Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Rosja powtarza dzisiaj swoją klęskę sprzed ponad 100 lat. Wtedy też skończyło się imperium

77 891  
1180   131  
Każde szanujące się mocarstwo przełomu XIX i XX wieku musiało posiadać przynajmniej dwie rzeczy: mieszkających gdzieś daleko od stolicy poddanych do uciskania (najlepiej w innym kolorze skóry) i odpowiednią siłę militarną, żeby odpędzić inne mocarstwa od swoich zdobyczy. Wielka Brytania, znajdująca się prawie u szczytu potęgi, kontrolowała czwartą część wszystkich lądów na planecie. Francja też uczyła tubylców w Afryce, Ameryce Południowej czy na Dalekim Wschodzie dobrych manier i pieczenia bagietek (czego przykładem są wietnamskie kanapki Bánh mì). Nawet takie małe kraje jak Holandia czy Portugalia też posiadały zamorskie kolonie. Nic dziwnego, że Matuszka „Ja Przecież Też Jestem Wielka” Rosja również chciała.


Niestety spóźniła się nieco. Większość pustych miejsc (zamieszkanych tylko przez jakichś „dzikusów”, których o zdanie pytać przecież nie trzeba) zostało już rozkrojonych i podzielonych przez tych, którzy wcześniej zasiedli do stołu, a że imperia są wrażliwe na punkcie honoru i wizerunku – to wydarcie im nawet niezamieszkanej, obesranej przez albatrosy, gołej skały na środku oceanu byłoby niemożliwe. Były jeszcze Chiny – „chory człowiek Azji”, które nie były przecież normalnym krajem, a nowym tortem do podziału. Tutaj jednak trzeba było postępować ostrożnie, bo chętnych było wielu. Rosja konsekwentnie parła na wschód już od czasów Iwana Groźnego w XVI wieku, stopniowo opanowując Syberię. Pod koniec XIX wieku budowała Kolej Transsyberyjską (w dużej mierze dzięki polskim inżynierom), która miała połączyć Petersburg z Władywostokiem. No właśnie – Władywostok. Miasto, którego nazwa oznacza dosłownie „władanie wschodem”. Które miało być portem otwierającym Rosji drogę na Pacyfik.

A przynajmniej w teorii, bo w praktyce to tak średnio otwierał. Robił to głównie latem, bo zimą potrafił być skuty lodem. Port we Władywostoku nie służył tylko do handlu, ale też jako baza marynarki wojennej. No i tu był właśnie problem, bo jeśli port przez 1/3 roku był skuty lodem, to marynarka wojenna przez 1/3 roku zamiast wypełniać swoje zadania – mogła co najwyżej sobie rdzewieć po cichu pośrodku morza lodu.

Dlatego Rosjanie zerkali coraz częściej na południe. Na Półwyspie Liaotuńskim znajdował się chiński port wojenny Lüshun. W przeciwieństwie do Władywostoku leżał nad Morzem Żółtym i jego wody w zimie nie zamarzały. W 1898 roku podpisano więc umowę dzierżawy portu na 25 lat i pozwolenie na zbudowanie kolei. Rosjanie w końcu dostali bazę marynarki z prawdziwego zdarzenia i mogli tam przerzucić trochę ulubionych zabawek cara (który, jak wielu monarchów, uwielbiał je wizytować i traktował jak oczko w głowie) – potężnych okrętów wojennych. Dla nas Lüshun jest bardziej znany pod inną nazwą, która przyjęła się w czasach rosyjskich – Port Artur, nadaną podobno na cześć angielskiego marynarza, który to miejsce „odkrył”.


Rosyjskie okręty w Port Artur

Problem w tym, że tuż obok znajdował się inny gracz, który również bardzo chętnie spoglądał na Chiny, Koreę i Mandżurię i robił się nieco zaniepokojony rosyjską ekspansją. Gracz, który jeszcze nieco ponad pokolenie wcześniej był państwem feudalnym rządzonym przez ludzi z mieczami i łukami, a teraz wyrastał na gospodarczą potęgę w regionie – Cesarstwo Japonii.


W materiałach propagandowych nasze armaty zawsze są większe

Sytuacja wydawała się pędzić w stronę konfliktu. Rozmowy dyplomatyczne na temat stref wpływów nie doprowadziły do żadnego kompromisu. Obie strony zaczęły ostrzyć pazury. Rosjanie wysłali swoje europejskie okręty w stronę Port Artur. Podczas tej drogi, na Morzu Czerwonym, spotkały one dwa świeżo zakupione na zachodzie japońskie krążowniki – „Nisshin” i „Kasugę”. Podobno pędziły one w stronę Japonii tak szybko, jak tylko mogły. 6 lutego (24 stycznia według kalendarza juliańskiego używanego w Rosji) 1904 roku Japonia zerwała stosunki dyplomatyczne z Rosją. W tym samym czasie admirał Togo Heihachiro ze swoją flotą już płynął w stronę Port Artur.

Petersburg. DO JEGO CESARSKIEJ MOŚCI
Pokornie donoszę WASZEJ CESARSKIEJ MOŚCI. Około północy z 26 na 27 stycznia japońskie torpedowce dokonały nagłego ataku na naszą eskadrę stojącą na redzie bazy w Port Artur. Pancerniki Retwizan i Cesariewicz oraz krążownik Pałłada zostały uszkodzone; skala uszkodzeń jest wciąż oszacowywana. Szczegóły prześlę WASZEJ CESARSKIEJ MOŚCI później.
Generał adiutant Aleksiejew.

Konflikt zaczął się dla Rosjan tradycyjnie – czyli źle. Nie było żadnego formalnego wypowiedzenia wojny, ponieważ według Japończyków był to „kompletnie niepojęty, głupi europejski obyczaj”.

Japońska marynarka, która do niedawna nie była brana na poważnie przez nikogo, bardzo szybko rosła w siłę, kupując na zachodzie rozmaite okręty. Szybko okazało się, że sytuacja na wschodzie jest dla Rosji o wiele bardziej poważna, niż się wydawało. Nie tylko flota rosyjska dostawała baty, ale cała świeżo wydzierżawiona baza marynarki była zagrożona. Port Artur był dobrym portem w tym sensie, że nigdy nie zamarzał i miał dość dużą, bezpieczną zatokę. Ale tuż obok niego znajdowało się wysokie wzgórze. Wystarczyło je zdobyć, wtoczyć tam artylerię – i port nie miał szans. Musiał upaść.

Japończycy postępowali ostrożnie. Flota zadała Rosjanom pewne straty, a potem zablokowała port i stawiała miny morskie. A Rosjanie walczyli jak to Rosjanie – czasem odważnie, a czasem jak krążownik „Bojarin”. Gdy stawiacz min „Jenisej” stuknął własną minę i zatonął, „Bojarin” został wysłany, by zbadać sytuację, bo rosyjskie doniesienia mówiły o japońskim ataku, a nie wpłynięciu na własną minę. Tam „Bojarin” zetknął się nie z Japończykami, ale inną miną postawioną przez „Jeniseja”. Dowódca „Bojarina”, komandor porucznik Saryczew, wydał rozkaz opuszczenia tonącego okrętu. Jak na złość jednak okręt nie zatonął. Trochę nabrał wody, nieco się zanurzył, ale utrzymywał na powierzchni. Żeby nie zdryfował na otwarte morze i nie wpadł w ręce wroga, kazano torpedowcom zatopić „Bojarina”. Odpalono dwie torpedy, ale żadna nie trafiła. Okręt zaś spokojnie zdryfował sobie na mieliznę, gdzie osiadł. Kiedy za jakiś czas przysłano tam ekipę remontową, by okręt doprowadzić do porządku, zerwał się sztorm, który zniósł „Bojarina” z mielizny i pognał gdzieś w siną dal. Jak się później okazało, wprost na rosyjskie pole minowe, gdzie po spotkaniu z drugą miną krążownik w końcu poszedł tam, gdzie za pierwszym razem mu się nie udało – na dno.

Tymczasem z Petersburga już pędził koleją w stronę Port Artur wiceadmirał Stiepan Osipowicz Makarow, bohater wojny rosyjsko-tureckiej z lat 1877-1878. Jeden z najlepszych rosyjskich dowódców, uważany za tego, kto odwróci losy wojny. Makarow faktycznie ogarnął sytuację. Okręty możliwe do naprawienia – naprawiono. Wzniesiono nowe fortyfikacje. Wszystko wyglądało optymistycznie do momentu, gdy wiceadmirał wybrał się swoim okrętem flagowym, pancernikiem „Pietropawłowsk”, na potyczkę z wrogiem. Tuż po wyjściu z portu wpadł na japońskie miny. Potężna eksplozja sprawiła, że Makarow stracił kompletnie głowę. I to dosłownie. A kolejny bezcenny okręt wojenny poszedł na dno. „Specjalna operacja wojskowa” na Dalekim Wschodzie wychodziła więc Rosjanom dość tradycyjnie.

Tego jednak było już zbyt wiele. Sytuacja stała się ekstremalnie poważna, a honor Rosji doznał kolejnego wielkiego uszczerbku z rzędu. Należało podjąć zdecydowane działania. Wymyślić sensowny plan, który pozwoli wygrać wojnę.

Wymyślono więc, że statki siedzące w Port Artur i Władywostoku przemianuje się na „Pierwszą Eskadrę Pacyfiku”, a na pomoc wyśle się im „Drugą Eskadrę Pacyfiku”. A skąd? To banalnie proste – z Bałtyku.



Drugą Eskadrą dowodzić miał Zinowij Pietrowicz Rożestwienski. Wiceadmirał uważany za dobrego dowódcę, potrafiącego utrzymać podwładnych w ryzach. Między innymi dlatego, że potrafił ich motywować obijaniem twarzy za najmniejszy przejaw niekompetencji. Marynarze wiedzieli, że okręt Rożestwienskiego musi też mieć dodatkowy zapas lornetek, ponieważ rozsierdzony dowódca potrafił wyrzucać je za burtę, a że powodów do wzburzenia na okrętach Rassijskowo Fłota było dość sporo, no to i zapas musiał być znaczny.

Wielu znawców tematu było równie entuzjastycznie nastawionych do tego planu jak obecni dowódcy wysyłani na Ukrainę. Miał on bowiem oczywiste wady. Po pierwsze – flota bałtycka składała się w dużej mierze z przestarzałych okrętów. Po drugie – wyszkolenie załogi stało na klasycznym, rosyjskim poziomie. Po trzecie – podróż będzie długa, kosztowna i pełna niedogodności, ponieważ Rosja nie posiadała kolonii w Afryce i nie miała baz, w których mogłaby spokojnie uzupełniać zapasy. No i po czwarte – Japończycy już wylądowali w Korei i parli w stronę Port Artur. Jak wiceadmirał oceniał – port zapewne upadnie zanim flota przybędzie na ratunek, więc jeśli miała płynąć, musiała wyruszyć jak najwcześniej.

Rożestwienskiemu udało się wyperswadować pomysł wysłania całego złomu w podróż przez pół świata. Zgodził się zabrać tylko część okrętów z Bałtyku. Trzon jego floty miały stanowić pancerniki „Kniaź Suworow”, „Imperator Aleksander III”, „Borodino”, „Orzeł”, „Oslabia”, „Sisoj Wielikij” i „Nawarin”.


Okręt flagowy Rożestwienskiego – „Kniaź Suworow”


„Borodino”

Większość z nich była nowa i względnie nowoczesna, choć niepozbawiona drobnych wad konstrukcyjnych. Na przykład niektóre armaty znajdowały się w kadłubie zaledwie niecałe trzy metry nad linią wody i kiedy okręt manewrował i przechylał się zbyt mocno – wtedy przez otwarte porty działowe do środka wlewała się woda, grożąc zwiększeniem przechyłu i zatopieniem. Więc inżynierowie sugerowali śmiałe i nowatorskie podejście – by w razie ostrych manewrów (czyli po prostu bitwy) porty działowe zamykać, a tym samym z armat nie strzelać.

Razem z nimi miało płynąć siedem krążowników, z których tylko cztery były nowoczesne i dobrze uzbrojone, natomiast trzy pozostałe raczej nie stanowiły dla Japończyków większego zagrożenia – „Dymitr Doński” miał już 21 lat, z kolei „Swietłana” i „Ałmaz” to zwykłe jachty arystokracji, które przemianowano na okręty wojenne i na których zamontowano cokolwiek, z czego można byłoby strzelać.


„Dymitr Doński”


„Ałmaz”

Do tej zbieraniny dołączono kilka mniejszych okrętów i dziewięć torpedowców. Na koniec siły II Eskadry miały też, już w trakcie wędrówki do Azji, zostać znacząco wzmocnione przez świeżo odkupione od Chile i Argentyny nowoczesne krążowniki zbudowane w Europie.

Jeśli idzie o załogę, to standardy floty rosyjskiej były równie profesjonalne, jak wszystko w tym kraju. Całe życie spędziłeś nad morzem i masz lęk wysokości? Będziesz służyć w strzelcach górskich. Całe życie mieszkałeś w górach i nie umiesz pływać? Będziesz służyć w marynarce. We Flocie Bałtyku służyli głównie chłopi z centralnej Rosji, którzy większą ilość wody po raz pierwszy w życiu zobaczyli dopiero przekraczając Wołgę albo Don w drodze do bazy marynarki wojennej. Na dodatek flota ta w ostatnich latach stała praktycznie nieużywana, więc marynarze nie mieli żadnego doświadczenia bojowego. Nie mieli nawet specjalnego doświadczenia z manewrów, bo te przecież kosztują, a pieniędzy w kasie nie ma aż tyle, by starczyło i na ich podkradanie, i na manewry. Poza tym dla tych chłopów z małych wiosek nawet żarówka była czarną magią – a teraz mieli służyć na gigantycznych maszynach pełnych rur, pokręteł, przycisków i kabli. Jeden z oficerów określił marynarzy w ten sposób: „połowie trzeba mówić wszystko, co mają robić, ponieważ niczego nie wiedzą. Drugiej połowie też trzeba mówić wszystko, co mają robić, ponieważ wszystko pozapominali. A nawet jeśli coś im gdzieś tam świta – to jest to już przestarzała wiedza”.

Wcale nie lepiej było z oficerami. Tych starczyło zaledwie na najwyższe stanowiska. Resztę miejsc obsadzono kapitanami żeglugi handlowej, rezerwistami i przez przyspieszoną promocję w Korpusie Morskim.


Oficerowie z „Suworowa”. Większość z nich zginie kilka miesięcy po wykonaniu zdjęcia

Ówczesne okręty to nie to samo, co dzisiejsze cuda techniki, w których ładujesz do reaktora trochę uranu i pływasz dookoła planety bez zawijania do portu. Każdy okręt posiadał kocioł, w którym palono węglem. Podróż z Bałtyku do Port Artur wymagała ogromnej ilości węgla, ładowaneggo na okręty w przyjaznych portach. Obawiano się tego, jak będzie wyglądać zaopatrywanie się w węgiel w portach obcych mocarstw. Rosjanie spodziewali się, że neutralne państwa nie będą chciały zaopatrywać ich bezpośrednio, ponieważ zgodnie z prawem mogły tego odmówić, więc Rosjanie musieli wynająć pośredników – niemiecką firmę dysponującą węglowcami, która będzie kupować dla nich węgiel w kolonialnych portach i następnie zaopatrywać rosyjską flotę stojącą na kotwicy gdzieś obok.

W końcu, po długich przygotowaniach, błyskawicznym doszkalaniu i najpilniejszych naprawach, eskadra była gotowa do drogi. Cesarz osobiście zwizytował każdą jednostkę. Cesarzowa osobiście rozdała załogom ikony. I tylko niemiecki attache morski, który razem z carem odwiedził jeden z pancerników, był przerażony jego stanem. Jak zauważył, na okręcie pełno było łatwopalnych elementów – drewnianych ścianek, mebli, dywanów czy zasłon. Miał powiedzieć jego dowódcy, że „w Niemczech zostałby postawiony przed sądem wojskowym za taki stan okrętu”. Ale to nie były Niemcy, a Rosja.


Cesarz Mikołaj II na pokładzie „Sisoja Wielikiego”

I tak oto, choć dwa pancerniki wpadły na kamieniste dno i uszkodziły lekko kadłuby, inny pancernik zerwał i zgubił kotwicę z łańcuchem, a nieudolnie manewrujący kontrtorpedowiec zderzył się z pancernikiem i pogiął sobie dziób – flota w końcu wyruszyła na wojnę.



Cała załoga była w ciągłym napięciu. Nie tylko z powodu stanu technicznego okrętów, które dość szybko zaczęły się psuć, ale także z powodu obawy o japoński atak w okolicy Danii.

Tak – japoński atak w okolicy Danii.

Być może to paranoja, a być może celowa prowokacja zagranicznych służb, ale Rosjanie autentycznie obawiali się japońskiego ataku na europejskich wodach. Rozmaici szpiedzy donosili o ruchach „Azjatów” obserwujących Cieśniny Duńskie. O dziwnych statkach, które mogły posłużyć do sabotażu. O przechwyconych telegramach do japońskiej admiralicji, w których nieznane osoby donosiły o ruchach Drugiej Eskadry i o tym, że „podejmą wszelkie możliwe środki”. O podejrzanych ludziach, którzy ponoć poukrywali w norweskich fiordach łodzie mogące przewozić torpedy i o Japończykach śledzących ruchy Rosjan z nieistniejących balonów obserwacyjnych. W końcu o tym, że Japończycy zamówili niedawno parę torpedowców w brytyjskich stoczniach, że przerzucili tam swoje załogi i że czekają one tylko na pojawienie się Rosjan. Torpedowce były dość nową bronią – i to przerażającą. Jedna mała łódeczka była w stanie zatopić pancernika.

Duńczycy, dzięki dynastycznym więzom łączącym oba kraje, byli nastawieni przyjaźnie, ochoczo śledzili „obcych agentów” i pozwolili Rosjanom uzupełnić zapasy węgla. Wdzięczni Rosjanie w zamian uszkodzili trzy duńskie węglowce i popłynęli dalej, choć już bez dwóch jednostek, które zawróciły do Rosji. Jeden torpedowiec przeciekał tak bardzo, że nie mógł dalej płynąć, z kolei lodołamacz „Jermak” został zawrócony przez samego wiceadmirała, ponieważ kapitan „Jermaka” nie panował nad swoim statkiem, a jego manewry stanowiły zagrożenie dla reszty floty. Z racji tego, że misja „Jermaka” zakończyła się tak szybko, nie dowiemy się już, dlaczego Rosjanie w podróż dookoła Afryki do nigdy niezamarzającego portu wysłali także lodołamacz.

Flocie udało się jednak bohatersko przebić przez Cieśniny Duńskie, unikając nieistniejących japońskich pól minowych dzięki swym sprytnym manewrom (ponieważ prowizoryczny trał się zepsuł). Szczęście wyczerpało się jednak 21 października o zmroku. O 20:45 okręt remontowy „Kamczatka”, płynący na końcu kolumny, nieoczekiwanie zgłosił, że jest atakowany. Komunikat brzmiał:

„Jestem ścigany przez torpedowce”.

Wiceadmirał był zaskoczony. „Kamczatka” była chyba najmniej wartościowym okrętem całej eskadry, więc dlaczego ten zdezelowany, wiecznie psujący się wrak akurat miałby zostać zaatakowany jako pierwszy?
„Kamczatka” mimo to nadawała dalsze komunikaty, bohatersko uchodząc przed wrogiem i ostrzeliwując go:

„Wszystkie światła zgaszone”.
„Jestem atakowany ze wszystkich kierunków”.
„Torpedowce na odległości mniejszej niż jeden kabel (185 metrów)”.
„Manewruję, by uciec torpedowcom”.
„Płynę na wschód z prędkością 12 węzłów”.

Wiceadmirał wkurzył się, kazał jej przestać się wygłupiać i natychmiast zawrócić i podążać na zachód, za resztą eskadry. Jedyne tak naprawdę obecne w pobliżu statki – dwa cywilne należące do Niemiec i Norwegii – zapewne odetchnęły z ulgą, mimo że dzielnej „Kamczatce” podczas walki o życie nie udało się trafić żadnego z nich.

To był jednak dopiero wstęp do tego, co miało wydarzyć się za chwilę. 55 minut po północy załoga „Kniazia Suworowa” zauważyła ciemne sylwetki małych łodzi. Rożestwienski natychmiast kazał zmienić kurs i oświetlić łodzie szperaczami. Na mostku zapanował chaos. Oficerowie zaczęli błagać o otwarcie ognia. Wtedy wiceadmirał zobaczył coś, co uznał bezsprzecznie za torpedowca i nakazał strzelać.

Rozpętała się burza ognia. Okręty zaczęły naparzać ze wszystkiego co miały we wszystko, co wydawało im się podejrzane. Dopiero po pewnym czasie Rożestwienski zauważył, że te małe torpedowce to w istocie... kutry rybackie. Natychmiast kazał wstrzymać ogień, ale tego, co się już stało – nie dało się cofnąć. Rosyjski atak na, jak się później okazało, brytyjskie łodzie rybackie stał się słynny jako „Incydent na Dogger Bank”. Obnażył bezlitośnie stan Drugiej Eskadry i prawie wywołał kolejną wojnę. Huraganowy ogień całej eskadry spowodował ogromne spustoszenie w postaci jednego zatopionego kutra i pięciu lekko uszkodzonych. Straty były też po stronie Rosjan, ponieważ okręt flagowy omyłkowo wziął swój własny krążownik za wroga i go również ostrzelał, zabijając dwóch członków załogi, w tym kapelana. Na szczęście dla Rosjan celność załóg była tragiczna, więc eskadra uniknęła samozatopienia. Jak przystało na osoby o wysokich standardach moralnych – Rosjanie popłynęli dalej, jakby nigdy nic, nie oferując rybakom żadnej pomocy.




Uszkodzenia na brytyjskich łodziach

Brytania nie była przyjacielsko nastawiona do Rosji nawet przed incydentem. Sympatyzując z Japonią, próbowała ograniczyć ekspansję Rosji. Brytania miała blokować ją w Europie i południowej Azji, z kolei Japonia – na Dalekim Wschodzie. Do tej pory używano dyplomatycznych nacisków, teraz jednak społeczeństwo otwarcie domagało się wojny. Brytyjska flota strzegąca kanału La Manche została postawiona w stan gotowości. Była nie tylko większa i nowocześniejsza od rosyjskiej, ale zdecydowanie lepiej wyszkolona. Gdyby doszło do walki, rozniosłaby wroga na kawałki. Brytyjski admirał był tak pewny swego, że po dżentelmeńsku zasugerował użycie jedynie czterech swoich pancerników „żeby wyrównać szanse”.

Ostatecznie skończyło się na krótkiej blokadzie, jaką Druga Eskadra spędziła w hiszpańskim Vigo, obietnicy przeprowadzenia międzynarodowego śledztwa, zobowiązaniu się do wypłacenia odszkodowania i wysadzeniu na ląd „oficerów odpowiedzialnych za całą sytuację”. Rożestwienski wyrzucił więc tych, którzy akurat mu z jakiegoś powodu podpadli.

Flota popłynęła dalej, jednak bacznie obserwowana przez brytyjskie okręty. Następnym przystankiem był Tanger w Maroku. Eskadra została przyjaźnie przyjęta przez miejscowe władze. Okręty uzupełniły zaopatrzenie, a załogi miały czas na odpoczynek. Tutaj też eskadra miała się rozdzielić. Najkrótsza droga do Port Artur wiodła przez Kanał Sueski, ten jednak kontrolowali Brytyjczycy. Rożestwienski obawiał się, że będą oni mogli zablokować całą flotę w tym miejscu albo że pomogą Japończykom w urządzeniu zasadzki. Dlatego główne siły miały płynąć razem z nim dookoła Afryki, parę mniej znacznych okrętów miało natomiast popłynąć przez Suez i dołączyć do niego na francuskim Madagaskarze. Załoga ze smutkiem opuściła egzotyczny i przyjazny port, a na pożegnanie jeden z rosyjskich okrętów przerwał kabel łączący Tanger z Europą, gdy zahaczył o niego kotwicą, co zerwało łączność na cztery dni.

Eskadra płynęła do Dakaru, a na czele kolumny znajdowała się „Kamczatka”. Rożestwienski wolał trzymać ją blisko siebie i mieć na oku, żeby znowu nie odwaliła czegoś niespodziewanego.


II Eskadra w drodze

W Dakarze pojawiły się kolejne problemy. Francuskie władze odmówiły Rosjanom zakupu węgla. Obawiały się, że zaopatrzenie floty wojennej zostanie odebrane jako formalne wsparcie i złamanie zasady neutralności. Rożestwienski odparł, że będzie ładować węgiel z węglowców, aż uzna, że może płynąć dalej, a jeśli Francuzom się to nie podoba, to mogą przegonić go swoją artylerią. Wiedział, że w Dakarze żadnej nie ma. Ale żeby nie zaogniać sytuacji, nakazał marynarzom ładować węgiel tak szybko, jak to możliwe. Okręt, który zrobi to najszybciej, miał dostać nagrodę. Wygrał „Suworow”, który w ciągu godziny załadował 120 ton. Cała operacja trwała 40 godzin. Wszyscy członkowie załogi, w tym oficerowie i kapelani, byli umorusani i wycieńczeni wysokimi temperaturami. Kilku marynarzy zmarło z powodu udaru. Okręty były dosłownie zawalone węglem. Nie tylko magazyny były pełne, ale i cały pokład. Wszędzie znajdował się pył. W następnych dniach zmarli kolejni marynarze – dusząc się pyłem, wciskającym się do płuc.

Flota płynęła dalej, ale znowu pojawił się problem – gdzie znów się zatrzymać, by kupić trochę węgla. Pierwszym typem było Libreville – stolica francuskiego Gabonu. Francuzi woleli tego uniknąć, aby nie prowokować Brytyjczyków. Zamiast tego attaché francuski przy rosyjskiej admiralicji zaproponował Cap Lopez – przylądek nieco dalej na południe, mniej wystawiony na wścibskie oczy. Spytany o to, czy jest tam dobre kotwicowisko, odparł „oczywiście, dajcie mi mapę, to wam pokażę”. Po dwudziestu minutach zakłopotany rosyjski oficer oświadczył, że „admiralicja nie posiada żadnej mapy afrykańskiego wybrzeża”.



Mimo to dalsza wyprawa do Madagaskaru przebiegła raczej znośnie, pomijając nawigatorów, którzy pomylili się w obliczeniach i przestrzelili port, w którym flota miała się zaopatrzyć, zdarcie wszystkich butów, jakie były na okrętach (do tego stopnia, że w maszynowni i kotłowni ustawiano pary „butów dyżurnych”, a reszta załogi wyplatała sobie łapcie z lin konopnych), plagę szczurów, bezlitosny upał, zerwanie kotwicy i łańcucha przez „Orła”, zderzenie „Oslabji” z węglowcem, Brytyjczyków uprzejmie uprzedzających wiceadmirała, że w pobliżu Durbanu znajduje się flota kutrów rybackich, czy spotkanie z kapitanem „Limpopo” – portugalskiej małej kanonierki, który groził, że przegoni Rosjan siłą, a któremu Rożestwienski z kolei odpowiedział, że „z ciekawością obejrzy atak kanonierki uzbrojonej w dwie pukawki 47 mm na zespół pancerników, a ogień otworzy dopiero wtedy, gdy jakikolwiek okręt rosyjski zostanie uszkodzony”. Obrażony kapitan „Limpopo” widząc, że nie wymusi neutralności swego kraju przy pomocy oręża, popyrkotał do najbliższego angielskiego portu, by pożalić się Royal Navy.


„Limpopo”

Aha – no i oczywiście „Kamczatka” znowu rozpętała panikę w eskadrze, gdy jej komunikat o stanie silnika zamiast „wszystko w porządku” odczytano na „Suworowie” jako „czy widzicie torpedowce?”.

W przyjaznym porcie w Niemieckiej Afryce Południowo-Zachodniej (dzisiejsza Namibia) Rożestwienski dowiedział się, że Japończycy zdobyli już wzgórze górujące nad Port Artur. Upadek był już przesądzony, otwartą kwestią pozostało już tylko to, jak długo obrońcy wytrzymają.


Japońscy oficerowie oglądający Port Artur. W tle wraki rosyjskich okrętów

Na przełomie grudnia i stycznia obie grupy Drugiej Eskadry – jedna płynąca przez Suez i druga dookoła Afryki – połączyły się w Madagaskarze. Płynęły też do nich uzupełnienia w postaci okrętów, które nie były gotowe z powodu usterek do wypłynięcia razem z wiceadmirałem, a które dzielnie parły naprzód, nie zwracając uwagi na drobne przeciwności losu takie jak to, że krążowniki „Dniepr” i „Oleg” wpadły na mieliznę, a gdy „Oleg” z niej schodził, to wpadł dodatkowo na „Dniepra” i uszkodził sobie armatę, czy taką drobnostkę, że kontrtorpedowiec „Prozorliwyj” wbił się w brzeg i uszkodził kadłub, a „Riezwyj” zderzył się z promem. Dzień jak co dzień w rosyjskiej flocie.

W tym samym czasie Port Artur upadł. Co zrobiła rosyjska flota? O tym w drugiej części.
1

Oglądany: 77891x | Komentarzy: 131 | Okejek: 1180 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

29.11

28.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało