Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jestem szują i zakałą bloku, a starsi mają zawsze rację!

50 592  
400   52  
W roku osiemdziesiątym dziewiątym przeprowadziłem się ze wsi do miasta. Ze starej kamienicy do bloku z wielkiej płyty. Miasto zachwycało ilością sklepów, samochodami, światłami i nowoczesnością.

Jedyne, czym się nie różniło od mojej zapyziałej dziury, to tym, że sąsiedzi przychodzili od czasu do czasu coś pożyczyć. To zabrakło szklanki cukru, to soli, innym razem bułki tartej. Rzecz normalna – rzecz codzienna. W pewnym sensie pozwoliło to zbudować znajomości i wprowadziło w nowe życie powiew znanego.

Po kilku latach znałem dość dobrze wszystkich mieszkańców bloku. Oni znali mnie i się żyło, po sąsiedzku, sielankowo. W pewnym momencie tego wspaniałego życia na osiemnaste urodziny otrzymałem w prezencie od wujka z Niemiec wiertarkę udarową Bosch z systemem SDS. Prezent konkretny. Problem taki, że zasadniczo od przeprowadzki do bloku nigdy nie potrzebowałem narzędzi. Nie marudziłem jednak, wiedząc, że być może kiedyś sprzęt się przyda. I poza tym to było wysokiej klasy narzędzie, z górnej półki. Takie cudo zawsze warto mieć w „warsztacie”.

Pewnego dnia przyszedł do mnie sąsiad – pan Mariusz – zapytać, czy aby nie mam pożyczyć wiertarki. Z radością zaprezentowałem mu sprzęt i pożyczyłem. Oddał narzędzie kilka dni później. W tym miejscu zaczyna się dwudziestoletnia historia pewnej relacji, a w zasadzie sporu.

Walizka, w której znajdowała się wiertarka, wyglądała, jakby zażywała kąpieli błotnej i została opłukana wapnem, a potem wrzucona do gnojownika. Jak otworzyłem ją, zobaczyłem, że i wiertarka jest w podobnym, opłakanym, stanie. Przez wzgląd na relację przemilczałem stan sprzętu i sąsiad poszedł sobie, dodając na odchodnym „zapomniałem wyczyścić”. Sprzęt – rzecz jasna – wyczyściłem.

Miesiąc później przyszło mi użyć wiertarki i odkryłem, że nie działa. To znaczy silnik kręci, ale oś uchwytu jest przekrzywiona i „bicie” jest tak duże, że na wolnych obrotach wiertarką trzepie na prawo i lewo. Nie nadawała się do użytku. Po dłuższej diagnostyce wyszło na jaw, że wiertarka była zalana jakimś „mułem” i silnik też ledwo zipiał. Poszedłem więc do sąsiada, aby zwrócić uwagę na to, że oddał mi uszkodzony sprzęt.

- Czy ciebie pogięło? – zdziwił się, słysząc moje żale.
- Nie, panie Mariuszu. Dałem panu nówkę wiertarkę, pan oddał i ona nie działa – tłumaczę grzecznie. Miałem wtedy dziewiętnaście lat, a gość był po czterdziestce, był też szanowanym pracownikiem miejskiej uczelni.
- Takie dyrdymały to możesz sprzedawać kumplom spod Marca*. Upierdoliłeś sprzęt i jelenia szukasz...
„Marzec” to nasz lokalny sklep, gdzie się zbierały grupki na „piwko”. „Upierdolić” – hmmm, nigdy wcześniej nie słyszałem, aby ten człowiek przeklinał.
Odpuściłem zatarg i olałem sprawę. Facet okazał się ciulem. Trudno. Miałem nauczkę na przyszłość.

Zapomniałem dodać, że pan Mariusz mieszkał piętro niżej, pode mną. To akurat ważne w tej historii, ponieważ kilka lat później, gdy Jennifer Lopez lansowała hit „Waiting for tonight”, w noc po sylwestrze obudził mnie bardzo intensywny zapach spalonego mięsa. Gdy zapaliłem światło, mieszkanie wypełniał gęsty dym i widoczność zmniejszała się z każdą minutą. Wybiegłem na balkon – dym oraz ogień wydobywały się z okna kuchennego sąsiada Mariusza. Szybka analiza sytuacji i działanie: zbiegłem piętro niżej i zacząłem dobijać się do drzwi. W międzyczasie wykonałem połączenie na straż pożarną, ale drzwi – mimo starań – nie sforsowałem (bo były z litego drewna i miały zatrzaski ze wszystkich stron... pancerne takie).
Przyjechała straż – dość szybko, bo w czasie mniejszym niż dziesięć minut – wyważyła drzwi i zaczęła gasić pożar w kuchni. A sąsiad... spał. Wynieśli go, nieprzytomnego, na korytarz. Nie był nieprzytomny przez dym (o dziwo), ale był najebany w sztok i grzał sobie obiad. Tylko że przysnął.


Jak sąsiad oprzytomniał, to zjechał mnie z góry na dół, wyzywając od kapusiów, konfidentów, chujów, kutasów i szkodników. Tak mi podziękował za to, że „przeze mnie zniszczyli mu drzwi”.

Od tego czasu nie odzywaliśmy się do siebie. Nic a nic. Przez równe dziesięć lat. Czas sprawił, że zapomniałem o zatargach i, choć go ignorowałem, był normalnym sąsiadem. Do roku 2010. Wtedy to Mariusz zapytał mnie w sklepie, czy nadal „robię w komputerach”. Odparłem zgodnie z prawdą, że tak. Na co on oznajmił, że ma problem z internetem i nikt nie może mu pomóc, bo – jak stwierdził – szukał wszędzie. Że mnie podkusiło, aby mu pomóc...

Jego problem polegał na tym, że miał internet „kradziony” i ktoś wpakował ten sam adres IP (ten sam samouczek?), co go zblokowało. Cóż, jako że wykazałem się znajomością problemu, pożyczyłem mu prywatny router, sparowałem z tym z korytarza i rzecz załatwiłem. To było działanie doraźne, bo adres każdy informatyk namierzy, jak zechce, i poleciłem zapłacić za podłączenie do neta, a mi router oddać w najbliższym czasie. Po miesiącu spotkałem sąsiada pod sklepem i zapytałem, czy może już mi oddać router.
- No, mogę – rzekł krótko.
- Okej! To proszę go przynieść, akurat jestem cały tydzień w domu.
- Eeee, no ty mi pożyczyłeś, to ty sobie przyjdź po niego – stwierdził i poszedł sobie, ot tak.

No, kurwa, serio?! Dobra, kij mu w oko – poszedłem, odebrałem router i zdecydowałem, że się do kutasa słowem nie odezwę. Nie dość, że facet już raczej stary niż młody, kultury nie ma za grosz, to jeszcze taki numer odwala. Olałem go całkowicie i przez kolejne dziesięć lat nie rozmawiałem z nim.

Pamiętacie, jak moja żona zalała sąsiada? I tutaj te dwie historie się łączą. Otóż po zalaniu ciula (co zrobiła fizycznie i faktycznie), ruszyliśmy ubezpieczenie. Facet naciągnął co się da, zyskał chyba dużą kwotę, bo poza małym pokojem, wyremontował też kuchnię. I, ekhm, wpadł chyba na genialny pomysł.

W grudniu TAMTEGO roku (bo mamy już 2022) wpadł do mnie z „buzią”, że znów go zalewam. Fuck – myślę – tylko nie to!
Zbiegam do niego – fucktycznie, zalaną ma ścianę w pokoju (tym, który nie był remontowany), a na podłodze zalega woda. Nawet sporo, bo można w niej brodzić. Ja już panikuję, wracam na górę, do swojego mieszkania, i tak się zatrzymuję. Chwila – kurwa – jakim CUDEM mogłem mu zalać pokój?! Musiałby puścić kaloryfer, bo to jedyne źródło wody, jakie posiadam w tym pomieszczeniu.

Wracam do sąsiada Mariusza. Chłop wrzeszczy na mnie, żebym coś zrobił, bo go zalewa, dzwoni w tym czasie także do spółdzielni, miota się, szaleje z wiadrami. Ja już na spokojnie oceniam sytuację, łączę wątki. I... VOILA!

Facet usłyszał, że zmieniam kaloryfer (bo żona zrobiła remont pokoju) i wziął naciął rurę przy suficie, a potem ją ukręcił, żeby chuja zalało i planował to zwalić na nas. Problem typa jest taki, że ślad na rurze (nacięcie) jest dobrze widoczne, i do tego pod sufitem, gdzie ekipa, która nam montowała kaloryfer, nie miała dojścia do rury. I przyszła na interwencję ze spółdzielni ta sama ekipa, która mi ten kaloryfer montowała!
Zdałem więc relację, oni połączyli wątki i poinformowałem sąsiada, że to jest wyłudzenie i z powodu tego, że zalał (on, nie ja) kilka osób w pionie, będzie mieć srogie konsekwencje.
- Ależ ty jesteś szuja! Ja od razu ciebie wyczułem, jak tylko cię zobaczyłem, tego wrednego gówniarza! Jesteś zakałą tego bloku, chamie ty jeden!

Tak że tego, starszy ma zawsze rację. Iks De. To będzie wspaniały rok!
16

Oglądany: 50592x | Komentarzy: 52 | Okejek: 400 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

29.06

28.06

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało