Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jak – na oczach co po niektórych z nas – zniknęła Góra Fuji Ameryki

26 710  
233   14  
Rzecz – wydawałoby się – zupełnie jak z filmu. Amerykańskiego, katastroficznego – z typową dla gatunku i miejsca produkcji przesadą. Tyle że ta akurat wydarzyła się naprawdę – 18 maja 1980 roku.

#1. Erupcja, której skala zaskoczyła naukowców



Była to największa erupcja wulkaniczna we współczesnej historii Stanów Zjednoczonych. Jej skutki można było dostrzec niemal w całym kraju, wyłączając jedynie oddaloną Alaskę i Hawaje. 18 maja 1980 r. o godzinie 8:32 doszło do tego, czego naukowcy spodziewali się już od dłuższego czasu – położona w północno-zachodnim krańcu USA góra ostrzegała o swoich zamiarach serią wstrząsów, pęknięć, deformacji i wydobywającą się parą wodną. Mimo że wiadomo było, że coś się szykuje, badacze nie zdołali przewidzieć, jak ogromna będzie skala wulkanicznej erupcji.

#2. Dwa miesiące ostrzeżeń przed katastrofą



Ponieważ pierwsze oznaki wzmożonej aktywności wulkanicznej Mount St. Helens widoczne były już przynajmniej na dwa miesiące przed ostatecznym wybuchem, czasu było – jak można sądzić – w zupełności wystarczająco, by ewakuować ludność z zagrożonych terenów i uniknąć ofiar. Po to właśnie budowano przecież systemy wczesnego ostrzegania. Niestety – pomimo prawdopodobnie większej niż kiedykolwiek wcześniej wiedzy i świadomości, katastrofa i tak pociągnęła za sobą 57 ofiar śmiertelnych i ogromne straty, których sumę oszacowano na ponad miliard dolarów.

#3. Odwieczne starcie nauki z interesami



Szkód z pewnością nie dałoby się uniknąć – ale życia można było uratować. Dlaczego więc tak się nie stało? I znów powtarza się tu scenariusz filmowy. Ponownie też w tym najmniej chlubnym wydaniu. Zdecydowały interesy. Geolodzy ostrzegali przed ryzykiem, natomiast sprzeciwiali im się przedstawiciele firm zajmujących się wycinką lasów i pozyskiwaniem drewna. To właśnie one były w posiadaniu dużej części terenów i zależało im, by za wszelką cenę kontynuować prace. Każda śmierć to tragedia, ale czy 57 zabitych to dużo?

#4. Najlepszy z najgorszych momentów na wybuch



Ocena, czy 57 ofiar to dużo czy mało, jest bardzo dyskusyjna. Fakty są jednak takie, że ofiar mogło być zarówno mniej – gdyby urzędnicza machina bardziej poważnie potraktowała ostrzeżenia naukowców – jak i o wiele więcej. Do tego, że liczba ofiar nie jest liczona w setkach lub nawet tysiącach, przyczynił się… sam moment katastrofy. Wulkan Mount St. Helens wybuchł w niedzielny poranek, kiedy w pobliżu znajdowało się naprawdę niewiele osób. Gdyby był to dzień roboczy, na miejscu przebywałyby setki pracowników odpowiadających za wycinkę i oni również niechybnie ponieśliby śmierć.

#5. Zasłużone miejsce w Pacyficznym Pierścieniu Ognia



Mount St. Helens stanowi część Pacyficznego Pierścienia Ognia czy też Okołopacyficznego Pasa Sejsmicznego – strefy otaczającej Ocean Spokojny, w której szczególnie często dochodzi do trzęsień ziemi oraz erupcji wulkanów. To właśnie ta strefa kumuluje nawet 90% wszystkich trzęsień, do jakich dochodzi na Ziemi. Znajduje się w niej ponad 450 wulkanów, w tym Mount St. Helens. Dlaczego nie „Góra św. Heleny”, jak domagałoby się tłumaczenie? Wynika to z faktu, że wulkan nie został nazwany od imienia świętej, a na cześć pierwszego barona St. Helens, Alleyne’a Fitzherberta.

#6. Jeden z młodszych i bardziej aktywnych dużych wulkanów



St. Helens wznosi się na wysokość 2550 m n.p.m. i jest stosunkowo młody – przynajmniej jak na wulkan. W największej mierze uformował się w ciągu ostatnich zaledwie 40 tys. lat, zresztą mocno się po drodze zmieniając. Nijak nie zmienia to faktu, że właśnie Mount St. Helens uważany jest za najbardziej aktywny – w holocenie, miłościwie panującej nam obecnie epoce geologicznej – wulkan Gór Kaskadowych, a zarazem jeden z bardziej aktywnych i niebezpiecznych na świecie.

#7. Po Górze Fuji Ameryki zostały tylko zdjęcia



Mount St. Helens nazywany był Górą Fuji Ameryki. Dlaczego – można by się zastanowić – skoro zupełnie jej nie przypomina… Wyjaśnienie związane jest z erupcją z 1980 roku. Zanim do niej doszło, St. Helens faktycznie przypominał japońską górę z symetrycznym, pokrytym śniegiem szczytem. Co ciekawe, wulkan sięgał jeszcze wówczas niemal 2950 m n.p.m. Wystarczyła chwila – jedno zdarzenie – by to wszystko uległo zmianie. Góra straciła 400 metrów wysokości i jedną trzecią objętości. Zupełnie zmienił się też jej wygląd, a zdjęcia przed i po obrazują ogrom zjawiska, ale i siłę natury, wobec której człowiek pozostaje całkowicie bezradny.
2

Oglądany: 26710x | Komentarzy: 14 | Okejek: 233 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

03.07

02.07

01.07

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało