Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

7 popularnych polskich słów, które pochodzą z języka jidysz

80 101  
214   79  
Jeśli jesteś Grzegorzem Braunem, to lepiej tu nie zaglądaj, bo może okazać się, że język swój plugawisz wyrazami bardziej żydowskimi niż Judasz Iskariota, który to największego z Polaków Rzymianom na śmierć wydał! Ludzie narodowości semickiej są naszymi sąsiadami od niemalże tysiąca lat. Trudno więc dziwić się, jak bardzo ich obecność wpłynęła na nasz język.
Najstarsze wzmianki o migracjach żydowskich na nasze tereny sięgają X wieku. Dwa stulecia później do Królestwa Polskiego docierali tzw. aszkenazyjczycy – żydowscy osadnicy, którzy upodobali sobie tereny wschodniej i środkowej Europy. Dzięki tzw. Statutowi Kaliskiemu imigranci ci otrzymali u nas sporą autonomię, swobodę wyznania, podróżowania i handlu, a także prawne bezpieczeństwo oraz oddzielny odłam sądownictwa zajmujący się sprawami dotyczącymi jedynie wewnętrznych kwestii żydowskich. Wiele grup do nas docierających wcześniej już zamieszkiwało dolinę Renu, skąd zostali wygnani. Ludzie ci nie mówili w języku hebrajskim ani w innej mowie semickiej typowej dla Bliskiego Wschodu. Zanim osiedlili się na niemieckich ziemiach, prawdopodobnie posługiwali się językiem zarfatit, zwanym też językiem judeofrancuskim. Ta martwa już mowa, typowa dla przedstawicieli żydowskiej diaspory, z czasem ewoluowała, kiedy Żydzi zetknęli się z Niemcami.



Osadnicy powoli zaczęli przyswajać nowy sposób komunikacji, do końca jednak nie porzucając wspomnianego języka romańskiego wzbogaconego o liczne hebrajskie naleciałości. Kiedy więc przegnane z zachodu żydowskie rodziny trafiły do oferującego im wiele swobód Królestwa Polskiego, ich mowa już wówczas była prawdziwą mieszaniną elementów o różnych rodowodach. Gdy osadnicy poznali naszych rodaków, pojedyncze słowa i zwroty z języka polskiego zaczęły swobodnie przekradać się do ich wypowiedzi. Duży związek z tym procesem miała potrzeba rozwijania handlowych więzi pomiędzy Polakami a Żydami, prowadzącymi dochodowe geszefty. Na ostateczny kształt jidysz niemały wpływ miało zatem obcowanie z Polakami oraz z Czechami.

Jidysz przez setki lat posługiwały się miliony osób, a jeszcze przed wybuchem II Wojny Światowej powołano nawet do życia Żydowski Instytut Naukowy, który postawił sobie za cel ustandaryzowanie i uporządkowanie tej mowy. Dziś językiem tym nadal mówi do nawet 4 milionów osób (z czego duża część mieszka w... Meksyku i Argentynie!), a na pięciu polskich uczelniach wyższych prowadzone są nawet lektoraty z jidysz!

Wiemy już zatem, że polszczyzna miała spory wpływ na kształtowanie się języka naszych żydowskich sąsiadów. Czy jednak przedziwny dla nas sposób porozumiewania się potomków semickich osadników w jakikolwiek odcisnął piętno na naszej codziennej mowie? Cytując klasyka – jeszcze jak! Wieki wspólnego mieszkania na jednym terenie nie mogły przecież pozostać obojętne także i dla naszego języka. Jeszcze przed II Wojną Światową typowy Polak znał więcej słów z jidysz niż współczesny Kowalski, ale Holokaust i związana z nim tzw. „wyrwa kulturowa” doprowadziła do zaniknięcia wielu ciekawych zapożyczeń. Na szczęście sporo tych wyrazów nadal funkcjonuje i ma się całkiem dobrze. Oto parę często przez nas używanych „jidyszyzmów”.

#1. Belfer

W tym słowie jest coś nieprzyjemnego i wręcz pogardliwego. To chyba trochę podobny kaliber postawy, jaką darzymy księdza, gdy mówimy o nim „klecha”. Belfer ma korzenie w języku niemieckim, gdzie słowo „behelfer” oznacza pomocnika. Ma to sens – w tradycyjnym żydowskim systemie nauczania obok naczelnego pedagoga funkcjonował zawód przydupasa, który pomagał nauczycielowi w edukowaniu młodzieży. I tak też podczas gdy wybierany przez żydowską gminę mełamed, czyli właśnie główny autorytet, zajmował się kształtowaniem umysłów swoich podopiecznych, jego asystent służył mu na każde zawołanie. Warto więc pamiętać o tym, że nazywając profesora belfrem, nieświadomie umniejszamy powadze jego zawodu.



#2. Cymbergaj

Ach, wakacje nad morzem. Zapach smażonej na antycznym oleju flądry drugiej świeżości, ryk kaszojada, któremu matka nie kupiła loda o smaku smerfowym, tłum poparzonych słońcem parawaniarzy sunących leniwie po deptaku... I ta charakterystyczna melodyjka dobiegająca z każdego miejsca, gdzie jeszcze można wepchnąć automat do gier, czy inne ustrojstwo służące do pożerania ostatnich groszy z portfeli urlopowiczów.



Wesołe nutki sączą się z głośników cymbergaja, czyli stołu, na którym rozegrać można prostą, wymagającą odrobinę zręczności i refleksu grę. Warto dodać, że niewiele ma ona wspólnego z jej pierwowzorem, gdzie zamiast unoszącego się na powietrznej poduszce krążka, dzieciaki używały starych monet lub kapsli. Zasada pozostała jednak ta sama – trzeba było strzelić przeciwnikowi możliwie jak największą liczbę bramek.



Nazwa tej liczącej sobie wiele dekad zabawy pochodzi z języka jidisz, gdzie zapisany fonetycznie zwrot „ci mir gaj” oznaczał „do mnie idź”. Być może gra popularna była kiedyś szczególnie wśród żydowskiej dzieciarni i inne małolaty postanowiły nieco spolszczyć te słowa?

#3. Git

„W interesach raz jest się na górze, raz na doli. My się dobrze zapoznali, my wspólniki, my możem robić dalij gite geszefte, oder?” – takie zdanie pada na kartkach rozgrywającej się w przedwojennym Lwowie książki „Erynie” Marka Krajewskiego. Słowo „git”, czyli nasze "rodzime" OK, wcale nie jest tak bardzo polskie, jak mogłoby się wydawać. Do języka jidisz przeszło wprost z języka niemieckiego, gdzie „gut” oznacza po prostu „dobrze”, „w porządku”. W lekko tylko zmienionej formie wyraz ten prześlizgnął się do mowy żydowskich imigrantów, a ci przynieśli go ze sobą na polskie ziemie. No i git!



#4. Cymes

To naprawdę fajny wyraz, który chyba nie ma dosłownego odpowiednika w naszej mowie. Cymesem nazwiemy bowiem jakiś jedyny w swoim rodzaju wyborny kulinarny rarytas, ale również możemy się tym słowem posłużyć, gdy chcemy przedstawić pewną wyjątkowo skomplikowaną, wymagającą bardzo dużo detalicznej pracy czynność. Czym jednak cymes był pierwotnie? Ano potrawką z m.in. drobno posiekanej duszonej marchwi, jabłek i śliwek. Ten podawany w formie przystawki słodki posiłek typowy jest dla kuchni żydowskiej z naszej szerokości geograficznej (ale także i Rumunii oraz Rosji), gdzie pod ręką kucharek dostępne były akurat takie, a nie inne składniki.



Proces przygotowania tego dania był dość czasochłonny – warzywa i owoce najpierw trzeba było drobno pokroić, a następnie dusić w piecu przez trzy godziny, a na koniec przyprawić, zasypać mąką i np. dodać posiekane mięso. Następnie jedzenie znów lądowało w piecu na kolejne godziny… Cymes, panie.
A skąd nazwa? Nie będzie tu zaskoczenia – po niemiecku „zum essen” oznacza po prostu… „do jedzenia”.

#5. Fanaberie

Słowa tego użyć możemy w stosunku do np. będącej w ósmym miesiącu ciąży Karyny, która to o trzeciej w nocy budzi swojego małżonka, aby wyekspediować go w pełną przygód i niebezpieczeństw podróż do całonocnego sklepu monopolowego po czekoladę mleczną z bakaliami. Mówiąc o fanaberiach, myślimy o ekscentrycznych zachciankach, wyszukanych kaprysach czy wręcz regularnych dziwactwach. Co ciekawe – pierwotnie wyraz ten miał troszkę inne znaczenie. Złożone z połączenia wyrazu niemieckiego „fein” („dobry”) i hebrajskiego „birjah” („istota”) powstał „fajne berjes”, czyli wyraz, który można przetłumaczyć jako „tęgie zuchy”, a stosowano go w odniesieniu do tzw. ludzi nowobogackich, dorobkiewiczów, którzy wzbogaciwszy się, usiłują manifestować swój stan posiadania poprzez teatralną wręcz roszczeniowość, grymasy i – no właśnie, fanaberie wszelakie.



#6. Melina

Melina to miejsce, które raczej należy omijać szerokim łukiem. No chyba że akurat wszystkie sklepy monopolowe są zamknięte i mamy pewność, że paliwo rakietowe sprzedawane przez zamieszkującą zaszczaną kamienicę rudą Mariolę powoduje jedynie częściową ślepotę.



Wydawać by się mogło, że wyraz ten pochodzi raczej z gwary przestępczej niż z jidysz, a jednak to właśnie z mowy Żydów słowo to trafiło do potocznej polszczyzny. Tutaj jednak sprawa jest dość interesująca, bo „melina” jako „nocna kryjówka złodzieja”, zanim trafiła do polskich opracowań, funkcjonowała już w języku rosyjskim! Wprawdzie jako „malina”, ale rodowód był ten sam – polscy Żydzi powiedzieliby na to miejsce „maline”, natomiast Żydzi zamieszkujący rosyjskie ziemie – „mieluna”. Warto nadmienić, że rosyjska „malina” to nie tylko lokal, gdzie rabuś składuje swoje łupy, ale także np. mieszkanie prostytutki, albo nawet… określenie starszej kobiety, która przechowuje skradzione przez złodzieja dobra.

#7. Ślamazara

Ślamazarnym nazwiemy człeczynę anemicznego, ociężałego, myślącego wolniej niż zrodzony z kazirodczego związku, dotknięty oligofrenią winniczek. Tymczasem obecny w języku pierwowzór tego fajtłapowatego niezdary, czyli wyraz „szlimazl”, oznaczał po prostu pecha, nieszczęście lub osobę, której w życiu nie wyszło, biedaka, człowieka, któremu los nie sprzyja.


4

Oglądany: 80101x | Komentarzy: 79 | Okejek: 214 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało