Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Oto człowiek, który uratował miliony ludzi. A potem przyczynił się do śmierci kolejnych milionów...

35 668  
183   38  
Gówno. Ptasie gówno. Konkretnie to należące do niektórych gatunków kormoranów i głuptaków. To właśnie od niepozornej kaki zależała nasza przyszłość. Tak już to sobie natura wymyśliła, że rośliny potrzebują do wzrostu pewnego cennego elementu, azotu, który będąc szczególnie istotnym składnikiem roślinnych enzymów, ma kluczowe znaczenie w ich metabolizmie, a od ilości dostarczonego im azotu zależy wielkość i jakość plonów. Kiedy jednak naturalne nawozy zaczęły drastycznie się kurczyć, stanęliśmy przed groźbą głodowej śmierci. Od niej uratował nas pewien wrocławski chemik. Czy jest on jednym z tych bohaterów „bez peleryny”, którzy zasługują na szczególny szacunek? Otóż niekoniecznie.
W momencie kiedy świat ekspresowo się zaludniał, a zapotrzebowanie na produkty rolne było olbrzymie, bogate w azot nawozy okazały się szczególnie pożądane, a wręcz nieodzowne, aby uchronić mieszkańców ziemskiego globu przed głodem. I właśnie tutaj do akcji wchodzi ptasie gówno. Na skalistych wybrzeżach oraz niewielkich, bezludnych wyspach Pacyfiku gromadzą się setki tysięcy ptaków, które to wybrały sobie te miejsca z racji na skupiska ryb zamieszkujących okolice tych wysepek. Mechanizm jest prosty – łapiesz rybę, pożerasz ją, wracasz na wyspę odpocząć i przypieczętować sprawę solidnym kupskiem. Gromadzące się przez tysiące lat i rosnące niczym wielkie gówniane góry złogi ptasich odchodów to guano – naturalny nawóz i znakomite źródło cennego azotu.


O właściwościach tego tworu ptasiej przemiany materii wiedzieli już dawni mieszkańcy południowoamerykańskich ziem. Z tego zawierającego aż 20% azotu nawozu korzystali już chociażby inkascy farmerzy. To dzięki sprowadzanemu z wybrzeża guano Inkom udało się stworzyć pola uprawne w miejscach tak niegościnnych, jak górskie zbocza, w których to wykuwano specjalne tarasy, wypełniano je ziemią i wzbogacano ptasimi kupami. W XVIII wieku guano stało się popularnym produktem eksportowym. Cennym, warto dodać – za pół kilograma tego towaru płacono nawet i 74 dolary! Wydobywanie tego naturalnego nawozu było biznesem tak bardzo dochodowym, że w XIX wieku doszło do regularnej, trwającej 5 lat, wojny pomiędzy Boliwią a Chile, u podstaw której leżał spór o bogate w guano tereny na granicy obu państw.


Na początku XX wieku jasne się stało, że zapotrzebowanie na guano jest zbyt duże, a złoża tego surowca zaczynają się kończyć. Peru, jeden z głównych producentów tego nawozu, ostatecznie zablokowało dalszy jego eksport i świat zdał sobie sprawę z problemu – albo uda się opracować alternatywną metodę wzbogacania uprawnych gleb w azot, albo wkrótce Ziemię czekać będzie niespotykana dotąd fala głodu, która pośle do piachu miliony ludzkich istnień.
Sir William Crookes – ceniony chemik i przewodniczący Brytyjskiego Stowarzyszenia Postępu Nauki – przepowiedział, że do lat 30. XX wieku zacznie nam brakować zbóż i jedynym sposobem na uratowanie nas przed globalną katastrofą byłoby opracowanie skutecznej metody pozyskiwania azotu z atmosfery. Biorąc pod uwagę, że powietrze w 78% składa się z tego właśnie pierwiastka, idea ta była jak najbardziej słuszna. Gorzej, niestety, z praktyką.

sir William Crookes

Dekady ciężkiej pracy i eksperymentów przeprowadzanych przez europejskich uczonych kończyły się niepowodzeniem. Do czasu. W 1905 roku urodzony we Wrocławiu (należącym wówczas do Prus) uczony Fritz Haber rozpoczął pracę nad syntezą amoniaku. Uzyskiwanie tego szalenie bogatego w azot związku chemicznego udało się opracować, wykorzystując specjalne reaktory ciśnieniowe. Pomoc w tej pracy Haber dostał od Carla Boscha – jednego ze współzałożycieli BASF, największego wówczas chemicznego przedsiębiorstwa na świecie. Tak zwana metoda Habera i Boscha wkrótce gotowa była do wdrożenia w produkcję na skalę przemysłową.


I tak już w 1913 roku powstała w Niemczech pierwsza fabryka, która zajmowała się wytwarzaniem amoniaku na dużą skalę. Jak dużą? Ano taką, która spełniła zapotrzebowanie na ten produkt, czyli… ok. 5 ton amoniaku dziennie! Fritz Haber, o którym mówiono jako o człowieku, który „stworzył chleb z powietrza”, stał się tym samym wielkim bohaterem. Jak by nie patrzeć – uratował on miliony ludzi od śmierci głodowej i opracował produkcję podstawowego składnika nawozów, które wykorzystywane są w uprawach po dziś dzień. Ciekawostka – szacuje się, że połowę azotu występującego w twoim organizmie posiadasz pośrednio dzięki chemikowi z Wrocławia!
W ciągu kilku miesięcy Haber dorobił się fortuny oraz zyskał światową sławę, która to zaowocowała zawiązaniem zażyłych przyjaźni z najznakomitszymi uczonymi tamtej epoki, z Albertem Einsteinem na czele (który to nawet pomieszkiwał u niego po tym, jak rozstał się ze swoją pierwszą żoną). Jako wielki autorytet w swojej dziedzinie, Fritz stanął też na czele Instytutu Chemii Fizykalnej im. Cesarza Wilhelma w Berlinie.


I właściwie dla wszystkich dobrze by było, gdyby na tym słodkim happy endzie historia ta się skończyła. Niestety jednak stało się inaczej.
Wybuchła I wojna światowa, a Haber będąc wielkim patriotą, nawet nie zawahał się podejmując decyzję o zaoferowaniu swych usług niemieckiej armii. Uczony już wcześniej odkrył (po części przypadkiem, podczas eksplozji niemieckiej fabryki amoniaku), że związek, który uratował ludzkość przed widmem głodu, jest też silnym utleniaczem i przede wszystkim – materiałem wybuchowym. Ta druga cecha była szczególnie istotna, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że niemiecka armia cierpiała na niedostatki prochu – elementu tak przecież cennego w tworzeniu, skutecznie rażącej wroga, broni.
Wkrótce w tych samych fabrykach odpowiedzialnych dotąd za życiodajny nawóz, Haber zaczął wytwarzać oparte na amoniaku substancje, które wykorzystywano w masowej produkcji bomb.



Niemiecki chemik miał jednak znacznie większe ambicje i nie poprzestał jedynie na zaopatrywaniu armii w ładunki wybuchowe. Wymarzył on sobie stworzenie receptury gazu bojowego cięższego niż powietrze. I chociaż wykorzystywanie tego rodzaju środków zostało prawnie zakazane przez Konwencję Haską w 1899 roku, to przecież inne europejskie mocarstwa jawnie eksperymentowały z bronią chemiczną, co tylko utwierdzało Habera o słuszności jego pomysłu. Ba, wierzył on, że taka broń doprowadzi do szybszego zakończenia wojny, a co za tym idzie – sprawi, że liczba ofiar konfliktu będzie mniejsza. 22 kwietnia 1915 roku w Ypres niemieckie wojsko, wykorzystując sprzyjający wiatr, wypuściło w kierunku okopów wroga ponad 150 ton gazu opartego na chlorze. W krótkim czasie substancja ta zabiła kilka tysięcy francuskich żołnierzy, a resztę uczyniła absolutnie niezdolnymi do dalszej walki!



Trzeba przyznać, że śmierć w wyniku inhalacji tymi oparami była wyjątkowo paskudna. Substancja ta poważnie podrażnia błonę śluzową dróg oddechowych, doprowadza do silnych poparzeń, obrzęku płuc i wypełnienia się ich płynem. W efekcie żołnierze dosłownie topili się na polu bitwy. Łącznie „unieszkodliwionych” w ten sposób zostało 67 tysięcy żołnierzy! Chemik osobiście obserwował konających ludzi i bardzo dokładnie odnotowywał swoje spostrzeżenia. Tak spektakularny sukces sprawił, że Haber z miejsca został mianowany kapitanem.



Z Belgii wrócił na krótko do Berlina, a wkrótce miał osobiście uczestniczyć w ataku gazowym na pozycje rosyjskiej armii. Radości Fritza prawdopodobnie nie podzielała jednak jego żona, Clara, z zawodu również chemiczka. Jeszcze tej samej nocy kobieta śmiertelnie postrzeliła się pistoletem swojego męża. Mimo że nie ma konkretnych dowodów na to, że jej targnięcie się na własne życie było aktem buntu przeciw zbrodniczemu wynalazkowi Fritza, to biografowie są dość zgodni co do przyczyny jej samobójstwa.
Śmierć żony nie wpłynęła w żaden sposób na obsesję Habera, który przez kolejne lata udoskonalał swoje wynalazki – jego fabryki zatrudniały 1500 pracowników. W efekcie chemiczna broń, za którą stał Fritz, w ciągu samej tylko I wojny światowej zabiła 100 tysięcy osób. Wbrew marzeniom wrocławskiego chemika, jego poświęcenie nie doprowadziło Niemców do zwycięstwa. Ba, po zakończeniu konfliktu uczony stracił dużą część swej fortuny w wyniku potężnej inflacji, która zapanowała w jego ojczyźnie.
Mimo że Haber był bezpośrednio zamieszany w tworzenie morderczej machiny, krótko po wojnie otrzymał on… Nagrodę Nobla za zsyntezowanie amoniaku. Podobno podczas bankietu po głównej części ceremonii wielu uczonych i innych laureatów tej zaszczytnej nagrody nie chciało z Fritzem rozmawiać – na znak dezaprobaty dla jego działalności w czasie niedawnego konfliktu zbrojnego.



Przez kolejne lata chemik opracowywał pestycydy oraz środki, których celem miało być zabijanie szkodników niszczących jedzenie znajdujące się w ładowniach statków. Wraz ze swoimi kolegami z instytutu, który założył, Haber jeszcze w czasie I wojny światowej opatentował również gaz o nazwie cyklon B – oparte na cyjanowodorze, doskonałe narzędzie służące do dezynsekcji. Uczony chciał też wytrącać złoto rozpuszczone w morskiej wodzie i w ten sposób pomóc swej ojczyźnie w spłaceniu gigantycznych odszkodowań wojennych, jednak ten projekt całkiem mu nie wypalił.
Kiedy w latach 30. do władzy doszli naziści, Fritz zmuszony został do emigracji. Podobnie zresztą jak wielu innych obywateli Niemiec, którzy posiadali żydowskie pochodzenie. Początkowo przeniósł się do wielkiej Brytanii, a następnie udał się do Szwajcarii, gdzie zmarł w 1934 roku.
Jego „dziedzictwo” nie zostało jednak zapomniane. Niemcy doskonale wiedzieli, jak wykorzystać jedno, konkretne dzieło Habera. Wszakże on sam nauczył ich tego, że pożyteczne wynalazki można zamienić w narzędzie do efektywnego mordowania ludzi. Produkowany przez Komisję Techniczną ds. Walki ze Szkodnikami cyklon B, gaz służący do odwszawiania i dezynfekowania żołnierskich mundurów, został nieco udoskonalony – otrzymywany z odpadowej masy cukrowej cyjanowodór wytwarzano teraz w formie granulek.



Niektóre partie tego produktu pozbawiono też zapachu, który wcześniej miał ostrzegać jego użytkowników przed możliwością zatrucia się. Tani jak barszcz cyklon B trafił do niemieckich obozów zagłady w ramach projektu Reinhardt – przeprowadzonej na terenie m.in. okupowanej Polski operacji mającej na celu „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. W lutym 1940 roku gaz Habera został przetestowany na 250 romskich dzieciach z Brna, a wynik tej upiornej egzekucji był na tyle zadowalający, że odtąd cyklon B nie służył już tylko do odwszawiania odzieży więźniów obozów, ale przede wszystkim do uśmiercania więźniów w komorach gazowych. Substancja ta była niezwykle wydajna – do zabicia 1500 osób, w optymalnych warunkach pogodowych, wystarczyło ok. 6 kilogramów tych granulek.


Fritz Haber bohater, który odpędził od nas widmo globalnego głodu i uratował tym samym życie milinów ludzi, był też człowiekiem bezpośrednio odpowiedzialnym za śmierć milionów. Z jednej strony chciałoby mu się podziękować za nawozy azotowe, co to umożliwiły nam przetrwanie na tej planecie, a z drugiej jego wkład w ludobójstwo jest niepodważalny i mocno rzutuje na wynalazek, który uniezależnił nas od kurczących się zasobów ptasiego gówna.


Źródła: 1, 2, 3, 4
4

Oglądany: 35668x | Komentarzy: 38 | Okejek: 183 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

27.09

26.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało