Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Tych albumów prawdopodobnie nigdy nie usłyszysz!

32 006  
103   18  
Gdy jesteś fanem jakiejś kapeli, nie żałujesz forsy i kupujesz każdy kolejny album, który twoi idole wypuszczają na rynek. Kto jednak powiedział, że każde dzieło zarejestrowane przez muzyków musi trafić do sprzedaży? Czasem, z różnych powodów, zarejestrowany album nie zostaje opublikowany. Przynajmniej oficjalnie. Wówczas, licząc na to, że pewnego dnia materiał ten zostanie wydany, musimy cierpliwie czekać lub zadowolić się kiepskiej jakości bootlegami.

#1. Joy Division – debiutancki album wydany po… 16 latach!

Słynny brytyjski zespół Joy Division ma swe korzenie w energicznym, punkowym łojeniu. Zanim artyści zdecydowali się zmienić nieco stylistykę swojego grania i ochrzcić zespół mianem, które wszyscy dziś znamy, panowie występowali i nagrywali jako Warsaw. Nazwa ta zaczerpnięta została z tytułu kompozycji będącej kolaboracją Briana Eno i Davida Bowiego.
W 1978 roku, po zarejestrowaniu utworów na swój debiutancki album, muzycy zgodnie stwierdzili, że materiał został źle zmontowany przez producentów z RCA Records. Zespół nie wydał więc oficjalnie tego albumu.


Kompozycje te pojawiły się za to w podziemnym, fanowskim obiegu. Dopiero po 16 latach, w 1994 roku „Warsaw” trafiło do sklepów muzycznych, wzbogacone o dodatkowy numer z pierwszych demówek Joy Division.

#2. Green Day – złodziej, który zrobił zespołowi przysługę

W 2003 roku kapela Green Day pracowała nad albumem, który to miał być następcą płyty „Warning”. Kapela planowała wrócić do korzeni, czyli brzmień znanych z początkowych lat swej twórczości. Muzycy w wywiadach obiecywali, że kompozycje, które zarejestrowali, były energiczne, brudne i bardziej punkowe niż ostatnie dokonania Green Day. Na tych obietnicach się jednak skończyło, bo wkrótce potem ktoś wykradł ze studia nośniki z gotowymi kawałkami. Zespół został ze stertą taśm zawierających jedynie niedopracowane wersje demo tych numerów. Zamiast od nowa zacząć pracę nad „Cigarettes and Valentines”, bo tak ów album miał się zwać, artyści podjęli decyzję o nagraniu czegoś zupełnie nowego. W ten sposób narodził się album „American Idiot” – wydawnictwo, które zaowocowało olbrzymim sukcesem i dosłownie reanimowało karierę Green Day.


Muzycy komentowali potem, że nieznany złodziej, który dopuścił się tego karygodnego rabunku, zrobił im wielką przysługę. Parę z oficjalnie nigdy niewydanych utworów można tymczasem usłyszeć na koncertach zespołu.

#3. Pink Floyd i sprzęt AGD

Dawno, dawno temu, czyli gdzieś na początku lat 70. ubiegłego wieku, młodzi artyści z grupy Pink Floyd wpadli na dość szalony pomysł nagrania całego albumu za pomocą przedmiotów, które spotkać można w każdym domu. Na „Household Objects” znaleźć więc się miały kompozycje wykonane przy pomocy mikserów kuchennych, szklanek, kieliszków, żarówek, młotków, a nawet mioteł.


„Spędziliśmy całe dni na wydobyciu dźwięku basu z gumki recepturki i długopisu” – wspominał potem Richard Wright, klawiszowiec grupy. Ostatecznie artystom udało się zarejestrować jedynie dwie kompozycje – „The Hard Way” ze wspomnianym „gumkowym” basem oraz „Wine Glasses” zagraną na kieliszkach. I chociaż zespół ostatecznie wrócił do swych standardowych instrumentów, pewne rozwiązania, na które wówczas Floydzi wpadli, zostały później przemycone do materiału nagranego na potrzeby „Dark Side of The Moon”!

#4. Deftones – tragedia, która powstrzymała zespół przed wydaniem płyty

W 2008 roku grupa Deftones siedziała w studiu i intensywnie pracowała nad albumem zatytułowanym „Eros”. Niektóre z kawałków, które miały się na tej płycie znaleźć, fani grupy mogli już usłyszeć na koncertach. Ponadto zespół regularnie aktualizował swoją stronę dokumentacją zdjęciową z kolejnych sesji nagraniowych. Materiał był już w dużej części ukończony, kiedy to basista Chi Cheng miał poważny wypadek samochodowy i w stanie śpiączki trafił do szpitala. W tej sytuacji reszta muzyków z Deftones odłożyła dalsze nagrywania „Erosa” na później, licząc na to, że ich kolega szybko dojdzie do siebie i wróci z nimi do studia. Tak się niestety nie stało – Chi ze śpiączki nigdy się już nie wybudził.
Aby zarobić pieniądze na opłacenie rachunków szpitalnych Chenga, zespół skorzystał z pomocy zaprzyjaźnionego basisty Sergia Vegi i razem z nim występował na wielu festiwalach. Z czasem muzycy zaczęli wspólnie też pracować nad nowym materiałem, odsuwając dokończenie „Erosa” na drugi plan.


Tymczasem w 2012 roku w mediach pojawiły się optymistyczne wieści dotyczące zdrowia Chonga. Miał on wykazywać pewne znamiona przytomności, poruszać kończynami, a nawet wypowiadać pojedyncze słowa. Niestety, krótko po tym, jak zwolniony został ze szpitala i trafił do domu, gdzie pod okiem specjalistów miał przejść długą rehabilitację, doszło do nagłego zatrzymania akcji jego serca.
Prawdopodobnie to właśnie z powodu szacunku wobec swego zmarłego przyjaciela, reszta muzyków z Deftones nie chce wydać płyty z gotowymi kawałkami z płyty „Eros”. Mimo co jakiś czas pojawiających się zapowiedzi, które robią fanom duże nadzieje, jak dotąd tylko jeden numer doczekał się publikacji.

#5. Nirvana i materia fekalna

Zanim grunge’owa scena została podbita przez Nirvanę, jej lider Kurt Cobain, razem z grupą swoich przyjaciół, powołał do życia punkowa kapelę Fectal Matter. W 1985 roku w piwnicy domu ciotki Cobaina formacja nagrała swoją pierwszą (i jedyną) taśmę demo, która to zatytułowana została „Illiteracy Will Prevail”. Ostatecznie grupa nigdy nie trafiła do studia, aby zarejestrować oficjalny album.


Po rozpadzie zespołu Kurt rozdawał kopie kasety wielu osobom. Jedną z nich był Krist Novoselic, z którym Cobain czasem jammował. Obaj panowie założyli nową grupę, która z czasem stała się Nirvaną. Muzycy zdecydowali się nawet nagrać od początku trzy kawałki Fectal Matter. Jedynie jeden z nich doczekał się oficjalnego wydania. Mowa o „Spank Thru”, który to znalazł się na płycie z niepublikowanymi oraz mniej znanymi numerami Nirvany – „Sliver: The Best of the Box”. To prawdziwa perełka – punkowa, traktująca o waleniu konia kompozycja jest kawałkiem, który nijak pasuje do twórczości słynnej grupy z Seattle.
Kiedy Nirvana stała się popularna, tempo rozpowszechniania się paskudnej jakości kopii „Illiteracy Will Prevail” znacznie wzrosło, a parę lat temu światło dzienne ujrzała nawet zremasterowana wersja tego materiału. Oczywiście – nadal nieoficjalnie.

#6. The Beatles – utwór, którego nigdy nie usłyszysz

Rok 1967 był bardzo specyficzny dla amerykańskiej kontrkultury. To moment eksplozji – napędzanej tanim jak barszcz kwasem – hippisowskiej alternatywy dla skostniałego, ugrzecznionego systemu. Wielu wielkich muzyków popłynęło wówczas z tym prądem, a nawet dołożyło swoją cegiełkę w tworzeniu tego spontanicznego, młodzieżowego ruchu, który błyskawicznie rozprzestrzenił się po całym świecie. Jednymi z takich artystów byli legendarni Beatlesi, którzy zapuścili długie pióra i zaczęli eksperymentować z mocno psychodelicznymi, awangardowymi brzmieniami.
Zespół ten został poproszony o skomponowanie materiału, który to miał mieć swoją premierę na festiwalu muzyki elektronicznej Million Volt Light and Sound Rave. Kapela weszła do studia i na prośbę Paula McCartneya jej członkowie bez ładu i składu uderzali w bębny, pokrzykiwali i sięgali po każdy instrument, który wpadł im w ręce. Po zmiksowaniu, dodaniu echa oraz dźwięku organów, cztery kompozycje usłyszeli uczestnicy wspomnianego festiwalu. Był to pierwszy i ostatni raz, kiedy ktokolwiek mógł się z tymi (ponoć mocno chaotycznymi) dźwiękami zapoznać.


Mało brakowało, a w 1996 roku ten trwający kilkanaście minut materiał trafiłby na jeden z kompilacyjnych albumów The Beatles. McCartney ponoć bardzo naciskał, aby tak właśnie się stało. Plany pokrzyżował mu kolega z zespołu, George Harrison, który bez ogródek stwierdził, że te kompozycje są wyjątkowo gówniane i kategorycznie zabrania wydawania ich w jakiejkolwiek formie.

#7. Jean Michael Jarre – muzyka dla supermarketów?

Jeden jedyny raz publicznie odtworzony też został album francuskiego pioniera muzyki elektronicznej – Jeana Michaela Jarre’a. W 1983 roku artysta ten, mając już na koncie pięć płyt, zdecydował się na przeprowadzenie dość ekscentrycznego projektu. Nagrał on materiał na pełnoprawny album, który to następnie wytłoczony został w tylko jednej kopii. Wszelkie ślady po swojej pracy nad nim muzyk zatarł, niszcząc nośniki z zarejestrowanymi w studiu kompozycjami. Muzyka, która została wówczas stworzona, miała być elementem wystawy audiowizualnej Orrimbe show, której motywem przewodnim były… supermarkety.


Płyta odtwarzana była tam bez przerwy od 2 do 30 czerwca 1983 roku. Po zakończeniu przedsięwzięcia jedyna kopia „Musique pour Supermarché” trafiła na licytację charytatywną i z miejsca stała się najcenniejszym albumem kolekcjonerskim w historii muzyki.


Przez dłuższy czas nieznana była tożsamość nabywcy płyty. Jej szczęśliwym posiadaczem okazał się niejaki M. Gerard – mężczyzna, który po wypadku zapadł w śpiączkę, a wybudzić się z niej miał w momencie, gdy z radiowych głośników sączyła się jedna z kompozycji Jarre’a. Krótko po sprzedaniu albumu jego zawartość została odtworzona na łamach Radia Luxemburg. Prezentację poprzedziła zapowiedź samego kompozytora, który rzekł: „Piratez-moi!”, czyli „Spiraćcie mnie!”. Oczywiście z dnia na dzień w tzw. drugim obiegu pojawiło się tysiące bootlegów z „Musique pour Supermarché”.

https://www.youtube.com/watch?v=yaAYn5ww6Uw

Po latach podobny zabieg, polegający na nagraniu jednej tylko kopii albumu, dokonała ekipa z Wu-Tang Clan. Dziś płyta „Once Upon a Time in Shaolin” widnieje w Księdze rekordów Guinnessa jako najdroższe wydawnictwo muzyczne, jakie kiedykolwiek zarejestrowano. W tej dziedzinie hip-hopowcy ze Staten Island przebili dokonania Beatlesów, a nawet samego Elvisa Presleya!

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7
6

Oglądany: 32006x | Komentarzy: 18 | Okejek: 103 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

16.08

15.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało