Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Nieoczekiwana pomoc w Anglii, prośba o wyrzucenie śmieci i inne anonimowe opowieści

34 576  
269   54  
W dzisiejszym odcinku m.in. powiedzenie dwóch przyjaciółek, wizyta u dentysty, pasja do rysowania, szczęśliwe dziecko, nietypowy troll i leczenie za granicą.

#1.

Moja przyjaciółka i ja mawiamy: „Trzeba iść do przodu i nie oglądać się za siebie!”.

Niby zwykłe hasełko, prawda?
Tylko że ja nie umiem chodzić, a ona jest niewidoma :)

#2.

Dobrych parę lat temu, po maturze, poleciałam do Londynu trochę dorobić. Opiekowałam się dzieckiem.

Jestem ze wsi. Początki poruszania się po tak wielkim mieście, w dodatku za granicą, nie były łatwe. I pech chciał, że jadąc autobusem wysiadłam na złym przystanku. Zaczyna padać, bateria rozładowana, dziecko głodne. Znałam tylko adres, zaczepiam więc ludzi, łamanym angielskim, wyuczonym w szkole, pytam ludzi, czy wiedzą gdzie mieszkam. Każdy kiwa głową, śpieszy się, idzie dalej. Podłamana trochę, bo byłam raczej gdzieś na wylotówce niż w centrum, pytam gościa o adres, ten patrzy na mnie i pyta w jakim języku mówię, bo z angielskim mało ma to wspólnego, skąd jestem, Russia, German, Ukraine? A ja nieśmiało „from Poland”. A on „łoo kur#a, dziewczyno!”. I już byłam w domu! Zaprowadził mnie do polskiego sklepu, tam podłączyłam telefon, zadzwoniłam do matki małej, która po nas przyjechała.

Nie wywalili mnie, ale do końca pobytu byłam dużo ostrożniejsza :-)

#3.


Swego czasu bardzo często bywałam u dentysty. Pewnego dnia, gdy siedziałam już na fotelu (leczone były jedynki) po skończonym zabiegu, dentystka kazała wypluć mi całą zgromadzoną wodę i ślinę. Jako iż byłam otępiona z bólu, nie myśląc, tak jak siedziałam wyplułam wszystko przed siebie... Ja cała mokra, fotel również.

Dentystka owszem, kazała mi wszystko wypluć, ale do tego zlewu, który był obok... Nigdy nie zapomnę jej zszokowanej miny.

To była moja ostatnia wizyta u tej pani ;)

#4.

Jako dziecko uwielbiałam rysować. Rysowałam na każdym dostępnym kawałku papieru, od zeszytu poprzez chusteczki po ścinki tapet przy remoncie.
Inspiracją dla mnie były głównie dzieła sakralne – ze względu na zainteresowania dziadków, u których spędzałam sporo czasu.
Wszystko było w porządku, dopóki rodzice nie urządzili rodzinnego grilla. Gości miało być sporo, dlatego zawczasu zaopatrzyli się w papierowe jednorazowe talerzyki.

Jakież było ich zdziwienie, gdy już-już mieli podawać na owych talerzykach grillowane kiełbaski, karkówkę i ziemniaczki, i okazało się, że każdy talerzyk, ale naprawdę *każdy* talerzyk, był ozdobiony sceną z życia Jezusa.

Głównie były to sceny pasyjne, przy czym samych ukrzyżowań było z pięć.

#5.


Często odwiedzam swojego brata i jego rodzinę, mieszkam bardzo blisko nich. Ostatnio już wychodziłam i jego żona poprosiła mnie o wyrzucenie śmieci. To nic wielkiego, więc wzięłam ten wór z sobą.
Zamyśliłam się tak bardzo, że zaniosłam ten worek do siebie do domu, zapominając skręcić do śmietnika...

#6.

Miałem może z 5 lat, słoneczny dzień, wiosna, tata siedzi przy komputerze, mama w pracy, krzyczę „Tata, czy mogę?!”. Tata bez zbędnego drążenia „Tak, synek, tylko daj mi spokój!”.

Tak oto mama wraca do domu, widzi nowe prześcieradło, które zmieniło kolor z białego na „asfaltowy grafit o poranku”, mnie w podobnych barwach, stojącego wraz z plastikową taczką pełną ziemi i doniczkami, przy czym w jednej siedział (już nie) śnieżnobiały kot, obsypany dookoła, równiuteńko, ziemią z ogrodu. Tata zapytany przez mamę co tu się stało, nawet nie wychodząc z biura, rzucił „No jak to co, dziecko się przecież musi bawić”.

>Mama wynajęła opiekunkę
>Tata dostał taki opieprz, że kot myśląc pewnie, że to jego wina, gdzieś się schował
>Prześcieradła nie dało się uratować, zostało wyrzucone
>Ojciec przez tydzień spał na kanapie

#7.


Na stronie internetowej chińskiej restauracji z mojego miasta znajdują się dwa numery, pod które dzwoniąc można zamówić jedzenie. Naszła mnie ochota na sajgonki, więc zadzwoniłam pod pierwszy, nikt nie odebrał. Zadzwoniłam pod drugi, odebrał miły pan. Przywitałam się i zaczęłam składać zamówienie, jednak pan mi przerwał. Okazało się, że restauracja przez przypadek umieściła jego numer na swojej stronie i od kilku lat odbiera on telefony od głodnych potencjalnych klientów. Skargi nie przynosiły skutków, a on się przyzwyczaił. Zrobiło mi się strasznie głupio i zaczęłam przepraszać, on za to zaczął się tylko śmiać i opowiedział mi, że kiedy ma naprawdę świetny humor, to przyjmuje te zamówienia (co z tego, że mieszka kilkaset kilometrów od mojego miasta) i dzielnie odgrywa swoją telefoniczną rolę. Przeprasza za dostawców, obiecuje rabaty za długi czas oczekiwania, usprawiedliwia kierowców, którzy nie dowieźli jedzenia.

Pierwszy raz spotkałam się z sytuacją, gdzie to ludzie dzwonią do „telefonicznego trolla”. Trochę szkoda tej knajpki, której renoma spada, ale cóż... mogli zmienić numer ;)

#8.

Jestem lekarzem, moja specjalizacja jest nieistotna. Wiem, że to co napiszę będzie dla niektórych okrutne, ale myślę, że znajdą się też tacy, którzy podzielą moje zdanie.

Mam przyjemność pracować z lekarzami, którzy na swoim koncie mają setki operacji i zabiegów, jeżdżą na zagraniczne szkolenia, a nasze prace naukowe publikowane są na całym świecie. Nieważne, o jaką specjalizację chodzi, zawsze znajdzie się tak zwany „mistrz”, którego wkład w polską medycynę jest większy niż smog w Krakowie.

Zauważyłam pewną smutną rzecz: przychodzą do nas rodzice z dziećmi, które chorują na przeróżne choroby. Oferujemy im najlepsze metody leczenia, poświęcamy swój wolny czas na to, by zbierać się w grupach i szukać jeszcze lepszych rozwiązań. W zeszłym tygodniu od rodziców jednego z pacjentów usłyszałam, że jestem beznadziejnym lekarzem, a moje metody leczenia są jeszcze gorsze. Dlaczego?
Państwo X przyszli na kolejną wizytę, by omówić leczenie syna, stwierdzili, że chcą go wypisać, dlatego że uzbierali dzięki zbiórce online 300 tys. złotych i mają zamiar zabrać swoje dziecko do Stanów, bo przeczytali w internecie o „innowacyjnej metodzie leczenia”.
Dlaczego jestem beznadziejnym lekarzem?
Dlatego, że powiedziałam, że jeden z lekarzy w naszym szpitalu miał okazję przeprowadzać wspólny zabieg z owym lekarzem z Nowego Jorku, a po powrocie wszystkiego nauczył resztę personelu. Od tamtej pory minęło 7 lat i wszyscy przeprowadzamy ten sam zabieg bezproblemowo.

Nie bądźmy głupi, analizujmy zbiórki, większość z nich to tylko wymysł rodziców, którzy myślą, że amerykańskie jest lepsze, a polskie jest be.
8

Oglądany: 34576x | Komentarzy: 54 | Okejek: 269 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało