Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Jak żyć z muzyki i nie zwariować?

24 366  
124   12  
Utrzymanie się z muzyki w Polsce nie należy do oczywistości. Mój rozmówca dobrze o tym wie – w końcu robi to od prawie 5 dekad, a w swoim życiu poczuł ciepło reflektorów sceny, smak PRL-owskiej chałtury i oddech wolności na egzotycznym kontrakcie.
Tadeusz Olchowski pomimo (nie wypominając wieku) 66 lat na karku swoją energią mógłby obdzielić niejednego młodego, zblazowanego gitarzystę. To gawędziarz, który na zakończenie trwającej kilka godzin (poniżej to tylko fragment nadający się do publikacji) rozmowy przyznał z uśmiechem: „Mnóstwo rzeczy zapomniałem”. Na samym początku wywiadu odbywającego się w knajpie, w której przez długi czas występował, zamyślił się z uśmiechem przyklejonym do twarzy...

Przy tym fortepianie zagrałem w 3 lata ze 150 koncertów... Wiesz, co było najgorsze? Gdy wszedł zakaz palenia w knajpach. Grasz, budujesz atmosferę, a tu nagle ktoś zaczyna wychodzić... Na początku wydawało mi się, że coś jest nie tak z moim graniem. Buntowaliśmy się nawet, że nie można już jarać w środku!

https://www.youtube.com/watch?v=gW-AgZnGKq0
Jak wyglądał wtedy twój repertuar?

Klasyka pianobaru – od Sinatry, przez Grechutę, po Koftę. Setki utworów wykutych na pamięć, choć w przypadku tekstów wspierałem się notatkami.

To na sam początek, w ramach chronologii, powiedz coś więcej o początkach swojej muzycznej drogi...

Moje zainteresowanie muzyką zaczęło się już w podstawówce, do której chodziłem w Namysłowie. Żyliśmy wtedy w realiach polskiego radia, które kształtowało gusta, ale nie grało zachodniej muzyki. Wielu ludzi tak naprawdę mogło posłuchać czegoś tylko z Radia Luxembourg. W szkole średniej pojawił się UKF – inne częstotliwości i inna jakość. Standardem było nagrywanie na magnetofon ZK140 całych audycji, często prezentujących jakąś płytę w całości. Uważam zresztą, że do dziś radio ma spory wpływ na masowego odbiorcę, rzecz jasna naturalnie osłabiony przez mnóstwo innych dostępnych dziś kanałów informacyjnych. Widziałem ostatnio ciekawy wykres sprzedaży muzyki od 2001 roku do teraz. Kilka ostatnich lat zdominowanych jest przez streamingi – wykresy zwiększającej się popularności wirtualnych odsłuchów rosną w bardzo szybkim tempie; analogicznie spada sprzedaż fizycznych nośników.

Z jednej strony to bardzo wygodne, z drugiej – szkoda klimatycznych sklepów muzycznych i niezależnych artystów, którym jeszcze trudniej przebić się przez ścianę zasięgów.

Wszystko jest dokładnie wyliczone. A kalkulacje są takie, że najgorzej wychodzą na tym artyści. Nawet podatek dla państwa jest większy niż to, co dostaje twórca. W przemyśle filmowym wytwórnie pchają filmy do kin tylko po to, żeby mogły kandydować do Oscara. Niech każdy sam zastanowi się, jak często dziś chodzi do kina, zwłaszcza w porównaniu z domowymi seansami streamingowymi. To Neflix czy HBO zarabiają najwięcej.

Muzycy – oczywiście ci niebędący pierwszoligowymi gwiazdami – naprawdę mają tak ciężko i muszą co najwyżej walczyć o zostanie kolejnym produktem marketingowym?

Jurek Słota opowiadał, że gdy VOX miał wydać swoją pierwszą płytę, członkowie grupy dostali z Tonpressu kasę zanim jeszcze cokolwiek zostało nagrane. Teraz taka sytuacja jest nie do pomyślenia. Dziś ludzie przynoszą do wytwórni gotowe produkty – od muzyki po oprawę graficzną, wydawnictwa handlują zaś cudzym talentem. Często rządzi tym nie jakość, a perspektywa sprzedaży. Jak nie jesteś majorsem, musisz martwić się o przyziemne utrzymanie firmy. Kiedyś trafiłem na cytat, że w radiu piosenki są po to, żeby bezstresowo i bezrefleksyjnie przeprowadzić słuchacza od jednej do drugiej reklamy.

Pozostańmy jeszcze chwilę w dziejach najstarszych. Kiedy na dobre zaczęła się twoja edukacja artystyczna?

Chodziłem do ogniska muzycznego. Harmonii uczyłem się intuicyjnie, bo i dostęp do wiedzy był taki, jak powszechnie wiadomo. Trzeba było słuchać i spisywać – choć trwało to dłużej, to stanowiło najlepszą szkołę. W tym samym domu co ja mieszkał kapelmistrz orkiestr cyrkowych. Między innymi przez niego zainteresowałem się klarnetem. Moim pierwszym instrumentem była „zmarszczka”, „wstyd” lub „cyja” – czyli akordeon. W szkole średniej dołączyłem do grających na gitarach kolegów i zaczęliśmy ubarwiać okoliczne zabawy. To właśnie tam zacząłem grać na basie. To był Defil z hollow body, który miał tę dziwną cechę, że... stroił! Nie był najwygodniejszy, ale dało się na nim grać. Wtedy pokutował stereotyp, że to najprostszy instrument i grali na nim najsłabsi muzycy w kapeli. Dopiero potem okazało się, że można nim zagrać za pół kapeli.


Drużyna harcerska Wesołe Nutki – podstawówka; Tadek z akordeonem

Nie chciałeś pójść do średniej szkoły muzycznej?

Powinienem, ale przez 5 lat chodziłem do technikum elektrycznego w Opolu. Mieszkałem w męskim internacie, gdzie dźwięk gitary był wszechobecny. Chciałem iść na studia muzyczne, więc jedyną możliwością był Wydział Wychowania Muzycznego. Z całkiem prostego powodu – to jedyny kierunek, który nie wymagał skończonej średniej szkoły muzycznej. Trzeba było jednak zdać egzamin z teorii muzyki – czytać nuty i zagrać program. Na jedno miejsce startowało siedmiu kandydatów, a na rok dostało się zaledwie kilkanaście osób. Na egzaminie na Defilu zagrałem... Bacha.

Opole w tamtych czasach musiało kusić młodego muzyka.

Określenie „stolica polskiej piosenki” to banał, ale na tamte czasy jak najbardziej prawdziwy. Jednym z moich motywatorów do zawodowego grania był właśnie opolski festiwal – święto, którym żył cały kraj. Przemysł muzyczny wyglądał inaczej, inne były relacje i atmosfera. Potężną siłę miał też zielonogórski Festiwal Piosenki Radzieckiej. Prawie wszyscy otarli się o tę imprezę, choć nie każdy się do tego przyznaje. Można tam było spotkać Marylę Rodowicz, a warsztaty prowadził sam Czesław Niemen.

Miałeś jakichś ciekawych wykładowców?

Szczególnie zapadł mi w pamięć pan Tomaszewicz spod Lwowa – gość starszej daty. Cholernie go szanowaliśmy, był świetny z klasycznej harmonii, którą porównywał do... zbierania na alkohol: „Jak masz dużo pieniędzy, to żadna sztuka się upić. A jak masz mało, to musisz wybierać, czy wziąć pięćdziesiątkę czy dwa piwa...” – mawiał. Kiedyś przyniosłem mu zharmonizowaną melodię. Usiadł do fortepianu, zaczął grać i... w pewnym momencie nagle przerwał. Spytał, dlaczego użyłem konkretnego akordu. Nie czekając na odpowiedź wstał od instrumentu i zaczął iść prosto przed siebie. W pewnym momencie gwałtownie odskoczył w bok sugerując, że równie krzywo zabrzmiała moja praca. Takie obrazowe porównania bardzo działały na wyobraźnię i zapamiętuje się je do końca życia.


Zespół Plus

A jak realizowałeś się w tamtym czasie artystycznie?

Z kolegami z uczelni założyliśmy zespół Plus, gdzie grałem na gitarze akustycznej i byłem jednym z wokalistów. Jak na warunki naszego środowiska była to duża rzecz; dostawaliśmy nagrody na ogólnopolskich festiwalach i konkursach, pojawiliśmy się nawet na opolskich Debiutach, Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie czy w popularnym wtedy programie telewizyjnym Szansonada. Planowaliśmy utrzymać kapelę po studiach, ale życie jak zwykle nas zweryfikowało i rozjechaliśmy się w swoje strony. To nie było gitarowe granie, mieliśmy bardziej wonderowskie wpływy; czasami śpiewaliśmy na cztery głosy z inklinacją do bossa novy czy bluesa. Do tego przeszkadzajki i bongosy. Dość ambitnie i nietypowo jak na tamte czasy podchodziliśmy do grania. Środowisko studenckie było zresztą osobną kategorią muzyczną.


KFPP Opole 1978 – zdjęcie średnio ostre, ale robione przez Jarka Kozidraka z Bajmu

Co dowiedziałeś się o rynku pracy dla absolwenta wychowania muzycznego?

Wtedy jeszcze obowiązywał nas nakaz pracy po studiach zgodnie z kierunkiem. Najpierw odhaczyłem epizod grania w knajpie. Byliśmy trochę wymuskani przez festiwale czy występy w telewizji. A przez trzy miesiące w knajpie w podlubińskich Małomicach zobaczyłem więcej niż przez całe dotychczasowe życie. (śmiech) Co tam się działo, Jezus Maria...

Co tam się działo? (śmiech)

To był lokal otwarty o dwie godziny dłużej niż inne takie przybytki, bo aż do 3 w nocy. Cały Lubin tam się zjeżdżał, a zabawa rozkręcała dopiero po północy. Szok, mieszkaliśmy tam i graliśmy przez 6 dni w tygodniu.

Każdy, kto kiedykolwiek występował na scenie wie, jak ciężka to robota... Dla młodych muzyków takie chałtury były pewnie najlepszą szkołą życia?

Wszystko graliśmy na żywo! Z konieczności podchodziliśmy ambitnie nawet do rzeczy takich jak „Rivers of Babylon”. Przypomina mi się dobra anegdotka... Godzina 14, jemy z zespołem obiad, nagle wbiega jakaś wyfiokowana dama i... zaczyna nas opierdalać. Byliśmy bardzo zdziwieni. Okazało się, że doszło do nieporozumienia i pani jest wokalistką, która przyjechała na próbę, o której nas nikt nie poinformował – jeśli ktoś w każdej knajpie śpiewał z innym zespołem, wcześniejsze przegranie materiału było niezbędne. Chcąc załagodzić sytuację postawiła nam po setce wódki, ale już nie lubiliśmy jej za to, jak potraktowała nas wcześniej. Postanowiliśmy więc kreatywnie się zemścić i za każdym razem graliśmy „Jambalayę” o pół tonu wyżej. Na początku próbowała jeszcze wyciągać dźwięki, ale potem zorientowała się chyba, co jest grane. (śmiech) Tam się działy cuda... Oczywiście nigdy też nie zobaczyliśmy kasy za tę robotę. Ale niedługo później wylądowałem w domu aktora w Legnicy. Zaczynały się lata osiemdziesiąte.

To był celowy wybór?

Trafiłem do tego miasta tylko dlatego, że Wojewódzki Dom Kultury dawał tam – oczywiście nie za darmo – mieszkanie. Wyobraź sobie, że w tamtych czasach na lokum czekało się nawet 20 lat; trzeba było mieć jakieś wkłady czy książeczki mieszkaniowe... Przyjechałem autostopem, byłem w Legnicy drugi raz w życiu i nikogo na miejscu nie znałem. Miałem ksywę Dziki i długie włosy.

Chociaż zarobki były znośne?

Na samym początku byłem jeszcze przed obroną pracy magisterskiej i zarabiałem nieco ponad 3 tysiące, zgodnie z tabelą stawek. Nie starczało na mleko dla dzieci, ale w perspektywie miałem upragnione mieszkanie. A dyrektor WDK-u już podczas rozmowy kwalifikacyjnej zaczął męczyć pytaniami o stawki w knajpie. Nie chciałem zbytnio wchodzić w detale, ale był niesamowicie zainteresowany tym tematem. W końcu, zgodnie z prawdą, rzuciłem mu kwotą, którą dostawałem za chałtury. Wychodziło około 15 tysięcy miesięcznie. Więcej nie pytał o muzyczno-finansową przeszłość.

Czym tam się zajmowałeś?

Oficjalnie pracowałem jako instruktor muzyczny i pomagałem tworzącym się lokalnym zespołom. W WDK-u było miejsce do grania, sprzęt i pomoc instruktora. Organizowaliśmy też takie atrakcje jak akademia z okazji rocznicy rewolucji październikowej czy pochody na 1 maja. Ale to było przyjazne i otwarte miejsce dla grających amatorów. Szokiem dla lokalnego środowiska było, gdy z festiwalu w Zielonej Górze wróciliśmy z trzema nagrodami. Samo dostanie się tam to duże wydarzenie, a my zgarnęliśmy nagrodę dziennikarzy, publiczności i brązowy czy tam srebrny samowar. Bardzo poważne rzeczy! (śmiech)


Festiwal w Zielonej Górze 1980 – chyba...

Przebieg imprezy zrobił na was duże wrażenie? Też tam wystąpiłeś?

To szło naprawdę na żywo w telewizji. Polecieli patentem znanym z Eurowizji i łączyli się z komisjami przyznającymi punkty. Na tamte możliwości konkretne przedsięwzięcie. A nasz repertuar? W jednym utworze akompaniowałem na gitarze mojej podopiecznej Alicji, którą prowadziłem w WDK-u jako instruktor; w innym miała jej towarzyszyć orkiestra. Stanęło na tym drugim. Poszedłem więc z resztą ekipy dopingować Alę na backstage. W barze zasiedliśmy przed telewizorem oglądając to, co dzieje się na scenie. Chwilę po zapowiedzi okazało się, że... orkiestra nie ma nut. Reżyser wymyślił sobie, że zagrany zostanie utwór, w którym to ja miałem wystąpić. Nikt nic nie wiedział, na scenie zaczęła się panika. Przez wewnętrzne głośniki zaczęły się poszukiwania, wywoływała mnie nawet prowadząca imprezę.

Zdążyłeś?

Biegłem świńskim truchtem z gitarą po korytarzach nie wiedząc, co mnie czeka. Jeśli ktoś był w zielonogórskim amfiteatrze wie, że w tych kolistych przejściach na zapleczu da się zgubić. Ale w telewizji wyglądało to tak, jakbym nie wyszedł na scenę. Byłem kilka schodków od sceny, gdy usłyszałem, że Alicja zaczyna śpiewać a cappella. Nie śmiałem już jej przerywać. Uratowała całą sytuację i dostała nawet nagrodę publiczności, choć akurat nie za to wykonanie.

Pomimo sukcesu spotkałeś się z jakimiś konsekwencjami?

Wróciliśmy w chwale i zostały nam przyznane nagrody w postaci miesięcznej pensji. Powiedziano mi jednak, że nie mogę dostać tej kasy. Wiedzieli swoje – Olchowski był tak pijany, że nie był w stanie wyjść na scenę. Wersja była już ustalona. Nie pomagały tłumaczenia, że byłem trzeźwy, a wszystko to spektakularne nieporozumienie. W końcu się zdenerwowałem i stwierdziłem, że mam w dupie taką nagrodę. Księgowa potem chodziła za mną, bo nie zgadzała jej się kasa. Po kilku miesiącach pieniądze odebrała moja żona. Sytuacji nie poprawiał oczywiście fakt, że zdecydowanie odmawiałem zapisania się do partii.

Namawiali?

Wzięto mnie bez żadnego uprzedzenia na rozmowę. Jeszcze nie wiedziałem, co to oznacza. „Nie wiemy, jak to będzie”... Chcieli mi cofnąć mieszkanie – jedyny powód, dla którego znalazłem się w Legnicy. Dowiedziałem się o tym nieoficjalnie, z prośbą o poufność, od pani z ówczesnego Urzędu Wojewódzkiego. Otworzyły mi się jakieś klapki. Wparowałem do sekretariatu dyrektora Wydziału Kultury i Sztuki i... zwyzywałem go. Nie miałem nic do stracenia, więc wylałem swoje żale, odwróciłem na pięcie i trzasnąłem drzwiami. Zatkało go. Nie wiem, jak to możliwe, ale dostałem to mieszkanie.

Ale to nie był koniec twoich problemów?

Wydawało się, że wszystko idzie ku dobremu, jednak parol zagięło na mnie wojsko. Nie pomagał fakt, że mam dwójkę dzieci, jestem jedynym żywicielem rodziny i planuję obronę pracy magisterskiej. Stwierdziłem, że nie będę składać przysięgi na wierność Związkowi Radzieckiemu i nie pójdę w kamasze. Zaczęła się otwarta wojna. Dałem sobie wyciąć zdrowy wyrostek – wszystko było załatwione, ale operacja miała miejsce naprawdę. Po dwóch miesiącach dostałem kolejne wezwanie. Zrobiło się poważnie. Groziła mi nawet odsiadka, a do szpitala w którym leżałem, pofatygował się prokurator. Na szczęście miałem już glejt, że jestem chory na coś innego. Do dziś trzymam książeczkę wojskową, w którą brutalnie wbita jest pieczątka z kategorią E – trwale niezdolny. Przeskoczyłem z A! Do wojska nie poszedłem, ale z pracą musiałem się pożegnać.



Jaki był oficjalny powód rozstania z domem kultury?

Trochę leżałem w szpitalu i ciężko znosiłem niektóre – całkowicie prawdziwe – terapie. Szpital informował o moim pobycie pracodawcę, jednak sekretarka gdzieś zapodziała te dokumenty. Zostałem zwolniony dyscyplinarnie za porzucenie pracy. Mogłem się odwoływać – w końcu szpital miał wszystkie papiery – ale już nie chciałem. Miałem dość poruszania tych skostniałych struktur.

Zmęczenie materiału?

Pojawiła się propozycja pracy w Imparcie – Estradzie Wrocławskiej. Dostałem propozycję zostania muzycznym wsparciem kolegi Wojtka, który złapał tam kontakty. Ciągnęło mnie na scenę jak wilka do lasu... Graliśmy na dwie gitary akustyczne i śpiewaliśmy po polsku lub połamaną angielszczyzną. Mieliśmy człowieka, który spisywał nam teksty, ale robiliśmy mnóstwo pomyłek. Pewnego dnia spotkaliśmy Amerykankę mówiącą trochę po polsku. Schodzę ze sceny nabuzowany z gitarą, a ona rzuciła tylko z mocnym akcentem: „Bardzo ładnie, ale duże błędy”. (śmiech)

Spotykaliście na scenie ówczesne gwiazdy?

Graliśmy w „składankach” stworzonych przez Estradę. Przewijały się tam takie nazwiska jak Zbigniew Wodecki, Hanna Banaszak, koncertowaliśmy ze Smoleniem i Laskowikiem z Kabaretu Tey. Do dziś pamiętam też gościa o bardzo znamiennym nazwisku: Peter Dopita – przemodel z Czechosłowacji, który śpiewał jak Elvis. Przywoził nam masło pomazankove i inne frykasy.

Frekwencja, jak sądzę, dopisywała?

Ludzie byli głodni podtekstów i aluzji. Rudi Schuberth śpiewał nam w garderobie nieocenzurowane wersje aż płakaliśmy ze śmiechu. W Wałbrzychu jednego dnia zagraliśmy 4 wyprzedane koncerty. Zapotrzebowanie było ogromne! W pewnym momencie wielkie, szklane drzwi pękły pod naporem tłumu. Jednego z facetów mocno poharatało. Karetka zabierała go zakrwawionego na noszach, a on krzyczał, że chce zobaczyć Laskowika. (śmiech)

Panie za wami szalały?

Gruopies nie mieliśmy, ale rozrywki nam nie brakowało. W ogóle nie zachowywaliśmy się grzecznie. Słyszałem kiedyś, że przed wojną w Legnicy było 86 lokali z muzyką na żywo. Ile dziś jest takich knajp? Za moich czasów działało ich kilka, ale tłum uderzał na dancingi. Bramkarz był gościem!

A wy? Kasa pewnie prezentowała się lepiej niż w Wojewódzkim Domu Kultury?

Estrady musiały na siebie zarobić – dziś może wydać się to dziwne, ale w realiach PRL-u działały one na zasadach kapitalistycznych. Nasze stawki to były jednak jakieś jaja. Nierzadko zdarzało się, że nawet gwiazdy zarabiały grosze ze względu na kiepską kategorię. My oczywiście też staraliśmy się o weryfikację. Po latach okazało się, że było warto – ministerstwo przyznało mi emeryturę z funduszu dla twórców.


Pierwsza gitara... popuchnięte palce

A gdzie w tym wszystkim było miejsce na cenzurę?

Oczywiście, że się czepiali. Do dziś pamiętam ich duże, czerwone, prostokątne pieczątki. To, co śpiewaliśmy, musiało być ocenzurowane, ale zapowiedzi już przecież nie zgłaszaliśmy. Raz pojechałem konkretnie po systemie i zrobiła się afera. Dyrekcja Impartu musiała to odkręcać.

Ale oprócz cenzury stricte politycznej chyba nie było większych ograniczeń swobody wypowiedzi czy zachowania scenicznego?

W estradach był dział Gastronomia obsługujący lokale pod kątem dość sztampowych występów artystycznych. Z reguły miały one miejsce już koło północy, kiedy towarzystwo odpowiednio się rozkręciło. W składzie tej wesołej ekipy był konferansjer, który często też śpiewał, prestidigitator czy ekwilibrysta. Pamiętam też gościa rzucającego siekierami w żonę, przed każdym występem wypijającego setkę czystej. A przed nami występował już w dwóch, może trzech innych lokalach... Aż wióry leciały ze stojącej za nią wielkiej, drewnianej dechy. Ale najważniejszą rzeczą był striptiz! Wszyscy na to czekali.

Tancerki pokazywały pełnię swoich wdzięków?

Tu jeszcze na chwilę wrócę do czasów małomickiej knajpy, gdzie naoglądałem się trochę takich występów. Dzielono je na dwa – topless i full. Głównym punktem wieczoru była striptizerka o imieniu Miszelin. Nie grzeszyła urodą i wymyśliła taki patent, że rozbierała się przy zgaszonych światłach – oświetlał ją tylko reflektor z różowym światłem. Wtedy wyglądała najlepiej, choć tańczyła beznadziejnie. Pewnego dnia jedna z pań obecnych na dancingu zbulwersowała się golizną. Szybko wychodząc z sali zahaczyła o nóżkę reflektora, przewracając go i rozbijając żarówkę. Muzyka leci, a tu zapadła ciemność. Faceci zaczęli protestować, zrobił się jazgot. W końcu postanowiliśmy użyć naszych chamskich reflektorów z białym światłem – jedynych, które wtedy mogliśmy dostać w sklepie. Gdy nasza gwiazda zobaczyła, co się dzieje, zrobiła taką minę, że natychmiast wyłączyliśmy światło. Pomimo protestów stripitz zakończył się w ciemnościach. Ale muszę dodać, że zdarzały się też piękne dziewczyny.

Ta wesoła atmosfera pewnie skończyła się w grudniu 1981... Jak zastał was stan wojenny?

Graliśmy trasę – przez dwa tygodnie dawaliśmy po dwa koncerty dziennie – i zarabialiśmy naprawdę dobrą kasę. I to pomimo tego, że płaciliśmy haracze – ale nie mafiosom, a organizatorom będącymi przedstawicielami państwa. 12 grudnia 1981 kończyliśmy tournée i graliśmy gdzieś w Kotlinie Kłodzkiej. Na finał wszyscy wychodzili na scenę, a ja krzyczałem „Ludzie, bawcie się, nie wiadomo jeszcze jak długo”. Po zakończeniu koncertu dobrze się bawiliśmy i robiliśmy żarty – nie wiedzieliśmy, że już zaczęły się pierwsze aresztowania. 13 grudnia wróciliśmy do Wrocławia, szliśmy pustymi ulicami z gitarami – kilka razy nas milicja zatrzymywała i musieliśmy pokazywać, co mamy w futerałach. W radiu na zmianę Chopin z Jaruzelskim. Przez następne dwa tygodnie nikt kompletnie nie miał pojęcia, co się dzieje. Telefony wyłączone, a za oknami wojskowe SKOTy. Wszystko zostało porekwirowane, nawet maszyny do pisania zamknięto w sejfach.

Odbywały się w tym czasie jakiekolwiek wydarzenia kulturalne?

Postawili nas przed wyborem: występujemy albo dla wojska, albo dla dzieci. Wiadomo, co wybraliśmy. Zrobiliśmy spektakl „Dyzio Marzyciel”, antybajkę opartą w dużym stopniu na tekstach Tuwima i Brzechwy. Dzieci miały krzyczeć, skakać, wyszaleć się. Bardzo zażarło – graliśmy nawet 5 razy dziennie. To było świetne, o czym świadczyły też entuzjastyczne reakcje... rodziców. Ale w międzyczasie pojawiła się możliwość grania za granicą. Razem ze wspomnianym wcześniej Wojtkiem powiedzieliśmy dość. Nie powiem, w dużej mierze kusząca była perspektywa niezwykle atrakcyjnych zarobków.

Chyba nie każdy mógł wtedy rzucić robotę i wyjechać za granicę? Mieliście dobre znajomości?

Nawiązaliśmy kontakt ze Zjednoczonymi Przedsiębiorstwami Rozrywkowymi. Powiedzieli nam o możliwości kontraktów na Bliskim Wschodzie. Okazało się, że nie samo zorganizowanie wyjazdu, a dobre przygotowanie się do niego, jest najtrudniejsze. W MDK-u w Legnicy tłukliśmy próby przez dobre półtora roku. Ćwiczyliśmy jako akustyczne trio, choć wszyscy wymienialiśmy się instrumentami: akordeon, gitara, mandolina, klarnet, piano, perkusjonalia – musieliśmy być uniwersalni. Zacząłem też na serio uczyć się angielskiego. Żeby było zabawniej, gdy jeszcze byliśmy studentami, znajomy jeździł z zespołem do Bejrutu. Opowiadał, jak poprosili menadżera o podwyżkę. Ten w odpowiedzi wyciągnął pistolet i postawił ich pod ścianą. Nigdy więcej już nie mówili przy nim o wyższych zarobkach.


Bagdad 1984

No właśnie, jaka była reakcja środowiska na wasz wyjazd? Takie kraje jak Irak, zwłaszcza w tamtych czasach, były niemalże synonimem podróży po pewną śmierć.

Rzeczywiście, gdy powiedzieliśmy znajomym, że wybieramy się do Iraku, pukali się w czoło. W końcu wtedy trwała jeszcze wojna z Iranem. Ale kapele tam jeździły, zarabiały pieniądze i wracały. Stwierdziliśmy, że my też damy radę. I wreszcie nadszedł ten dzień... Pewnego lutowego wieczoru 1984 roku wylądowaliśmy na gorącym lotnisku w Bagdadzie. Pierwszy raz wylecieliśmy z komuny w daleki świat. Jechaliśmy z lotniska do centrum – do hotelu Le Méridien, gdzie mieliśmy grać i podziwialiśmy tylko drogi, jakich do tej pory nie mieliśmy okazji zobaczyć. Czuliśmy się jak po przeskoku na inną planetę. W telewizji samych kanałów filmowych było kilka – przez pierwsze pół godziny siedzieliśmy bez słowa wlepiając oczy w odbiornik. Wrażenie robiło też docelowe miejsce naszej roboty – elegancka francuska restauracja Oriental Express. Zasadnicza część pracy polegała na tym, że z „ruchomymi” instrumentami podchodziliśmy do stolików, zagajaliśmy klientów i pytaliśmy, na jaką muzykę mają ochotę.

Odważnie... Często zdarzały się nietypowe zamówienia?

Oczywiście musieliśmy grać różnorodnie – od Beatlesów, przez czardasze węgierskie i inne ludowizny, po ówczesne popowe przeboje – ale nie mogliśmy znać przecież wszystkiego. Najważniejszy był kontakt i danie słuchaczom radości. Goście byli różni, choć nie spotykaliśmy wielu Arabów; nie graliśmy zresztą w ogóle takiej muzyki. Ale szybko zrozumieliśmy, na czym polega ta praca. Przede wszystkim była to szkoła angielskiego. Ludzie bardzo chętnie z nami rozmawiali. Z zaprzyjaźnioną ekipą z Hyatta zgadywaliśmy się i o jednej porze grywaliśmy „Czerwone maki na Monte Cassino”. Jeśli ktoś o tym zapomniał, potrafił nawet przerwać w połowie grany utwór i zaintonować patriotyczną pieśń. W Sheratonie też grała polska kapela, znacznie bardziej doświadczona. Można było spotkać tam ludzi ze Skaldów, a muzycy z Novi Singers prosto z bliskowschodniego kontraktu jechali na Jazz Jamboree.


Dubaj – Metropolitan Hotel

Długo tam zabawiliście?

Za pierwszym razem byliśmy tylko trzy miesiące. Od razu podsuwano nam kolejny kontrakt, ale ciekawiły nas kolejne kierunki jak Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Kuwejt. Interesowała nas możliwość podróżowania, zobaczenia świata. Był taki czas, że miałem legalnie trzy paszporty: na demoludy, wszystkie kraje świata i służbowy, z różową pieczątką. Do siedmiu dni po powrocie musieliśmy zwrócić paszporty do Pagartu pod kara grzywny. Oznaczało to kolejny wyjazd do Warszawy, a Intercity wtedy nie było. Podczas kolejnych wypraw doskonale już wiedzieliśmy, co ze sobą wziąć i spieniężyć. A dało się dorobić naprawdę dobrze. Wracaliśmy bez instrumentów, sprzedawaliśmy aparaty fotograficzne. Raz przed wylotem pogoniłem nawet kurtkę. Przebitki były bardzo mocne. Dziś nie ma już szans i możliwości na taki bonus.

Dużo Polaków wyczuło tam pieniądz?

Polskie firmy robiły tam doskonałe interesy. Budowlańcy robili drogi, podczas gdy u nas była dziura na dziurze. Ale załapałem się już na przemianę, westernizację krajów arabskich. Jak w 1996 roku byłem na Bahrajnie to myślałem, że pracuję w burdelu. Jednocześnie widziałem, jak drożeje Polska i te przebitki przestają być tak atrakcyjne.


Gulf Pearl Hotel – Bahrajn

W jakiej walucie zarabialiście?

W dinarach, dirhamach i dolarach amerykańskich. Dziennie – i to bez boków, które były bardzo duże – zarabiałem tyle, ile moja żona przez miesiąc w banku. Na czarnym rynku przelicznik dinara do dolara wynosił jeden do jednego, ale gdy puszczaliśmy je w tak zwany transfer, dostawaliśmy 3,4 dolara. Wyobrażasz sobie to ryzyko, jak pod koniec kontraktu oddajesz wszystkie pieniądze jakiemuś gościowi? Ale wszystko okazało się na szczęście być uczciwie załatwione.


Amman 1985 chłopcy grają w piłkę – i to w jakim otoczeniu

Można było tam na legalu napić się alkoholu?

Kontrakt do każdego posiłku gwarantował nam piwo, whisky i wino. „Rewelacja!” – pomyśleliśmy. Po pierwszym miesiącu, jak doszło do wypłat, okazało się, że mamy tylko jeden alkohol do wyboru, a za resztę musimy dopłacić. Ale lubili nas, więc koszt wina i piwa nam odpuścili. (śmiech)

Rozrywkowo!

Bardzo rozrywkowo! Funkcję food and beverage managera, decydującego o hotelowej rozrywce – w branży to bardzo ważne stanowisko – pełnił bardzo zasadniczy Austriak Leo Schlenter. Zaczynaliśmy równo o 20, a raz do lobby zjechaliśmy z dwuminutowym opóźnieniem. Następnego dnia dostaliśmy od niego uprzejme pismo, że pracę mamy zaczynać punktualnie. W tym czasie zakolegowaliśmy się z Dirkiem z Niemiec, który w Bagdadzie był przedstawicielem jakiejś firmy i miał w pokoju wannę wypełnioną lodem i alkoholem. Robiliśmy różne jaja. Tak zabalowaliśmy na święta, że przez dwa dni w ogóle nie poszliśmy do pracy. Jak wytrzeźwieliśmy, zrozumieliśmy powagę sytuacji. Dirk i Leo jednak dogadali się – trochę musieliśmy nakłamać, ale sprawa rozeszła się po kościach. Na pożegnanie zrobiliśmy imprezę zakończoną pływaniem na golasa w hotelowym basenie.

Jakieś inne spektakularne przygody warte przypomnienia?

Podpici wybraliśmy się świtem na przejażdżkę autem. Tak fajnie się podróżowało, że machnęliśmy 140 kilometrów... Wjechaliśmy w strefę militarną, zatrzymali nas wojskowi. Mogli z nami zrobić, co chcieli – na szczęście uznali nas za białych wariatów. Nawalony koleżka z tylnego siedzenia obudził się, gdy usłyszał rozmowy. W pewnym momencie zaczął śpiewać arabską piosenkę. Żołnierzy tak to rozbawiło, że kazali nam odjechać. Potem jeszcze raz zabłądziliśmy i trafiliśmy na ten sam patrol, ale tym razem już nas nie zatrzymywali.


Arabia Saudyjska – granicę przekroczyliśmy w nocy nic o tym nie wiedząc

Które kraje miałeś jeszcze okazję zobaczyć?

W Polsce siedzieliśmy pół roku i polecieliśmy do Dubaju. To było kompletnie inne miasto niż teraz. Potem byliśmy w Ammanie w Jordanii, Szardży czy Al Ain w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. 7 lat spędziłem w sumie na Bahrajnie. Mieliśmy okazję zobaczyć te kraje jeszcze jako muzułmańskie. Byliśmy ogromną atrakcją – ludzie pytali, jak się tam znaleźliśmy. Zapisałem zresztą całe swoje muzyczne CV. Gdy pytasz mnie, co robiłem na przykład w 1993 roku, zerkam w notatki i zerkam tylko na nazwę hotelu. Wtedy wszystko mi się przypomina.


Bahrajn – na francuskim okręcie wojennym

Kiedy poczułeś, że czas wracać do Polski?

Spędziłem w rozjazdach prawie ćwierć wieku. Świadomie skończyłem pracę po kontrakcie w Abu Dhabi mocnym postanowieniem, że już tam nie wracam. I wcale nie chodziło o brak pracy czy mój wiek. Urodziła mi się wnuczka i zdałem sobie sprawę, że nie będę widział, jak rośnie. Wróciłem w 2007 roku.

* * * * *

Tadeusz Olchowski (1955): wyróżniony Nagrodą ZAiKS-u i Polskiego Radia w konkursie „Piosenka na 100” za tekst do utworu „Janusze”. Zdobył Brązowy Kamerton na I Festiwalu Polskiej Piosenki Kryształowy Kamerton 2021, Srebrny i Złoty Klucz na Ogólnopolskim Festiwalu im. Jonasza Kofty „Moja wolności” oraz wyróżnienie Laureata Złotej Piątki na 38. Międzynarodowym Festiwalu Bardów OPPA 2018. W 2021 roku nakładem wydawnictwa Czerwone Miasto ukazała się jego debiutancka płyta „Tadek”.
6

Oglądany: 24366x | Komentarzy: 12 | Okejek: 124 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

04.07

03.07

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało