Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Oto źródła popularnych legend miejskich na temat gwiazd rocka. Ile w nich prawdy? Otóż całkiem sporo!

36 858  
121   12  
Plotka raz rzucona w obieg zazwyczaj krąży po świecie przez całe dekady, a sprostowanie takiej fałszywej (aczkolwiek zazwyczaj – bardzo wstrząsającej) informacji graniczy z cudem. Tłumaczyć można, że to nie tak, że to tylko miejska legenda, ale kto w to uwierzy? Jeśli ploteczka jest odpowiednio mięsista i skandaliczna, to nikomu nie jest na rękę, aby ją dementować. A co jeśli w takich historyjkach jest jednak odrobinę prawdy? A co jeśli Charles Manson naprawdę napisał parę kawałków dla Beach Boys, a Keith Richard faktycznie wciągnął do kichawy prochy własnego taty?

#1. Lou Reed zmusił dzieci do płaczu, mówiąc, że ich matka nie żyje

Legenda głosi, że Lou Reed - słynny amerykański wokalista, potrzebował jakiegoś elementu, który dodałby jeszcze więcej dramatyzmu do utworu pt. „The Kids”. Kompozycja sama już w sobie była cholernie smutna – w końcu to opowieść o rozpadającym się małżeństwie i skrzywdzonych dzieciakach. Artysta uznał jednak, że dorzucenie ścieżki ze szlochającymi małolatami sprawi, że jego dzieło będzie kompletne. Za płaczące chórki posłużyły pociechy Boba Ezrina – producenta albumu „Berlin”, na którym to wspomniany numer miał się znaleźć. I faktycznie – dziatwa ryczy, aż miło. Plotka głosi, że Reed wywołał u dzieciaków rozpacz, mówiąc im, że ich matka nie żyje.


To, na szczęście, tylko legenda i nic poza tym. W rzeczywistości to sam Ezrin zarejestrował wrzaski swojego potomstwa. Histeryczne wycie, które słyszymy w utworze, jest niczym innym, jak głośnymi protestami dziatwy, która kategorycznie wzbrania się przed… pójściem spać.

#2. Charles Manson przygotował utwór dla The Beach Boys

Manson w historii nie zapisał się najlepiej. Psychopatyczny lider sekty, której członkowie dokonali rzezi w domu Romana Polańskiego, miał jednak pewien talent. Jako że ów talent był znacznie mniej szkodliwy, niż czyny, dzięki którym zwyrodnialec ten stał się sławny, wszyscy życzylibyśmy sobie, aby to właśnie na jego rozwoju Charles się skupił. Manson spokojnie mógłby się odnaleźć na rynku muzycznym! Na dobre jednak komponować zaczął, siedząc już w pierdlu. Ba, sprzedając swoje nagrania, odkładał pieniądze na własnych adwokatów. W 1968 roku, czyli dobry rok przed krwawym mordem w willi polskiego reżysera, Charles miał okazję poznać i zaprzyjaźnić się z Dennisem Wilsonem – perkusistą popularnej grupy The Beach Boys. W jaki sposób doszło do tego spotkania? Wilson zabrał kiedyś do swojego samochodu dwie autostopowiczki, które jak się okazało – były członkiniami sekty Mansona.


Charles chciał wykorzystać tę znajomość i podrzucił gwiazdorowi parę kartek z rozpisanym utworem dla jego zespołu. Denis uznał, że kompozycja ta jest całkiem fajna, więc bezczelnie sobie ją przywłaszczył, uprzednio zmieniając jej całą warstwę tekstową. W odwecie członkowie sekty Mansona zdewastowali artyście jego dwa samochody. Mimo to numer "Never Learn Not to Love" ostatecznie trafił na stronę B płyty zawierającej jeden z singli nagranych przez The Beach Boys.

#3. Roy Orbison był ślepy

Czarne okulary dopełniały wizerunku mrocznego muzyka, na jakiego ewidentnie lansował się Roy Orbison. Pewna plotka głosi, że piosenkarz ten był równie ślepy, co autor „I Just Call to Say I Love You”, ale fakt ten starał się ukryć przed fanami. Prawda jest jednak taka, że mimo wady wzroku, Orbison wcale nie widział źle. Oczywiście pod warunkiem, że nosił okulary z dość grubymi szkiełkami. Podobno podczas jednej z europejskich tras koncertowych u boku The Beatles, Roy zostawił swoje pingle w samolocie i zorientował się za późno, aby po nie wrócić.


Tymczasem jedyną zapasową parą okularów, jaką wtedy posiadał, były te stosunkowo rzadko używane - przeciwsłoneczne. Na scenę więc wyszedł, mając na nosie te właśnie patrzałki. Już następnego dnia, dziennikarze okrzyknęli Orbisona mianem „muzyka w czarnych okularów”. Artysta uznał więc, że ta „przypadkowa” stylówa całkiem mu pasuje i już do końca swej kariery nosił przyciemniane szkła.

#4. Van Morrison nagrał bełkot, aby wywiązać się z umowy, którą podpisał z wydawcą swoich płyt

Irlandzki artysta Van Morrison popełnił kiedyś wielki błąd i podpisał wyjątkowo niekorzystną dla siebie umowę z pewną wytwórnią płytową. Ostatecznie udało mu się nawiązać współpracę z Warner Brothers, jednak w dalszym ciągu zobligowany był do zarejestrowania ponad 30 kompozycji dla swojego starego wydawcy. Zamiast rozpaczać nad swoim losem, artysta poszedł do studia i za jednym posiedzeniem nagrał 36 kawałków. W praktyce, brzdąkając sobie na gitarze, wyśpiewał zaimprowizowane pieśni na temat grzybicy, Duńczyków oraz zaległych tantiemów. Wręczywszy zaskoczonym właścicielom wytwórni nośnik z tym bełkotem, Van Morrison wywiązał się z kontraktu, mimo że jego „dzieło” absolutnie nie nadawało się do publikacji.


#5. Keith Richard regularnie robił sobie transfuzje krwi, a raz wciągnął nosem prochy swojego ojca

Oto całkiem żywy dowód na to, że ekstremalne ilości alkoholu i narkotyków są w stanie zamienić człowieka w wysokofunkcjonującą mumię, która może nie prezentuje się zbyt apetycznie, ale za to spokojnie może przetrwać wybuch bomby atomowej, a nawet cały tydzień urlopu w Zgierzu! Spośród wielu legend na temat Richarda szczególnie popularna jest ta dotycząca rzekomych transfuzji krwi, od których to gitarzysta miał być uzależniony. Plotkę tę wprowadził do obiegu sam muzyk, który w pewnym momencie zmęczony już był dziennikarskimi pytaniami dotyczącymi wlewów dożylnych będących częścią swego programu odwykowego. Uzależniony więc owszem był - ale od heroiny.
Artysta regularnie poddawał się takim "detoksykacyjnym" zabiegom i niezdrowe zainteresowanie tym tematem przekuł w legendę miejską, która krąży po świecie do dziś.


Podobnie jest z historią o tym, jak skremowane szczątki swojego ojca, Richards miał wciągnąć do nosa, niczym ścieżkę najlepszego koksu. Tu już jest nieco więcej prawdy – w jednym z wywiadów gitarzysta odniósł się do tej plotki i przyznał, że faktycznie zdarzyło mu się „skosztować” swojego ojca. Muzyk dodał niewielką ilość popiołu z urny do kokainy, którą zamierzał przyjąć do nosa. Podobno tata muzyka nie miałby nic przeciwko takiemu „pożegnaniu”.

#6. Rod Stewart – orgia z marynarzami i żołądek pełen spermy

Ta plotka ma już wiele dekad, a nadal przywoływana jest, kiedy tylko, gdzieś na imprezie, jakiś ramol puści kawałek Roda Stewarta. „A wiesz, że on lubi mężczyzn i kiedyś wziął udział w orgii zorganizowanej przez gejowskich marynarzy? Następnego dnia trafił do szpitala, gdzie zrobiono mu płukanie żołądka i wypompowali z niego kilka litrów spermy! Tak było! Prawdę mówię!”. Przez lata muzyk nie komentował tej historii, co tylko dodawało plotce pewnej pikanterii, jednak w 2012 roku, w swojej autobiografii przedstawił rodowód tej historii.


Jej autorem był Tony Toon – długoletni asystent piosenkarza, który min. odpowiedzialny była za przekazywanie do mediów tekstów prasowych o Stewarcie. Kiedy Toon został przez artystę zwolniony, postanowił się zemścić i rozesłał do gazet paszkwil na temat swego byłego pracodawcy.
„Mówcie sobie, co chcecie o Tonym. Niech Bóg ma jego duszę w opiece, ale jedno trzeba mu przyznać – skubaniec był dobry w tym, co robił…” - wspominał Toona Stewart.

#7. Przeklęty apartament, w którym zmarły dwie wielkie gwiazdy

W 1974 roku Cass Elliot – mocno otyła piosenkarka z grupy The Mamas and the Papas miała umrzeć, zadławiwszy się hamburgerem. To plotka, która narodziła się po tym, jak policjanci znaleźli w miejscu zgonu artystki, kawałek bułki z fastfoodowej restauracji. W rzeczywistości jednak wokalistka odeszła z tego świata w wyniku „zwykłego” zawału. Cztery lata później, w dokładnie tym samym mieszkaniu, napruty alkoholem Keith Moon – perkusista The Who, nażarł się kilkudziesięciu tabletek nasennych i… no, cóż – poszedł spać. Snem wiecznym.


Mieszkanie to należało do wokalisty - Harry’ego Nilssona, który był tak przerażony tragicznymi wydarzeniami, które w jego skromnych progach się wydarzyły, że czym prędzej pozbył się tego ciężaru. Apartament kupił Pete Townshend – frontman The Who, który nie chciał, aby „przeklęta” nieruchomość stała się miejscem pielgrzymek fanów grupy oraz miłośników spraw paranormalnych.


Źródła: 1, 2
3

Oglądany: 36858x | Komentarzy: 12 | Okejek: 121 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało