Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Czy znana polska „szamanka” faktycznie zasłużyła na taką krytykę?

46 648  
227   111  
Minęło już sporo czasu od momentu, gdy była szafiarka, przekonwertowana na aktualną szamankę, zagrała na bębenku w telewizji i tym samym skierowała na siebie uwagę całej Polski. W międzyczasie okazało się, że pani, która robiła „Ejo-łejo” w „Sprawie dla reportera”, oprócz bycia duchowym coachem prowadzi też sklep internetowy z wszelkiej maści akcesoriami z pogranicza świata magii i ludowych wierzeń. Szybko też na jaw wyszło, że niektóre ze sprzedawanych przez nią produktów są, wbrew opisowi, wytwarzane w Chinach i reklamowane jako panaceum na wiele chorób, z nowotworami włącznie. I chociaż cały kraj aż zatrząsł się z oburzenia, to mnie jakoś sprawa ta nie zdziwiła. Podobnie jak Tamara mam południowoamerykańskie korzenie i podobnie jak ona, handluję „szamańskimi” wynalazkami z tamtej części świata.
Wkurzyłem się. Nie dlatego, że ktoś wlazł na mój rynek, ale dlatego, że zrobił to w brudnych butach. Od lat sprowadzam z Peru kadzidła, szamańskie ozdoby, wisiorki, ręcznie robione tkaniny i uparcie dbam o to, aby nie wdepnąć w grząski świat tzw. ezo-Grażyn. Musicie bowiem wiedzieć, że rynek tego typu produktów często niestety karmi się ludzką naiwnością i wiarą w duchowe istoty, które to otaczają opieką tylko te osoby, które wydały gruby hajs na np. wykonany z kości jednorożca magiczny naszyjnik. Jako importer skupiający się na handlu hurtowym spotkałem się już zarówno ze sprzedawcami dział orgonitowych do rozpędzania toksycznych „oprysków” zrzucanych ludziom na głowy wprost z pasażerskich samolotów, jak i producentami anielskich kart czy nawet szerokim rynkiem wiedźm rzucających klątwy oraz magów klątwy te zdejmujących.

Ba, poznałem nawet spirytualistycznych pseudo-wynalazców potrafiących, za odpowiednią opłatą, odczytać ludzką aurę z wykonanego ziemniakiem zdjęcia swojego klienta.



Ta branża pełna jest pazernych, łasych na hajs szarlatanów. A popłynąć w to niestety bardzo łatwo. Tak jest na przykład z moim ulubionym Palo Santo. Jest to drewno pochodzące z naturalnie obumarłego drzewa występującego na północy Peru. Od setek, jeśli nie tysięcy, lat jest ono wykorzystywane przez amazońskie i andyjskie ludy jako kadzidło. Według tamtejszych wierzeń aromatyczny dym tej rośliny odpędza złe duchy i oczyszcza pomieszczenia z niechcianych bytów. W takiej też formie Palo Santo używane jest w katolickich, południowoamerykańskich kościołach.

Jako że w peruwiańskim szamanizmie świat duchowy przeplata się ze światem realnym, wszelkie spirytystyczne ceremonie mają za zadanie mieć wpływ na nasz stan fizyczny, więc owszem – okadzanie dymem w założeniu ma być częścią procedur leczniczych. Czy to jednak oznacza, że powinienem sprzedawać moje kadzidła jako niezawodne remedium na opryszczkę i łupanie w kościach? Nie. To, co mogę zrobić, to co najwyżej opowiedzieć moim klientom o tradycyjnym zastosowaniu każdego z moich produktów, bez wciskania kitu o jakichś ich cudownych, nadprzyrodzonych właściwościach. Kwestia moralności. Dym z Palo Santo ładnie pachnie i kropka. A to co zrobisz z tym faktem pozostawiam już tobie.



W przypadku pani Tamary całe zamieszanie i skandal wokół jej osoby wybuchł po tym, jak okazało się, że ta celebrytka nagle odkryła swe korzenie i postanowiła na nich trzepać hajs w niekoniecznie etyczny sposób. Naczelnym przykładem stały się tu sprzedawane przez nią kamienne czaszki. Weźmy pod lupę pierwszy z brzegu opis znaleziony w sklepie pani Tamary:

Ręcznie rzeźbione Kryształowe Czaszki to artefakty, które od lat owiane są tajemnicą. Pierwsze zaczęto odkrywać w połowie XIX wieku na terenie Meksyku. Zarówno ich pochodzenie, jak i sposób wykonania nigdy nie były do końca zrozumiałe dla współczesnych, a jednak każde rdzenne plemię na Ziemi (od Indian, poprzez Afrykańskie plemiona, aż do Aborygenów) wierzy w ich moc i korzysta z pomocy oraz przewodnictwa czaszek w swoich rytuałach.

Przykre jest to, że pani Tamara, osoba związana z tradycją indiańskich plemion, nie przedstawiła faktów takimi, jakie są. Kryształowe czaszki – owszem, na początku XX wieku „odkrywane” były podczas wykopalisk prowadzonych w Meksyku, problem z nimi jest taki, że… są to falsyfikaty. W dużej części te arcyciekawe artefakty spreparowane zostały przez Eugene’a Bobana – cwanego handlarza (o, ironio!) i członka Francuskiej Komisji Naukowej w Meksyku.



Za każdym razem, gdy wracał ze swych ekspedycji, przywoził ze sobą te „znaleziska” i za gruby hajs sprzedawał je w swoim sklepie z antykami. Czaszki trafiały nawet do muzeów, bo pan Boban, oprócz robienia pieniędzy na sprzedaży swoich produktów, był też oficjalnym archeologiem na dworze króla Maksymiliana I, co przecież było gwarancją tego, że posiadana przez niego kolekcja jest oryginalna. Dopiero z czasem okazało się, że kamienie, z których wykonano (rzekomo liczące sobie tysiące lat) czaszki, obrabiane były nowoczesnymi wiertłami obrotowymi i jubilerskimi narzędziami, a sam surowiec prawdopodobnie sprowadzano z… Madagaskaru! Jest więc ewidentnym kłamstwem, to że „pochodzenie i sposób wykonania czaszek nie jest zrozumiałe dla współczesnych”. Ba, dziś jest to bardziej czytelne niż kiedykolwiek! Więcej o tej historii dowiecie się tutaj.



Jedno jest pewne: ręcznie rzeźbione czaszki wykonane z kwarcu czy innych kamieni szlachetnych mają niezwykłe właściwości, które oddziałują na człowieka i jego otoczenie. Ich doskonała, rzeźbiona z ogromną precyzją forma, nawiązuje do kształtu ludzkiej czaszki – jest to symbol końca i początku. Tego co oznacza życie i śmierć.

Nie, nie mają żadnych właściwości poza tymi, które sam im nadasz. To tak, jak z twoimi szczęśliwymi gaciami – dopóki wierzysz, że przynoszą ci one życiowy fart, to tak właśnie będzie. Nazwijmy to potęgą placebo! Faktem natomiast jest, że ludzka czaszka w wielu kulturach traktowana jest jako przedmiot magiczny czy wręcz ochronny. I to niekoniecznie przez „dzikie” plemiona. Mój dziadek, szanowany lekarz i człowiek nauki, posiadał w swojej gablocie czaszkę preinkaskiego mężczyzny i twierdził, że ta ma za zadanie strzec domu oraz jej mieszkańców przed złem. Cóż, co kraj, to obyczaj. W naszej kulturze funkcję tę pełni długowłosy, zapewne wyprodukowany w Chinach, brodacz bestialsko przybity do krzyża wiszącego nad drzwiami.

W dalszym opisie sprzedawanego przez panią Tamarę produktu możemy dowiedzieć się o mocy kamieni oraz o tym, że każda z (masowo wytwarzanych przez małe, azjatyckie rączki) czaszek jest duchową istotą, która towarzyszyć nam będzie w świadomych snach, chronić ma nas przed negatywnymi energiami, a osoba, która dokona zakupu takiego produktu, automatycznie staje się jego opiekunem. Jest też coś o litoterapii, czyli niemającej absolutnie żadnych naukowych podstaw wierze w prozdrowotne działanie minerałów.



Chciałbym bardzo wykpić te wszystkie szalone teorie, jednak byłbym wówczas pieprzonym hipokrytą, bo przecież sam łapię się na tym, że z ceremonialnym wręcz szacunkiem traktuję pewne moje osobiste przedmioty, nadając im tym samym niemalże totemiczną wartość. Pani Tamarze zarzucić można kłamstwo, infantylność, a nawet cyniczne bazowanie na ludzkim, naturalnym strachu (w jednym z opisów dowiadujemy się, że czaszki mają chronić ich posiadacza przed nowotworami…), ale nie można powiedzieć, że jest złą przedsiębiorczynią.
Niestety, prawda jest taka, że w biznesie mało jest miejsca na szczerość, a wielu handlarzy gotowych jest opylić za parę groszy własną godność, byle tylko pieniądz na koncie się zgadzał.

I nie, nie jest to tylko cecha typowa dla naszego, polskiego rynku. W Peru, kolebce południowoamerykańskiego szamanizmu, branża ezoteryczna działa na przykład dwutorowo. W każdym mieście działają targi z produktami pierwszej, duchowej potrzeby, gdzie zaopatrują się przywiązani do tradycyjnej obrzędowości lokalsi. Ja sam, będąc dzieckiem, dostałem od mojej świętej pamięci abuelity zakupiony w jednym z takich miejsc wisiorek z nasionkiem, tzw. huayruro, które to nasionko miało zapewnić mi ochronę przed złymi urokami.

Z drugiej jednak strony ekspansja ruchów new age i moda na poszukiwanie duchowego oświecenia sprawiła, że do Peru co roku zjeżdżają tysiące osób, aby za cenę tysięcy dolarów spędzić tydzień w ośrodku ayahuascowym, gdzie „prawdziwi” curanderos będą ich uczyć swego mistycznego rzemiosła. Pewnie się domyślacie, że nawet opłacony górą baksów wielostopniowy „kurs szamanizmu” nie uczyni z medialnej szafiarki oświeconej nauczycielki duchowej. Nie pomoże tu ani śliczna buzia, ani bębenek, ani nawet natchnione „Ejo-łejo”. Według tamtejszej tradycji dar ten się dziedziczy, a dojście do odpowiedniego poziomu wymaga nie tylko dużej pokory, ale i wielu lat praktyk. Tymczasem zbijanie peruwiańskich soli na białoskórych przybyszach, nierozumiejących lokalnej mowy ani zwyczajów, to naprawdę dobry biznes, tym bardziej że rozemocjonowani gringos zazwyczaj mają kieszenie wypchane dolarami...



Nie chcę oczywiście pani Tamary bronić, ale uważam, że jej zachowanie w niczym nie różni się od chociażby praktykowanego od dekad obrotu plastrami detoksykacyjnymi (dostępnymi chociażby w Rossmannie), które to przyklejone do stóp, wysysają z organizmu złogi wszelkich trucizn i ciężkich metali. Namacalnym tego dowodem mają być czarne jak dupa szatana plamy, które na tych plastrach pojawiają się po odlepieniu ich z ciała. W rzeczywistości przebarwienia te są niczym innym, jak zwykłym efektem reakcji chemicznej namoczonego w „cudownym” specyfiku materiału na ludzki pot.



A czy słyszeliście, aby ktokolwiek podniósł lament, że reklamowane w telewizji Mango urządzenie do elektrostymulacji mięśni brzucha nie odsłoniło komuś dorodnego sześciopaka? Cóż, reklama ma to do siebie, że kłamie o wspaniałych właściwościach danego produktu lepiej niż Morawiecki na dowolny temat!

No, dobra – powiecie – ale tu chodzi o sprawy duchowe, czyli o rzecz bardzo osobistą, o wiarę w niewidzialnych opiekunów i życie po śmierci! Przypominam zatem, że gwarancją uratowania sobie tyłka przed ogniem piekielnym jest opowiedzenie panu w sukience o samozadowalaniu się przed PornHubem. Sprawę załatwia odbębnienie pokutnego wierszyka. Zły przykład? Mam lepszy! Skoro pani Tamarze zarzucamy cyniczne żerowanie na klientach i wmawianie im, że czaszki z Alibaby są manifestacją obecności astralnych bytów chroniących nas przed niewidzialnym złem oraz całkiem widzialnym rakiem dziąsła, to warto pochylić się nieco nad asortymentem oferowanym przez sklepy z dewocjonaliami. I tak na przykład Wydawnictwo Niepokalanów handluje wodą z groty Lourdes. Wystarczy kilka kropel, aby siła boskiego miłosierdzia uleczyła osobę ciężko chorą. A jeśli przed przyjęciem tego „leku” wyspowiadamy się, to zdrowie uderzy w nas ze zdwojoną siłą!



Na tej samej stronie można też kupić różaniec z małym relikwiarzem zawierającym fragment tkaniny potartej o włos z brody św. Maksymiliana…

Daleki jestem od tego, aby krzyczeć „Zostawcie Tamarę w spokoju, wy podłe, hejterskie szuje!” . Krytyka jej działalności jest jak najbardziej słuszna, ale jednocześnie mam wrażenie, że ta ewidentnie mająca mocne parcie na szkło dziewczyna stała się kozłem czy tam lamą ofiarną, która dostała znacznie większy łomot, niż na to zasłużyła. Tym bardziej że cały rynek związany z szeroko pojętą duchowością pełen jest relikwii, cudownych maści, poświęconych różańców, orgonitów, generatorów wolnej energii, amuletów oraz innych niestworzonych produktów sprzedawanych za niemałą fortunę.
36

Oglądany: 46648x | Komentarzy: 111 | Okejek: 227 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

01.12

30.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało