Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Rosja powtarza dzisiaj swoją klęskę sprzed ponad 100 lat – część druga

37 749  
674   63  
Jeśli nie czytałeś części pierwszej, to koniecznie od niej zacznij. Poniżej znajdziesz ciąg dalszy wielkiej (i żenującej) wyprawy Drugiej Eskadry rosyjskiej Floty Pacyfiku.


W tym samym czasie Port Artur upadł. Nastąpiło więc prawie trzymiesięczne oczekiwanie i decydowanie co robić dalej. Cesarz uznał, że trzeba kontynuować działania wojenne i wzmocnić Drugą Eskadrę. Aby „zapanować nad wszystkimi akwenami Japonii”, zebrano cały dodatkowy bałtycki szrot i wysłano na Ocean Indyjski jako Trzecią Eskadrę z misją połączenia się z okrętami Rostwieżenskiego, czyli zrobiono dokładnie to, czego on sam chciał od samego początku uniknąć. Dowodzenia jednostkami, które przyniosą mu więcej problemów niż korzyści. A że dobrych wiadomości nigdy za wiele, to okazało się też, że żadnych południowoamerykańskich krążowników ostatecznie nie zakupiono.

Morale załóg nigdy nie było wysokie. Od samego początku większość marynarzy uważała, że płynie na pewną śmierć. Na małej wyspie u wybrzeży Madagaskaru, nazwanej Nosy Be, a przez Rosjan przechrzczonej na swojski „Nossybejsk”, rozprężenie sięgnęło zenitu. Załoga była albo pijana, albo urządzała burdy w lokalnych barach, albo dupczyła wszystko, co się rusza. Prostytutki z całego Madagaskaru zjeżdżały do Nosy Be, bo tak wielkiego brania nie miały nigdy wcześniej. Marynarze ściągnęli na okręty rozmaite zwierzęta – świnie, woły, króliki i kury. Oficerowie z kolei kupowali małpy lub papugi albo przynosili z lasu kameleony. Jeden z oficerów kupił jadowitego węża i krokodyla. Na początku była to wspaniała rozrywka i wszystkim humor się nieco poprawił. Potem lekarze musieli leczyć ukąszenia węży, wszyscy szukali swoich zakamuflowanych kameleonów, a marynarze bali się spać wiedząc, że gdzieś w pobliżu łazi krokodyl. „Suworow” miał na pokładzie fortepian, ale nikt nie potrafił na nim grać, więc równie dobrze mógł go nie mieć. Przez pewien czas morale podnosiło też wędkowanie, przynajmniej do momentu, gdy rekin pożarł jednego z wędkarzy. A rekinów było w pobliżu floty pełno. Szczególnie wtedy, gdy na zaopatrzeniowcu popsuła się chłodnia i trzeba było wyrzucić 700 ton zepsutego mięsa za burtę. A jakby tego było mało, część marynarzy albo popadła w religijny fanatyzm, albo w rewolucyjny zapał, ponieważ w poczcie przysyłanej z kraju były gazety, a w nich doniesienia o raczkującej rewolucji. Niektórzy próbowali dezerterować, innych odesłano do Rosji za wzniecanie buntu.

Jeśli zaś idzie o pocztę, to tu akurat rosyjskiej poczcie nie można było niczego zarzucić – zachowywała się zgodnie z przewidywaniami. Na pancernik „Aleksander III” notorycznie przychodziły listy adresowane do Elektrotechnicznego Instytutu Aleksandra III znajdującego się w Petersburgu, a także listy adresowane do okrętów wciąż stacjonujących na Bałtyku, czy nawet tych, które już leżały na dnie w Port Artur. Z kolei rodziny marynarzy często wysyłały im w paczkach dokładnie to, czego potrzebowali na tropikalnym Madagaskarze – zimowe ubrania.

Lekarze nie nadążali z leczeniem tropikalnych chorób, wysypki i innych nieprzyjemności. Nawet Rożestwienski na początku lutego zaniemógł i spędzał całe dnie w łóżku, być może z powodu zrozumienia beznadziejności swojej sytuacji. Z jednej strony był orędownikiem wyprawy, z drugiej zrozumiał w końcu, że szanse powodzenia są nikłe. W Nosy Be złożył nawet rezygnację ze stanowiska, ale car ją odrzucił. Ludzie, którzy ostatni raz widzieli go jeszcze w bałtyckich bazach mówili, że postarzał się o co najmniej 20 lat.

Niemniej wiceadmirał jakoś próbował ogarniać sytuację. W połowie stycznia zarządził ćwiczenia. Nie mógł sobie pozwolić na zbyt wiele, bo amunicji przydzielono Drugiej Eskadrze tyle, by „stoczyła bitwę z Japończykami, plus niewielki zapas”. Biorąc pod uwagę „bitwę” na Dogger Bank i to, że nikt im do tej pory amunicji nie uzupełnił – flota nie mogła pozwolić sobie na odpowiednie przygotowanie marynarzy do bitwy. Niemniej przez trzy dni prowadzono ćwiczenia. Przygotowano cele i rozpoczęto strzelanie przy pomocy pocisków ćwiczebnych, których pewną niewielką ilość eskadra posiadała. Jak to ujął Rożestwienski – rezultat był „zbyt haniebny, by o nim wspomnieć”. Pierwszego dnia wystrzelono około 400 pocisków, nie uzyskując żadnych trafień. Tak samo było dnia drugiego. Trzeciego dnia w końcu udało się trafić w cele („Oslabia” drugim strzałem!), ale oprócz celów oberwało się też jednemu z krążowników. Na szczęście obyło się bez ofiar. Nie ma co się dziwić, skoro na tym samym okręcie odczyty odległości do celu potrafiły różnić się o prawie dwa i pół kilometra, a celowanie zajmowało do 40 minut. Jeśli trwa to 40 minut i kończy się serią pudeł, to potrzebny był cud, aby tacy artylerzyści trafili z manewrującego okrętu w inny manewrujący okręt.



Gdy przyszło do ćwiczenia poruszania się w szyku, wiceadmirał określił ten widok jako „okropny motłoch”, choć obeszło się bez większych strat – jedynie „Aleksander III” zderzył się z „Suworowem”, a „Borodino” z „Kubaniem”. Nie pomagało zapewne to, że komunikacja sprawiała wiele problemów. Radio bywało zawodne, radiostacje teoretycznie potrafiące nadawać na kilkaset kilometrów miały problemy z komunikacją na nieco ponad sto. Sygnały można było puszczać za pomocą flag i kul wciąganych na maszt, ale te z kolei często były zakryte przez suszące się marynarskie gacie. Można też było wysłać wiadomość alfabetem semaforowym – czyli machaniem flagami, pod warunkiem, że marynarze sprawnie się nim posługują. Gdy „Suworow” nadał w ten sposób do „Orła” wiadomość – „Orzeł” potrzebował półtorej godziny na odpowiedź, bo najwyraźniej tyle czasu zajęło im ogarnięcie, w jaki sposób się to robi. Wiceadmirał słusznie zauważył, że w czasie bitwy alfabet semaforowy może okazać się jedynym sposobem komunikacji. Jeśli załogi nie będą go rozumieć – będą wtedy jak stado owiec.


„Sisoj Wielikij” obwieszony gaciami załogi

Na koniec zarządzono symulowaną bitwę. Rożestwienski miał zostać zaatakowany przez swoich kontradmirałów – von Fölkersahma i Enkvista. Do bitwy nie doszło, bo kontradmirałowie się zgubili i nie wiedzieli, jak trafić na miejsce bitwy. Tego dnia za burtę wyleciało zapewne wiele lornetek.

I tak to się fajnie żyło na tym Madagaskarze, ale wojna wciąż trwała, a czas ścigał. Co prawda Portu Artur już nie można było uratować, ale przynajmniej dwie inne kwestie nie schodziły Rosjanom z głowy. Po pierwsze, im dłużej flota stała na kotwicy – tym bardziej obrastała rozmaitymi żyjątkami pod linią wody, co obniżało już i tak niewielkie możliwości większości okrętów. Druga kwestia była jeszcze gorsza – im dłużej Rosjanie zwlekali, tym bardziej prawdopodobne było to, że Japończycy podniosą niektóre rosyjskie wraki z dna, wyremontują i Rosjanie będą musieli strzelać do swoich byłych okrętów.

Dlatego w marcu flota w końcu opuściła Madagaskar i wyruszyła w stronę Singapuru. Szyk marszowy składał się z 45 okrętów i ciągnął się na siedem i pół kilometra. Choć był to pewnie imponujący widok – wśród załóg panowała atmosfera przygnębienia. Wielu marynarzy było przekonanych, że wiadomość o upadku Port Artur i tragiczny stan floty sprawi, że Druga Eskadra zostanie odwołana do domu. Tymczasem kurs na Malaje wyraźnie oznaczał, że płynie jednak na wojnę. Rejs przez Ocean Indyjski był względnie spokojny, jeśli nie liczyć ciągłych awarii i problemów logistycznych. A te związane były z tym, że od teraz bunkrowanie należało przeprowadzać na otwartym oceanie, przenosząc w workach węgiel z transportowców na okręty wojenne. Flota posiadała dwa typy worków – niemieckiej i rosyjskiej produkcji. Niemieckie były wytrzymałe, pojemne i szyte z dobrej jakości materiału. A rosyjskie po prostu były. Przynajmniej do momentu, gdy się nie rozleciały.

29 dni od wypłynięcia z Nosy Be, po pokonaniu 8450 km bez zawijania do portu, Druga Eskadra zacumowała w zatoce Camranh, około 300 km od Sajgonu. Tam uzupełniono zapasy żywności i znów zasypano okręty węglem ponad wszelką miarę. Składowano go nawet w kajutach oficerskich i w mesie. Z okazji Świąt Wielkanocnych na pokładzie „Orła” zarżnięto zdychającą krowę, co tak bardzo przypadło załodze do gustu, że marynarze próbowali wrzucić prowizoryczną bombę do mesy oficerskiej. Nastroje uspokoiła obietnica lepszej jakości mięsa na drugi obiad i przybycie 12 000 par nowych butów prosto z Sajgonu. Teraz rozpoczęło się oczekiwanie na ostatnie posiłki z kraju – płynący z Europy szrot dowodzony przez kontradmirała Niebogatowa.

Niebogatow dowodził tym, co jeszcze dało się uzbierać i wysłać na pomoc Rożestwienskiemu. W skład tej zbieraniny wchodziła pewna perełka – okręt rozpoznawczy „Ruś”, wyposażony w pięć uwiązanych balonów obserwacyjnych. W tamtych czasach było to dość innowacyjne rozwiązanie, a ich użycie na wojnie miało być ponoć pierwszym takim wydarzeniem w historii marynarki wojennej. A raczej byłoby, gdyby okręt nie zepsuł się w pobliżu Danii i, po fiasku prób naprawienia, nie został odesłany z powrotem do Rosji. Na początku maja, w pobliżu Wietnamu, Niebogatow połączył się z Drugą Eskadrą. W końcu wszystkie siły zostały zebrane – teraz należało już tylko uderzyć na wroga i zatopić Dai-Nippon Teikoku Kaigun, czyli Cesarską Marynarkę Wojenną Wielkiej Japonii.


W propagandzie wszystko jest łatwiejsze

Rożestwienski miał trzy główne drogi do wyboru – aby dostać się do bezpiecznego i wciąż kontrolowanego przez Rosjan Władywostoku, mógł popłynąć prosto przez Cieśninę Koreańską, między Koreą a Japonią. Mógł też opłynąć Japonię od wschodu i przedostać się przez Cieśninę Tsugaru, oddzielającą japońskie wyspy Honsiu i Hokkaido. Mógł też opłynąć Japonię jeszcze większym łukiem i wybrać Cieśninę La Perouse’a pomiędzy Hokkaido a Sachalinem. Z tych opcji wybrał najkrótszą i najszybszą – przez Cieśninę Koreańską.

To był już ostatni odcinek do pokonania. Węglowce odesłano, a okręty znów załadowano do pełna, by paliwa starczyło na całą drogę do Władywostoku. Przeładowane jednostki, jak pancerniki, które przyjęły do 2000 ton węgla, zwiększyły swoje zanurzenie o 20%. I właśnie wtedy, tuż przed bitwą, kontradmirał von Fölkersahm, zastępca dowódcy Drugiej Eskadry, najwyraźniej uznał, że nie ma jednak chęci na śmierć w bitwie – i po prostu umarł. Rożestwienski obawiał się, że przesądni marynarze wezmą to za bardzo zły omen, więc nikogo o tym nie poinformował. Flaga von Fölkersahma wciąż powiewała na maszcie. Nikt nawet nie poinformował obecnie drugiego w łańcuchu dowodzenia Niebogatowa, że właśnie awansował o jedno oczko wyżej.

W pobliżu wyspy Cuszima, leżącej między Koreą a Japonią, krążownik pomocniczy „Shinano Maru” patrolował wody i wypatrywał nadciągających Rosjan. O 2:25 nad ranem dostrzegł on oświetlony statek, lecz jasny Księżyc utrudnił jego rozpoznanie. „Shinano Maru” obszedł jednostkę wielkim łukiem i o 4:10 znów zbliżył się do niej. Nieznany statek prawdopodobnie również zauważył Japończyków, bo zaczął nadawać sygnały świetlne, być może prosząc o identyfikację. „Shinano Maru” nie odpowiedział i położył się na kurs równoległy. Ciemności powoli ustępowały, ale morze było wciąż zasnute mgłą. Jak się za chwilę okazało – ową oświetloną jednostką był rosyjski okręt szpitalny „Orzeł”. Niedługo później „Shinano Maru” zauważył powoli wyłaniające się z mgły, w odległości około 1500 metrów, sylwetki kilkunastu ogromnych pancerników. A tuż za nimi ślady wielu czarnych dymów unoszących się z kominów kolejnych okrętów. Natychmiast wysłano wiadomość na okręt flagowy admirała Togo:

Widzę eskadrę przeciwnika w kwadracie nr 203, która prawdopodobnie płynie do przejścia wschodniego.

Połączona Flota admirała Togo wyszła w morze ze swojej bazy w Korei. On sam wysłał depeszę do Tokio:

W odpowiedzi na ostrzeżenie, że wrogie okręty zostały dostrzeżone, Połączona Flota natychmiast podejmie działania i spróbuje je zaatakować i zniszczyć. Pogoda dziś jest dobra, ale fale wysokie.

Ostatnie zdanie przejdzie do historii japońskiej marynarki wojennej. Nawet „Z” się tu również pojawiło, choć tym razem nie na rosyjskim szrocie. Tuż przed bitwą admirał Togo nakazał wciągnąć na maszt flagę „Z”, co było ustalonym hasłem „los Cesarstwa zależy od tej bitwy, niech każdy spełni swój obowiązek”.



27 maja 1905 roku obie floty rozpoczęły bitwę, która łącznie trwała dwa dni. Japończycy górowali nad Rosjanami szybkością, zwrotnością, stanem technicznym okrętów i wyszkoleniem. W wyniku tego starcia Druga Eskadra została, zgodnie z przewidywaniami jej oficerów i marynarzy, najzwyczajniej w świecie rozgromiona. Z 38 okrętów tylko trzy ostatecznie przebiły się do Władywostoku – krążownik „Ałmaz” i kontrtorpedowce „Groznyj” i „Brawyj”. Jeszcze krążownikowi „Izumrud” udało się wydostać z pola walki i dotrzeć w okolice własnego portu, ale w ciemności wpadł on na skały, a załoga opuściła okręt, wysadziła go w powietrze i pieszo dotarła do Władywostoku.


„Izumrud”

Dwa zawróciły i dotarły z powrotem na Bałtyk – transportowiec „Anadyr” i okręt szpitalny „Kostroma”. Sześć jednostek uciekło do portów w Chinach i na Filipinach – w tym krążownik „Aurora”. Pięć okrętów poddało się Japończykom, a jeden został zajęty.


Uszkodzenia „Aurory”






I uszkodzenia „Orła”

Dwadzieścia jeden zaś poszło na dno, w tym „Kniaź Suworow”, okręt flagowy Rożestwienskiego, i „Kamczatka”, która sprawiła mnóstwo problemów podczas rejsu przez morza i oceany, a która mimo to została przy nim do końca, gdy ten już tonął, osłaniając go do ostatniej chwili i tonąc 950 metrów od niego.


„Kamczatka”

Sam Rożestwienski został ranny odłamkami już na początku bitwy. Jak się później okazało – nie opracował żadnego planu bitwy. W razie wyłączenia okrętu flagowego z bitwy formalnie dowodzenie miał przejąć von Fölkersahm, ale nie mógł tego zrobić, bo od paru dni leżał w chłodni. Według instrukcji Rożestwienskiego, wszyscy mieli wówczas podążać za pierwszym okrętem w szyku – którego dowódca również nie miał żadnego planu bitwy. Ostatecznie Rożestwienski dostał się do niewoli. Po zakończeniu wojny wrócił do Rosji, gdzie stanął przed sądem. Został uniewinniony z racji tego, że przez zdecydowaną większość bitwy był ranny i nie był w stanie dowodzić. Zmarł w Petersburgu w 1909 roku.

Niebogatow został skazany na karę śmierci za wywieszenie białej flagi i poddanie swoich okrętów wrogowi. Car zamienił karę śmierci na więzienie, z którego Niebogatow wyszedł w 1909 roku. Zmarł w Moskwie w 1922 roku.

Enkvist uciekł z pola bitwy i został internowany na Filipinach. Po powrocie do Rosji został zwolniony ze służby. Zmarł w 1912 roku.

W bitwie poległo 209 oficerów oraz 4836 podoficerów i marynarzy. Dwóch admirałów, 223 oficerów i 5757 podoficerów i marynarzy wzięto do niewoli.

Straty japońskie były oszałamiająco niskie. Zatonęły jedynie trzy małe torpedowce, zginęło 117 członków załóg, a nieco ponad 500 zostało rannych. Wśród rannych był młody oficer Isoroku Yamamoto, który stracił dwa palce lewej dłoni. Gdyby stracił trzy palce – wtedy, zgodnie z przepisami, zostałby zwolniony ze służby już w 1905 roku i nie miałby już sposobności, by opracować swój słynny plan ataku na Pearl Harbor.

Choć morale i wyszkolenie rosyjskich załóg było straszliwie niskie, w bitwie jednak pokazali ducha walki i walczyli najlepiej, jak umieli, nierzadko strzelając do ostatniego pocisku i z tonących okrętów. Choć na sporadycznych ćwiczeniach mieli problemy z trafieniem w cele – tutaj zaliczyli wiele trafień i poważnie uszkodzili kilka japońskich okrętów. Sam „Mikasa”, okręt flagowy admirała Togo, został trafiony ponad 30 razy pociskami dużego kalibru. Na ich szczęście rosyjskie pociski były dużo słabsze niż ich japońskie odpowiedniki, przez co uszkodzenia japońskich okrętów nie były na tyle poważne, by je zatopić.



„Mikasa” służy jako okręt-muzeum i znajduje się w Yokosuce, choć większość elementów jest dziś jedynie rekonstrukcją po zaniedbaniach, jakich okręt doświadczył po II wojnie światowej.



Z kolei w Sankt Petersburgu jest zacumowana „Aurora”. W momencie rozpoczęcia wojny Rosja była prężącą muskuły „potęgą”, a jej flota była na trzecim miejscu na świecie. Po jej zakończeniu i utracie łącznie 76 okrętów – spadła na miejsce szóste. Z kolei Japonia wzrosła w siłę, przejmując wrogi sprzęt tak samo, jak robi to dziś Ukraina. Łupem Japończyków padło między innymi osiem pancerników i trzy krążowniki.

Wojna rosyjsko-japońska okazała się dla Rosji wielkim upokorzeniem z rąk teoretycznie słabszego przeciwnika
. Pod wpływem tej porażki car ustąpił nieco i zwiększył swobody polityczne w kraju po rewolucji 1905 roku. To był początek jego końca.

I tym optymistycznym akcentem dziękuję za uwagę i do następnego razu!
2

Oglądany: 37749x | Komentarzy: 63 | Okejek: 674 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

29.11

28.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało