Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Obwiniam syna o śmierć żony, jak uratowałem psa sąsiada i inne anonimowe opowieści

44 887  
323   82  
Dzisiaj m.in. pomysłowa dziewczyna, której udało się uniknąć zaczepki, mieszkanie przy windzie, ratowanie Jezusa, zgaszony menel, najgorszy ojciec świata i radość po interwencji policji.

#1.

Mieszkam na dość... łobuzerskim osiedlu. Jest tu dużo alkoholików, kiboli, dresów (nie mam nic do dresów, ale to ten bardziej waleczny sort), a nawet gangsterów w najnowszych jaguarach z cygarem w ręce. Jak można się domyślić, łatwo tu o zaczepkę. Udało mi się jednak opracować technikę, która pozwala mi przetrwać. Zazwyczaj idąc do domu, słucham muzyki przez słuchawki. Kiedy zobaczę na horyzoncie kogoś, kto mógłby mnie zaczepić, zaczynam udawać, że rozmawiam. W ten sposób sprawiam wrażenie „mającej ze sobą nietykalne zaplecze” i nikt mnie nie zaczepia.

Pewnego wieczora zapomniałam słuchawek. Przechodzę przez dosyć ciemny zaułek i widzę idącego z naprzeciwka mężczyznę, który jakoś podejrzanie się zachowuje. Zaczynam się modlić, żeby nie podszedł, ale on wyraźnie zbacza w moją stronę. Trzymam telefon w kieszeni, wkładam do niej rękę i na pamięć próbuję znaleźć ikonkę muzyki. Już słyszę, jak ten człowiek zaczyna do mnie coś mamrotać, ale w tym momencie rozlega się muzyka. „Och, przepraszam” mówię, wyciągam telefon i „odbieram”.
- Tak? Spokojnie tato, będę za minutę, no, jak podejdziesz do okna, to mnie zobaczysz... O, widzisz? *macham w stronę okna*
W tym momencie słyszę, jak mężczyzna klnie i zaczyna uciekać.


Chyba uratowałam sama sobie życie. Tym bardziej że w oknie nikogo nie było. I to nie był mój blok ani nawet moja ulica, a w domu nikt na mnie nie czekał :)

#2.

Mieszkam w PRL-owskim bloku ze starymi windami, które ręcznie się zamyka i otwiera. Zawsze współczułam ludziom, którzy mają mieszkanie przy samej windzie.

Za każdym razem, jak niechcący za mocno trzasnę drzwiami od windy, szybko zamykam drzwi od wewnętrznej strony i wciskam przycisk, bo boję się, że wybiegnie wściekły sąsiad w samych gaciach i mnie pobije albo zarąbie siekierą. Nie wiem skąd się to u mnie wzięło.

#3.

Gdy byłem mały (chodziłem wtedy do zerówki) i mama zabrała mnie do kościoła, to nie rozumiałem czemu wszyscy modlą się do Jezusa przybitego do krzyża, a nikt nawet palcem nie ruszy, aby go uwolnić. Mimo że zdawałem sobie sprawę z tego, że mam do czynienia jedynie z figurką, to i tak było to dla mnie przerażające – cierpiący facet wisi przybity do desek, z krwawych ran wystają mu grube, żelazne gwoździe, a ludzie wolą mamrotać coś pod nosem, zamiast mu pomóc... Przecież to okropne. Pamiętam, że długo nie mogłem zasnąć wyobrażając sobie, że podczas gdy ja leżę sobie pod mięciutką pierzynką, gdzieś tam kościele Jezus przeżywa niewyobrażalne cierpienia.
W końcu podjąłem decyzję – skoro nikt nie chce ulżyć Synowi Bożemu w jego bólu, ja to uczynię!

Zacząłem od oderwania Jezusa z krzyżyka, który wisiał w przedpokoju naszego mieszkania. Następnie urwałem Zbawicieli wiszących na wszystkich krzyżach w mieszkaniu babci. Potem zacząłem przeprowadzać akcje u moich znajomych z klasy. Kiedy organizowane były np. urodziny jakiegoś kolegi, ja zawsze musiałem obejść cały dom i zdejmować Syna Bożego ze wszystkich krzyżyków i krucyfiksów. Całkiem sprawnie mi to szło. Urwane Jezuski trzymałem w takim metalowym pudełku po czekoladkach, jednak w pewnym momencie, z racji gabarytów niektórych Chrystusów, musiałem przerzucić się na pudło po butach taty. Raz nawet udało mi się urwać miedzianego Jezusa z takiego małego krzyżyka wiszącego w kościele nad misą ze święconą wodą. Tak bardzo wyrobiłem się w uwalnianiu Zbawicieli, że zawsze nosiłem przy sobie mały śrubokręt, który podwędziłem ojcu. Nieskromnie pochwalę się, że pod koniec pierwszej klasy, dzięki pomocy kolegów, udało mi się przeprowadzić skuteczną, szeroko zakrojoną akcję w szkole – w salach gdzie do niedawna wisiały krzyżyki z Jezusem nad drzwiami, teraz wisiały już same puste krzyżyki...
Nie pamiętam kiedy moja empatia nieco się uspokoiła i zaprzestałem tego głupiego procederu. Musiało to być gdzieś w połowie drugiej klasy podstawówki. Czemu o tym opowiadam? Cóż, zdecydowałem się na porządki w piwnicy. W zakamarku pod rurami znalazłem ciężki pakunek zawinięty w jakąś szmatę. Odwinąłem go i się wzruszyłem. To pudełko po butach taty wypełnione po czubek małymi, dużymi, brzydkimi i pięknymi, realistycznymi, umięśnionymi, ale i karykaturalnie chudymi Jezusami! Skarb ten musiałem schować tam dobrych 30 lat temu i nikt go nie odnalazł aż do dziś.

Jakbyście mieli w domu krzyżyk i potrzebowali dopasować do niego odpowiedniej wielkości Jezusa, to piszcie do mnie na priv. Ceny hurtowe...


#4.

Dziś byłem świadkiem ciekawej scenki.
Wychodziłem z jednego z dyskontów, przed którym stał, jak to często się zdarza, menel. Menele mają to do siebie, że zagadują ludzi o jakieś drobne na piwo. Zapewne każdy chociaż raz w życiu tego doświadczył.

Przede mną ze sklepu wychodził jakiś chłopak – na oko około 22-25 lat. Ów menel obrał go na cel i prosił o jakieś drobne na piwo. Jednak dialog jaki się wywiązał zapamiętam do końca życia.

Menel: Kierowniku, zbieram na piwo.
Chłopak: Ja też zbieram, dlatego właśnie idę do pracy.

Mina menela – bezcenna.

#5.

Jestem najgorszym mężczyzną i ojcem na świecie.

Żona zmarła podczas porodu 5 lat temu, wydając na świat naszego synka. Nigdy nie mówiłem jemu ani nikomu z rodziny, że go o to obwiniam, bo to nie jego wina. Jednak nie potrafię spędzić z nim żadnych urodzin, które są jednocześnie rocznicą śmierci mojej ukochanej. Zawsze w okolicy tej daty „wypada” mi jakiś wyjazd z pracy. Syna oddaję pod opiekę dziadkom i jadę do takiego domku, który można wynająć na tydzień i cały czas piję, by nie myśleć.

Byłem u psychologa. Przez 360 dni w roku jest wszystko w porządku, ale nie potrafię się przełamać i spędzić z dzieckiem urodzin. To jest silniejsze ode mnie, podejrzewam, że rodzina podejrzewa o co chodzi, ale nikt nie porusza tego tematu.

#6.

Czasy młodości, ponad 30 lat temu. Razem z bratem naszym ulubionym zajęciem było ganianie z kijami czy łukami. Strzały robiliśmy z leszczyny, z pełnym opierzeniem. Za grot robiły najczęściej gwoździe.
Historia właściwa.
Nasz sąsiad był, no cóż, trochę trunkowy, jak mawia mój ojciec. Oprócz faktu, że był starym kawalerem, lubił czasami wyładować się na swoim psie.

Któregoś dnia, gdy tak bawiliśmy się z bratem, akurat na pastwisku za domem sąsiada, widzieliśmy kolejną scenę agresji pod adresem psa. Nie wiem co mi wtedy strzeliło do głowy, ale postanowiłem zainterweniować. 11-latek w starciu z napranym 40-latkiem w starciu bezpośrednim miałby niewielkie szanse. Co więc zrobiłem? Strzeliłem do niego z łuku. I trafiłem go. W dupę... Wrzask był taki, jakby faceta ktoś ze skóry obdzierał.

Najśmieszniejsze jest to, że sąsiad nie był w stanie rozpoznać strzelca, bo będąc nawalony jak bela, guzik tak naprawdę widział. Mi się upiekło, brat pary z gęby nie puścił. A wieś miała temat do plotek i żartów na najbliższy tydzień. Nawet psu przestało się obrywać, bo sąsiad pomyślał, że to jakaś kara boża, więc się trochę opamiętał. Może nie tyle opamiętał, co zmienił obiekt zainteresowania, jeśli chodzi o rozładowywanie agresji. Zaczął drewno rąbać.

#7.


Moja żona dostała nakaz opuszczenia domu i zarzuty o znęcanie się psychiczne i fizyczne i jestem wdzięczny policjantom, którzy przyjechali na interwencję, za obiektywizm i profesjonalizm, oraz sąsiadom, że wezwali patrol. To żelazny dowód na rozwód z jej winy i możliwość dla mnie na zatrzymanie dziecka oraz zasądzenie od niej alimentów. Nie ma już siły, żebym przegrał w sądach.

7 lat znosiłem upokorzenia, krzyki, rzucanie się do mnie z łapami i latające po domu artykuły gospodarstwa domowego. Znosiłem to tylko dlatego, żeby zatrzymać przy sobie syna, którego kocham. 7 lat bez seksu i w ogóle jakichkolwiek fizycznych interakcji z żoną, bo rzucania się do mnie z łapami nie liczę. 7 lat rycia głowy krzykami, pretensjami i zarzutami. 7 lat utrzymywania pasożyta, który nie potrafił nawet zadbać o dziecko i dom.

Chciałbym wykrzyczeć całemu światu, że już prawie wygrałem w sprawie, w której to zawsze facet jest tym złym i to faceta wyrzuca się z jego własnego domu i to facetowi odbiera się dziecko i wyciąga od niego alimenty. Zacząłem wierzyć w sprawiedliwość.
Czuję się, jakbym wygrał w totka.
5

Oglądany: 44887x | Komentarzy: 82 | Okejek: 323 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

03.12

02.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało