Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Turek, czyli XVIII-wieczny robot, który pokonywał największych szachistów swojej epoki

34 255  
230   23  
Był rok 1770, kiedy to węgierski wynalazca Wolfgang von Kempelen zbudował humanoidalną maszynę. „Turek, bo tak zostało to nowoczesne urządzenie nazwane, był istotą myślącą. Swój intelekt wykorzystywał do pokonywania ludzkich przeciwników... w partyjkach szachowych. Kiedy jednak coś nie szło po jego myśli, potrafił się wkurzyć i swoje niezadowolenie okazać w dosadny sposób. O XVIII-wiecznym „terminatorze” powstało już wiele legend, a cała historia zaawansowanego, rozumnego robota to dobry temat na film!
Człowiek, który pragnął przystąpić do pojedynku szachowego z robotem Wolfganga von Kempelena, musiał zasiąść przy specjalnym, zabudowanym stole, w którym kryć się miała cała technologia odpowiadająca za funkcjonowanie maszyny. Po drugiej zaś stronie stołu siedział sam „Turek” – android odziany w sułtańskie szaty. Ze swoim ozdobnym turbanem na głowie i okazałymi wąsiskami przypominał on trochę posępnego maga. Poruszał się wolno, dostojnie, a z dziury w czerepie wydobywał się niewielkie obłoczek dymu. Zdumieni gapie, którzy mieli okazję podziwiać pierwszą prezentację umiejętności tej przerażającej, humanoidalnej maszyny, nie mogli uwierzyć w to, co widzą i domagali się od twórcy otworzenia skrzyni zawierającej sekrety konstrukcji „Turka”.
Kempelen z chęcią to uczynił i na oczach wszystkich zainteresowanych otwierał i zamykał po kolei wszystkie niewielkie drzwiczki, odsłaniając przed niedowiarkami skomplikowane układy zębatych kół, dźwigni, trybików oraz mosiężnych, mechanicznych odważników. Już po chwili zgromadzeni obserwatorzy z uznaniem kiwali głowami: „Tak, niewątpliwie mamy tu do czynienia z najwyższym przykładem współczesnej technologii!”. Stał przed nimi myślący, przebiegły robot. Maszyna pozbawiona duszy, ale posiadająca niebywałą wręcz inteligencję!


„Turek” zawsze używał białych pionków i był wyjątkowo wrażliwy na wszelkie próby oszustwa. Kiedy więc jego ludzki przeciwnik wykonał jakiś zakazany ruch, robot kręcił głową, a następnie przesuwał figurę oponenta na poprzednią pozycję i sam wykonywał swoje posunięcie, wymuszając tym samym utratę ruchu u cwanego rywala. Już po pierwszych rozgrywkach, kiedy to android pokonał m.in. hrabiego Ludwiga von Cobenzla, jednego z najbardziej szanowanych austriackich dworzan, wszyscy uznali, że „Turek” nie tylko jest wybitnym graczem, ale i stosuje bardzo agresywną taktykę. Większość partii maszyna kończyła zwycięstwem po 30 minutach.
Żeby tego było mało, wkrótce okazało się, że robot potrafi też… mówić! I to prawie sto lat przed tym, zanim człowiekowi udało się po raz pierwszy w historii odtworzyć (zapisany na tekturze za pomocą tzw. fonoautografu) dźwięk! Android rozmawiał ze swoimi rywalami w języku niemieckim, francuskim i angielskim.


Zainteresowanie „Turkiem” było olbrzymie, a Kempelen dostawał zaproszenia z całej Europy. Wynalazca nie był jednak zbyt zainteresowany takimi podróżami i bez przerwy musiał odmawiać tłumacząc, że jego maszyna nadal nie jest doskonała i że wymaga wielu napraw. W ciągu dziesięciu lat od pierwszej prezentacji, robot stoczył tylko jeden pojedynek szachowy. Po zwycięstwie „Turka” nad szkockim szlachcicem Robertem Murrayem Keithem, Kempelen rozebrał maszynę na czynniki pierwsze i dał wszystkim do zrozumienia, że nie był zadowolony z tego projektu i zamiast go rozwijać, wolałby skupić się na konstruowaniu nowoczesnych silników parowych. I pewnie na tym historia by się skończyła, a my nadal zastanawialibyśmy się, czy ten tajemniczy konstruktor wyprzedził swój czas, czy też może, podpisawszy umowę z samym Rogatym, „tchnął” życie w kukłę za pomocą jakichś sił nieczystych.
Na szczęście na tym historia „Turka” się nie skończyła. Oto bowiem w 1781 roku cesarz Józef II Habsburg rozkazał Kempelenowi odbudowanie maszyny i przywiezienie jej do Wiednia, gdzie z wizytą miał przybyć z Rosji Paweł I Romanow ze swoją małżonką. Goście byli pod takim wrażeniem wynalazku, że zaproponowali jego twórcy tournée po Europie. Wynalazca nie był zachwycony. Właściwie to pewnie przeklinał dzień, w którym wpadł na pomysł skonstruowania tego cholerstwa, ale kto o zdrowych zmysłach odmawia rosyjskiemu cesarzowi? Kempelen z wielkimi oporami przystał więc na tę propozycję.


Podczas pokazu w Paryżu „Turek” pokonał wielu znakomitych szachistów, znamienitych dworzan oraz gości, którzy specjalnie przyjechali, aby móc przyjrzeć się temu cudowi techniki. Jednym z rywali androida był sam Benjamin Franklin – ówczesny ambasador USA we Francji. Nazywany jednym z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, polityk był absolutnie oczarowany tym wynalazkiem i podobno do końca życia trzymał w zbiorze swoich ulubionych lektur książkę opisującą to niesamowite kuriozum.
W kolejnych latach „Turek” odwiedził wiele innych europejskich miast, a Kempelen podobno przyjął nawet osobiste zaproszenie pruskiego króla Fryderyka II Wielkiego. Monarcha ponoć zaoferował jego konstruktorowi wielką kwotę pieniędzy w zamian za ujawnienie sekretu działania tej maszyny. Wynalazca zgodził się. Wieść niesie, że chociaż Fryderyk II nigdy nie puścił pary z ust, bardzo był zawiedziony tym, czego się dowiedział…


W 1804 roku Wolfgang von Kempelen zmarł, a jego „osierocone dziecko” wkrótce trafiło w ręce Johanna Nepomuka Mälzela – bawarskiego muzyka, który ostrzył sobie zęby na „Turka” jeszcze za życia jego twórcy. Syn zmarłego konstruktora dobił targu z Mälzelem. W rezultacie ten nabył maszynę za połowę ceny, jaką kiedyś zaproponował Kempelenowi. Nowy właściciel, po zapoznaniu się z sekretami działania urządzenia, dokonał w nim paru napraw i już wkrótce w letniej rezydencji Habsburgów znajdującej się we Wiedniu do pojedynku szachowego stanął „Turek” oraz… Napoleon Bonaparte. Przed rozpoczęciem gry android zasalutował swemu rywalowi. Mimo początkowego gestu szacunku do francuskiego przeciwnika, wkrótce atmosfera pomiędzy graczami mocno się zagęściła. Napoleon próbował przechytrzyć robota, dwukrotnie wykonując niedozwolone posunięcia. Za trzecim razem „Turek”, wyraźnie już zirytowany, energicznym ruchem swego mechanicznego ramienia zmiótł z szachownicy wszystkie figury. Upokorzony Napoleon ostatecznie rozegrał z androidem uczciwą partię, którą stosunkowo szybko przegrał.


W 1826 roku Mälzel zabrał „Turka” do USA, gdzie zdążyła już dotrzeć sława niepokonanego robota, który mierzył się z wieloma znanymi, europejskimi osobistościami. Wśród publiczności obserwującej pokaz talentu maszyny znalazł się reporter periodyku Southern Literary Messenger. Młodzieniec, o którym mowa, nazywał się… Edgar Allan Poe! W przeciwieństwie do innych zgromadzonych na pokazie osób, późniejszy autor „Morderstwa na Rue Morgue” nie zareagował entuzjastycznie na to, co zobaczył. Ba, Poe był wręcz przekonany, że cały ten cyrk jest jednym wielkim oszustwem, a za geniusz „Turka” wcale nie odpowiadał skomplikowany mechanizm ukryty we wnętrzu skrzyni, ale… człowiek. I to całkiem nieźle grający w szachy!
Edgar pojawiał się na kolejnych pokazach, w których to śmiałkowie stawali do pojedynków z humanoidalną maszyną. Wszystko to po to, aby przeprowadzić wnikliwe śledztwo i dowieść swojej teorii. Poe zauważył, że w przygotowaniu każdego pokazu uczestniczył pewien tajemniczy mężczyzna – William Schlumberger. I o ile człowiek ten krzątał się po sali przed rozpoczęciem całego przedstawienia oraz po jego zakończeniu, to z jakiegoś powodu znikał on gdzieś kiedy tylko „Turek” przystępował do rozgrywki. O tym, że coś ewidentnie było na rzeczy Edgar przekonał się, kiedy to Schlumberger zachorował, a organizatorzy odwołali najbliższy pokaz. Tak jakby nie mógł on się udać bez obecności tego konkretnego człowieka. Sprawa wydawała się jeszcze bardziej intrygująca, kiedy Poe odkrył, że mężczyzna ten był jednym z najlepszych europejskich szachistów!
Śledztwo młodego reportera zakończyło się napisaniem przez niego eseju, w którym nazwał on maszynę Mälzela oszustwem. Chociaż wiele z hipotez Poe okazało się chybionych, to on jako pierwszy zasiał wśród zafascynowanych androidem ludzi pewną wątpliwość. Pisarz uważał, że Schlumberger zamykał się w skrzyni i stamtąd operował mechanizmem „Turka”. Potęgą robota wcale nie miał być fakt, że był on genialnym graczem. Nie, jego prawdziwą siłą było to, że potrafił on przekonać do siebie gapiów. Sprawić, że ci uwierzyli w technologiczny rodowód rozumu tego urządzenia.


Pamiętacie opis pierwszego pokazu możliwości „Turka”, kiedy to Kempelen ochoczo otwierał i zamykał kolejne drzwiczki, ukazując zebranym skomplikowane systemy dźwigni, obciążników oraz zębatych kół? Wszystko to było jedną, wielką iluzją, która miała odwrócić uwagę gapiów od tego, że wewnątrz skrzyni siedział żywy człowiek! Otwieranie przegród w odpowiedniej kolejności pozwalało zamaskować jego obecność. To rozwiązanie było na tyle sprytne, że żaden zaglądający do środka ciekawski uczestnik pokazu nie zorientował się, że padł ofiarą genialnego przekrętu!


Kiedy rozpoczynała się rozgrywka, szachista siedzący w środku skrzyni wiedział o krokach swojego rywala, bo pionki były mocno namagnesowane i każde posunięcie można było odnotować dzięki ruchowi znajdujących się wewnątrz metalowych guzików zwisających na linkach pod każdym polem zewnętrznej szachownicy. Mający do dyspozycji jej niewielki odpowiednik, mistrz kryjący się „pod stołem” nanosił na nią każde kolejne przesunięcie pionków. A jaki był sekret samego mechanizmu odpowiedzialnego za poruszanie się androida? Ukryty w trzewiach maszyny szachista wkładał swoją rękę w specjalny kaftan, który był równolegle połączony z ramieniem kukły. Tutaj trzeba przyznać, że twórca zadbał o niezwykłą precyzję takiego rozwiązania – dzięki temu za pomocą misternego systemu linek, dźwigni i naciągów można było stworzyć przekonującą iluzję tego, że android samoczynnie operuje pionkami na szachownicy.


Tymczasem dym unoszący się nad głową robota pochodził ze… świecy, którą ukryty szachista oświetlał sobie swój „interfejs”.
Schlumberger nie był jedynym operatorem „Turka”. Zanim dostał on tę posadę, robot sterowany był przez angielskiego szachistę Williama Lewisa. Tymczasem sam Schlumberger razem z „Turkiem” oraz Mälzelem wyruszył w podróż na Kubę. Panowie liczyli na to, że tam jeszcze nie dotarła wieść o tym szwindlu... Niestety, podczas przeprawy mistrz zachorował na żółtą febrę i zmarł. Załamany śmiercią swojego pracownika Mälzel wrócił do Nowego Jorku i zaczął zapijać smutki wodą ognistą. Niedługo potem zakończył swój żywot w wyniku silnego zatrucia alkoholem.

„Turek” przez lata zmieniał swoich właścicieli, ostatecznie jednak trafiając do rąk Johna Kearsleya Mitchella, który zbiegiem okoliczności był lekarzem Edgara Allana Poe! Mężczyzna podarował to urządzenie muzeum w Baltimore, gdzie powoli popadało ono w zapomnienie. Ostatecznym końcem historii XVIII-wiecznego androida był pożar, który w 1854 roku wybuchł w tym budynku. Mitchell, który przyjechał na miejsce, gdy tylko dowiedział się o tragedii, zaklinał się potem, że udało mu się usłyszeć ostatnie słowa pochłanianego przez płomienie robota. Miały one brzmieć: „Szach! Szach!”, chociaż możliwe, że był to jedynie kaszel duszącego się kłębami dymu „Turka”...

2

Oglądany: 34255x | Komentarzy: 23 | Okejek: 230 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

29.06

28.06

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało