrozumiesz tego, do tego trzeba wrażliwości”. Hej! Z tym akurat nie mam problemu, zawsze płaczę na Toy Story, a jak usłyszałem, że z tego już nic nie będzie i ukochana fura musi trafić na złom, to nie mogłem dojść do siebie przez tydzień. Jestem bardzo wrażliwy, ale może ty po prostu tego nie rozumiesz, w końcu jesteś jebanym wodnikiem.

Lecimy jeszcze bardziej na wschód. Kolejna bowiem uważa, że w poprzednim wcieleniu była znaną pisarką i dlatego tak bardzo lubi czytać książki. Strasznie mnie bawią rozmowy o reinkarnacji. Ludzie zawsze twierdzą, że byli kimś ważnym. „Ja byłem generałem wojsk napoleońskich”, „A ja z kolei byłem wielkim tygrysem”, „To jeszcze nic, ja byłam kapłanką bogini Izydy”. A ja miałem na imię Leszek, urodziłem się w Wałbrzychu i tam też zmarłem mając lat 35. Wpadłem pod samochód, jak pijany przechodziłem przez ulicę. Pewnie dlatego teraz staram się przechodzić na przejściach i zawsze patrzeć w lewo, potem w prawo i potem znowu w lewo. „Może kiedyś zrozumiesz, uwierz mi, że akurat istnienie duszy jest potwierdzone naukowo”. Oho, nawiedzona mitomanka. A któż to potwierdził? „To jest udowodnione, że dusza waży 21 gramów!”. Mówisz o tym typie, który za pomocą jakiejś tandetnej wagi dokonywał pomiarów ludzi przed śmiercią i po i dostawał bardzo różne wyniki, ale uśrednił je i wyszło mu 21 gramów? O tym typie mówisz? Nie zrozum mnie źle, jeżeli wiara w takie rzeczy ci pomaga, to ja to doskonale rozumiem. Whatever works. Ale może jednak unikajmy słów „fakt” i „potwierdzone naukowo”, hm?

No i tak krążę wokół tych tematów w co drugiej rozmowie. Tej się babcia objawiła i przekazała przepis na powidła śliwkowe. Tamta widziała buzię w tęczu. Jeszcze inna w życiu nie zwiąże się z rakiem, bo z tego połączenia rodzą się niskie dzieci. Ta nie może spotkać się z typem o niebieskich oczach, bo… nie może i już, to skomplikowane. A ja się zastanawiam, czy Leszek w poprzednim wcieleniu był sarenką i dlatego wszedł pod tego dostawczaka.
42

Oglądany: 44576x | Komentarzy: 41 | Okejek: 142 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

01.02

31.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało