Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Śmierć to nie problem, jak jest kasa do zarobienia! – 6 najgłupszych zmartwychwstań w historii kina

59 704  
181   92  
„Zróbmy tak: zabijmy tę postać pod koniec filmu, aby nikomu nie przyszło do głowy robić kolejnej części. W ten sposób unikniemy zupełnie niepotrzebnego odgrzewania kotleta!” chociaż większość reżyserów i scenarzystów ma dobre intencje i chce zabezpieczyć swoje dzieła przed ewentualnymi kontynuacjami, które to często są zwykłym skokiem na kasę, to niestety w Hollywood wskrzeszenie zmarłego bohatera ma długą tradycję.

#1. Monstrum w „Narzeczonej Frankensteina”

Nakręcona w 1931 roku adaptacja powieści Mary Shelley to dziś absolutna klasyka kina i bezapelacyjny wzór dla innych twórców filmów grozy. Historia przywróconego do życia brzydala, który to został, niczym puzzle, poskładany z fragmentów różnych zwłok przez szalonego uczonego, kończy się dla nieszczęsnego monstrum tragicznie. Bohater kryje się w starym młynie, gdzie dopada go rozwścieczony tłum wieśniaków z pochodniami. Grany przez Borisa Karloffa szpetny olbrzym ginie w płomieniach.



Na tym historia „Frankensteina” miała się zakończyć, ale pojawił się pewien problem. Otóż film ten nakręcony został za 262 tysiące dolarów, a zarobił ich ponad 12 milionów… Nikt normalny nie porzuciłby tak dochodowego biznesu, więc cztery lata po premierze „Frankensteina” premierę miała kontynuacja tego dzieła pt. „Narzeczona Frankensteina”. Bohater wygrzebuje się ze zgliszczy spalonego młyna, strzepuje popiół z marynarki i jak gdyby nigdy nic bezczelnie kontynuuje swój żywot.


A co z Henrym, zmarłym twórcą monstrum? Okazuje się, że ten też przeżył. Musiał przecież przeżyć, aby „ulepić” brzydalowi trupią narzeczoną! Pod koniec filmu ta go jednak odrzuca, więc wkurzony potwór wysadza w powietrze laboratorium, grzebiąc w jego ruinach siebie oraz niewdzięczną potworzycę. Pierwotnie zginąć miał też (ponownie!) także i Henry, ale w ostatniej chwili zrezygnowano z tego pomysłu i mężczyzna zostaje uwolniony przez rozwścieczoną kreaturę. No, powiedzmy – w jednej ze scen widać wyraźnie postać przerażonego uczonego w walącym się budynku, a w następnej Henry, cały i zdrowy, z bezpiecznej już odległości, patrzy na dzieło zniszczenia dokonane przez swojego podopiecznego.



#2. Imperator Palpatine w „Skywalker: Odrodzenie”

Scena nieoczekiwanego „nawrócenia się” Lorda Vadera na ścieżkę dobra i zrzucenia w otchłań Palpatine’a była szalenie istotna dla gwiezdnej sagi – a ginący złoczyńca w symboliczny sposób przypieczętował los mrocznego imperium.



I nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy, 36 lat później ten zakapturzony fajfus odnajduje się całkiem żywy w filmie „Skywalker: Odrodzenie”. Jakby tego było mało, sukinkot okazuje się zaginionym dziadkiem głównej bohaterki. Mimo że brzmi to niczym jakiś chory żart, to twórcy tej produkcji z pełną powagą wcisnęli widzom taką właśnie historyjkę, przy okazji nie starając się nawet wytłumaczyć jakim cudem Palpatine przeżył konfrontację z Vaderem. Cóż – wyjaśnienie było obecne w filmie, ale kluczowa dla zrozumienia zmartwychwstania imperatora scena została usunięta. W niej to mieliśmy dowiedzieć się, że Palpatine jest jedynie klonem zmarłego złoczyńcy.


#3. Ellen Ripley w „Obcym: Przebudzeniu”

Dobra, trzecia część „Obcego” może i mocno odstawała od poprzednich dwóch odsłon, ale nadal był to kawał dobrego kina, a Davidowi Fincherowi należy się też szacunek za szczerą próbę zabezpieczenia tej filmowej serii przed kontynuacjami, które mogłyby zadeptać chwałę oryginału z 1979 roku. I tak też Ellen Ripley, będąca nosicielką kosmicznego pasożyta, rzuca się do hutniczej kadzi wypełnionej, gorącym niczym lawa, roztopionym metalem. W alternatywnej wersji tej sceny, bohaterka „rodzi” małego ksenomorfa podczas swojego lotu w objęcia śmierci.



Pięć lat później bohaterka ta wróciła jednak na ekrany dzięki czwartej odsłonie „Obcego”. Technicznie rzecz biorąc, nie była to jednak ta sama osoba, którą znaliśmy z poprzednich części, tylko jej klon. Żeby tego było mało, DNA Ellen zmieszało się z kodem genetycznym kosmity, więc widzowie dostali „Nową, lepszą Ripley” – silniejszą, zwinniejszą i w ogóle bardziej podrasowaną. Nie żeby ktoś czekał na jej powrót, ale oferta otrzymania 11 milionów dolarów za ponowne wcielenie się w tę rolę skutecznie zachęciła Sigourney Weaver do podjęcia takiej decyzji.


#4. Bobby Ewing w „Dallas”

„Dallas” to nadawany od końca lat 70. serial opowiadający o losach rodziny potentatów naftowych. Kręcony przez trzynaście długich lat tasiemiec zdobył wielka popularność w USA, a bohaterowie tej produkcji stali się ulubieńcami amerykańskiej publiczności. Jedną z takich postaci był Bobby Ewing. Aktor wcielający się w tę postać – Patrick Duffy – ewidentnie miał dość bycia gwiazdą telewizyjnej opery mydlanej i w 1985 roku oznajmił, że kończy swoją przygodę z tą produkcją. Miał do tego pełne prawo, właśnie bowiem wygasł jego podpisany na siedem lat kontrakt, a Duffy marzył o rozpoczęciu poważnej kariery. Ekranowy Bobby, w desperackiej próbie uratowania swojej żony Pameli przed rozpędzonym (kierowanym przez jego „złą” szwagierkę) autem, sam zostaje potrącony i ciężko ranny umiera w szpitalu.


Mimo szczerych chęci artyście nie udało się zawojować kin i stać się kimś więcej niż aktorem utożsamianym z serialami. Kiedy więc producenci „Dallas” zaproponowali Duffowi powrót do roli Bobby’ego, aktor zgodził się na to. Tymczasem od śmierci jego bohatera minął już rok! Jak z tym faktem poradzili sobie twórcy tej produkcji? Ano zrobili to w najbardziej idiotyczny sposób, jaki można sobie wymyślić. Pamela, wdowa po zmarłym bohaterze, budzi się i idzie do łazienki, gdzie zastaje swojego, gołego i dość żywego, małżonka pod prysznicem. Okazało się, że ostatnie kilkanaście miesięcy trwania serialu były tylko snem tej kobiety, a Bobby nigdy nie umarł. Przepisywane przez amerykańskich lekarzy środki nasenne muszą być naprawdę mocne…



#5. Jason Voorhees w „Piątek, trzynastego VI”

Jason to ukryty za hokejową maską topielec, który od ponad 40 lat wspina się na szczyty kreatywności, mordując młodzież odwiedzającą obóz nad jeziorem Crystal Lake. Nigdy nie zrozumiem czemu rodzice, doskonale przecież wiedząc o złej sławie tego miejsca, nadal chcą tam wysyłać swoje pacholęta. Stanowczo sprzeciwiamy się abortowaniu dojrzałych, nastoletnich płodów! Wróćmy jednak do samego Jasona – seria filmów o tym przyjemniaczku przyzwyczaiła nas do tego, że regularnie wraca on do życia, nawet jeśliby wcześniej zarobił on cios maczetą w łeb lub zalany został radioaktywnym szlamem.



Najbardziej jednak niedorzeczną formę zmartwychwstania tej postaci mogliśmy zobaczyć w szóstej odsłonie serii. Tommy – chłopak, który wcześniej utłukł Jasona – męczony jest wizjami, w których pojawia się zamaskowany morderca. Aby mieć pewność, że ten naprawdę umarł i tym samym uwolnić się od koszmarów, Tommy postanawia wykopać zwłoki Jasona i poddać je kremacji. W środku burzy, w ulewie i w otoczeniu głośnych grzmotów, Tommy rozkopuje mogiłę Jasona i ze wściekłością wbija metalowy szpikulec w jego gnijące ciało. Wówczas to piorun uderza w pręt, ożywiając umarlaka, który wypełza z grobu i znów zaczyna zabijać.


#6. Steve Trevor w „Wonder Woman 1984”

Druga część przygód Wonder Woman to prawdziwy manifest schizofrenicznego feminizmu. W świecie przedstawionym przez reżyserkę tego filmu wszystkie kobiety są ofiarami ugruntowanych przez patriarchat ataków i wszelkiej maści poniżeń ze strony facetów. W zasadzie jedyną pozytywną postacią męską jest tu Steve Trevor – grany przez Chrisa Pine’a ukochany tytułowej bohaterki… który wyzionął ducha w poprzedniej części filmu.


W jaki zatem sposób przywrócono go światu żywych? Ano dzięki tzw. Kamieniowi Snów, czyli starożytnemu artefaktowi, z którego pomocą można spełniać swe dowolne życzenia. Jako że Trevor martwy już był od dłuższego czasu, jego dusza została przetransportowana do ciała innego faceta. I chociaż gość ten w ogóle nie jest podobny do Steve’a, to z jakiegoś powodu przez większość seansu widzimy Chrisa Pine’a w roli niepodobnego do Chrisa Pine’a faceta, będącego nosicielem duszy postaci granej przez Chrisa Pine’a. Ma to sens?


6

Oglądany: 59704x | Komentarzy: 92 | Okejek: 181 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

26.09

25.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało