Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Z tym papierosem jest coś nie tak... - co właściwie palił wilk ze znanej, radzieckiej kreskówki?

46 248  
328   86  
Podczas gdy dzieciaki z nowoczesnych krajów popijały colę i oczy swe wlepiały w kolejne odcinki „Scooby Doo”, wychowane w latach 80. dziecię schyłkowego PRL-u zmuszone było przełykać kompot z rabarbaru i oglądać dzieła lokalnej bądź też radzieckiej szkoły animacji. Lubiłem „Wilka i zająca” nawet bardziej niż przygody Strusia Pędziwiatra, a antagonistę, jakim był zapchlony obwieś z połamanym papierosem w zębach, do dziś uważam za jedną z najbardziej wyrazistych postaci kreskówkowych. No, właśnie – ten wymiętoszony papieros był wilczym znakiem rozpoznawczym. Ku mojej wielkiej radości ostatnio doznałem zaszczytu zapalenia tego wyrobu rosyjskiego przemysłu tytoniowego.
Dziś by to nie przeszło – postać z bajki dla dzieci ostentacyjnie jarająca wątpliwej jakości papierosy, niczym jakiś menelaos, który to czai się przy sklepie monopolowym i prosi kierowników o poratowanie zylem? Przecież to jawny zamach na dziecięcą niewinność i próba wepchnięcia pacholąt w szpony zgubnego nałogu! Zawsze sądziłem, że nieszczęsny kiep wiszący na dolnej wardze wilka jest połamany dlatego, że w toku ekranowych perypetii staje się on równie zmierzwiony i sfatygowany, co jego konsument. Okazuje się, że nie do końca tak jest.



Parę dni temu trafiłem do Bornego Sulinowa, gdzie co roku organizowany jest wielki zlot miłośników militariów. Olbrzymi bazar pełen jest fantów, które u każdego odzianego w moro kuca wywołuje ekscytację i przyjemne mrowienie sutków. Czego tu nie ma? Mundury wojskowe, granaty, saperki, naszywki z napisem „Bób, hummus, włoszczyzna”, pistolety na kapiszony, egzemplarze „Mein Kampf” z autografem autora, stare poradzieckie przypinki… W parszywym upale i obłokach kurzu wzniecanego przez jeżdżące po pobliskim polu czołgi, moją uwagę przykuła jednak paczka rosyjskich fajek. Ich znakiem szczególnym jest to, że „filtr” zajmuje prawie całą długość skręta. Wygląda toto trochę jak słynny papieros z „Piątego elementu”. Różnica jednak jest taka, że tam faktycznie znajdował się wkład zatrzymujący substancje smoliste…



Biełomorkanał – tak zwie się marka papierosów, które pali do niedawna palił wilk (w ostatnich odcinkach jego miłość do dymka jakby nieco osłabła). To prawdziwy relikt ZSRR i prawdopodobnie nadal jest to najmocniejszy wyrób tego typu dostępny na rynku rosyjskim oraz w innych krajach dawnego bloku sowieckiego. Do produkcji wykorzystuje się 20% mieszanki aromatycznych tytoni sprowadzanych z Azerbejdżanu i Mołdawii oraz 80% dowolnej sieczki trzeciej klasy gatunkowej.



To, czym wyróżnia się Biełomorkanał na tle konkurencji to wyjątkowa wręcz kancerogenność. Jeden papieros zawiera 27-32 mg substancji smolistych oraz 1,7 mg nikotyny. Dla porównania – zwyczajny, „czerwony” Marlboro gwarantuje nam zastrzyk „jedynie” 10 mg substancji smolistych oraz 0,8 mg nikotyny!



I chociaż może się wydawać, że kosztujące garść kopiejek Biełomorkanały były najtańszą i jednocześnie najparchatszą jakościowo propozycją dla palaczy, to warto tu odnotować, że na radzieckim rynku dostępne były znacznie gorsze „wynalazki”. Ot, chociażby papierosy Nord, które w całości wykonano z najniższej klasy machorki.
Marka Biełomorkanał powstała w 1932 roku w leningradzkiej fabryce Uritsky, a osobą odpowiedzialną za opracowanie tej mieszanki był Ioanidi Wasilij Iwanowicz, sowiecki mistrz tytoniowy, który jest autorem receptur innych, popularnych w czasach ZSRR, marek papierosowych.



Z czasem produkcję Biełomorkanałów zaczęto też zlecać innym fabrykom na terenie całego Związku Radzieckiego. Tego, skąd dany egzemplarz pochodzi, dowiedzieć się można ze stempla znajdującego się na boku każdego z papierosów. Oprócz miasta, w którym znajduje się fabryka, zaznaczona jest też konkretna linia produkcyjna, z której „zjechał” dany papierosek.



I tak na przykład fajki, których stałem się właścicielem, nie pochodzą ze słynącej z najlepszych papierosów tej marki fabryki w Petersburgu, ale z zakładu położonego w Peresławie Zaleskim. Co zaskakujące – egzemplarze petersburskie mają znacznie mniejsze i niezbyt rzucające się w oczy informacje na temat zgubnych skutków palenia, podczas gdy odpowiedniki z innych fabryk posiadają na opakowaniach, zgodne już z obecnym trendem, fotografie z martwymi płodami i pożeranymi przez gangrenę kończynami.



Sama nazwa oraz graficzna oprawa tego produktu odnosi się do budowanego w czasie rządów Stalina (i dokończonego ok. 10 lat po jego śmierci) kanału Białomorsko–Bałtycko, czyli ciągnącego się przez 1100 km systemu rzek i kanałów żeglownych łączących Morze Bałtyckie oraz Białe ze Zbiornikiem Rybińskim na Wołdze. Projekt ten był prawdziwą dumą dla radzieckich władz. Nie mówiło się jednak zbyt głośno o tym, że główną siłą, z której skorzystano podczas jego realizacji, byli więźniowie rosyjskich łagrów.



Szacuje się, że ta katorżnicza praca kosztowała życie ok. 200 tysięcy osób. Ciekawostką natomiast jest też to, że na opakowaniu papierosów nadal widać linię graniczną sprzed wojny radziecko-fińskiej!

Marka ta zyskała wielką popularność z racji na cenę jednego opakowania zawierającego 25 papierosów (w niektórych wersjach 18). Jego użytkownicy mieli w zwyczaju nazywać gryzące, kojarzące się z głównie z plebsem Biełomorkanały dostojnie brzmiącym francuskim mianem „Belle Amour Chanel”. W czasach ZSRR fajki te służyły nie tylko do palenia, ale też jako narzędzie do… wręczania łapówek! Dużo pustej przestrzeni w tekturowej rurce służącej za filtr (o którym powiemy sobie za chwilę) idealnie nadawało się do upchnięcia tam zwiniętego w wąski rulonik banknotu. Następnie takim papierosem „częstowano” urzędnika, milicjanta lub inną osobę, którą chciało się przekupić.

Najbardziej rozpoznawalna marka tytoniowa z czasów ZSRR dziś cieszy się swoistym kultem zarówno wśród jej wiernych użytkowników, jak i osób, które dowiedziały się o Biełomorkanałach za sprawą słynnej kreskówki o przygodach żula o wilczej fizjonomii. Obecnie kupić też można wodę kolońską, a nawet wódkę sygnowaną charakterystycznym obrazkiem widocznym na etykietce.



Warto też dodać, że w ciągu ostatnich dekad te charakterystyczne papierosy zyskały szczególną uwagę również w kręgach młodych ludzi palących marihuanę – niewielka ilość tytoniu i sporo przestrzeni w rurce idealnie nadaje się do tworzenia duszącego, „śmiesznego” skręta! Miłośnicy trawki nie byli jednak pierwszymi osobami, które eksperymentowały z tym produktem. Już wiele dekad wcześniej mniej zamożni palacze, których cieszyła cena tych papierosów, ale smuciła ich powalająca wręcz moc, upychali w pustą tekturkę zwiniętą watę albo wręcz sprasowane palcami filtry wydłubane z fajek lepszej jakości.

Same papierosy produkowane są bez zastosowania jakiekolwiek kleju, który łączyłby dwa końce nawiniętej na tekturkę bibuły. Maszyny, które do dziś wykorzystuje się do produkcji Biełomorkanałów, stosowały specjalne prasy, które zaciskały się w odpowiednim miejscu, tworząc charakterystyczny szew ciągnący się po boku rurki. Samą natomiast pustą, tekturową tutkę bardzo często zgniatano w charakterystyczny sposób w dwóch miejscach.



Robiono to po to, aby choć trochę zmniejszyć moc wdychanego dymu. Wierzono też, że dzięki tym zagięciom część substancji smolistych osadza się na wewnętrznej stronie tekturki (co oczywiście było absolutną bzdurą). Sensowniejsze wytłumaczenie tego dziwnego zwyczaju jest takie, że tak przy takim uformowaniu cygarety istnieje mniejsze prawdopodobieństwo wciągnięcia do płuc pokruszonego tytoniu. I to właśnie takim wymiętoszonym Biełomorkanałem raczył się kreskówkowy wilk.



No dobra, czas spróbować tego cuda. Jako że jestem niedzielnym konsumentem wyrobów tytoniowych, raczej nie mającym na co dzień do czynienia z mocnymi papierosami, do skosztowania tego wynalazku podszedłem z lekkimi obawami o swoje zdrowie. Faktycznie – pierwsze sztachnięcie się Biełomorkanałem potwierdziło moje wyobrażenie o tej marce. Tytoń jest ciężki, swoją dusznością trochę przypominający amazońskie skręty z mapacho, jednak w przeciwieństwie do nich – smak rosyjskiego papierosa przywodzi na myśl jaranie skarpetki nie pierwszej świeżości. Fachowe zgniecenie tutki nic nie dało. Ba, odniosłem nawet wrażenie, że aromat przepoconych skier stał się jeszcze mocniejszy... Po trzech „buchach” czuć już wyraźnie moc ruskiego kiepa, czyli lekkie zawroty głowy i silną potrzebę wyrzucenia tego świństwa w cholerę. Co też uczyniłem. To zdecydowanie najpaskudniejsza fajeczka, jaką kiedykolwiek się uraczyłem. Zdecydowanie wolałbym zapoznać się z zawartością fajki, którą posiadał marynarz Popeye...
13

Oglądany: 46248x | Komentarzy: 86 | Okejek: 328 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

27.09

26.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało