Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Hołodomor – jedna z największych zbrodni XX wieku. To przerażające, jak bardzo historia lubi się powtarzać

57 762  
550   144  
Plum! – od codziennych obowiązków odciągnął mnie sygnał obwieszczający nadejście wiadomości na jednym z komunikatorów zainstalowanych w mojej komórce. To mój ziomeczek, wyraźnie poruszony, przesłał mi link. „Tylko czytaj szybko, bo zaraz to skasują! Oni chcą zataić prawdę, mówię ci!” – pisze zamiast standardowego „Cześć! Co tam? Pijemy?”. Jedno niewinne kliknięcie przenosi mnie do alternatywnej rzeczywistości. Tej, w której nazistowski naród zdziczałych Ukraińców masakruje własnych cywilów, aby taplając się w morzu krwi niewiniątek, zrzucić winę za wojenne zbrodnie na szlachetnych, ogolonych i życzliwych światu Rosjan.
Tych samych Rosjan, którzy wytarłszy z błota buty, kłaniając się staruszkom i rozdając cukierki dzieciom, wpadli do Ukrainy, pragnąc wyzwolić uciśniony lud z rąk banderowskich skurwysynów. Przecieram oczy w niedowierzaniu. Ktoś zadał sobie trud tłumaczenia propagandowego, grubymi nićmi szytego wyrzygu na język polski i teraz to cholerstwo viralowo podawane jest z rąk do rąk. Oczywiście głównie w środowisku ludzi, którzy jeszcze niedawno przecież byli specjalistami od wirusologii, a wcześniej zajmowali się m.in. nauką o ziemskim klimacie i podważali kulistość globu… W czasach, gdy każdy może być dziennikarzem, do zdefiniowania takich osób idealnie pasuje określenie „pożyteczny idiota”. O ironio – to przezwisko jest tworem radzieckim, a jego autor za jego pomocą nazwał… zachodnich gryzipiórków, którzy dali się nabrać na rosyjską propagandę.
Historia, jak wiemy, lubi się powtarzać i wbrew pozorom pewne rzeczy niewiele się zmieniły. Zarówno sposób usprawiedliwiania ludobójstwa, jak i to, że owe niezdarnie ciosane, dziurawe jak krążownik „Moskwa”, podszyte kłamstwem argumentacje są bezrefleksyjnie łykane przez naprawdę sporą liczbę ludzi niebędących obywatelami Rosji.


Tyle tytułem, nieco rozwleczonego, wstępu. Aby przedstawić konkretny przykład historii, która wraca niczym pijacka czkawka, musimy przenieść się w czasie o dokładnie sto lat.
30 grudnia 1922 roku powstał Związek Radziecki – twór łączący w sobie Mateczkę Rosję z Ukraińską SRR, Białoruską SRR i Zakaukaską FSRR. Już od pierwszych miesięcy istnienia ZSRR nakłaniano rolników z tamtejszych ziem do organizowania tak zwanych komun, czyli wiejskich arteli, spółdzielni zrzeszających chłopskie rodziny. Wiadomo – w kupie siła! I chociaż zgodnie z planem Lenina planowano odejść od nacjonalizacji rolnictwa, a wręcz dążono do znacznego zliberalizowania rolniczego prawa, to jeszcze przed przejęciem przez Józefa Stalina całkowitej władzy pomysł ten zarzucono. Zaczęto tworzyć tzw. kołchozy, czyli kolektywne gospodarstwa, w których ziemia nie należała już do chłopa, ale była dobrem państwa. Można rzec, że wąsaty dyktator nie pi#rdolił się w tańcu i swój plan kolektywizacji rolnictwa w całym Związku Radzieckim przeprowadzał za pomocą terroru, a każdego chłopa, który śmiał zaprotestować, wysyłał (zazwyczaj wraz z całą rodziną) do łagru. Również politycznych przeciwników pomysłu gnębienia chłopstwa Stalin kazał zakwaterowywać w tego typu obozach koncentracyjnych (mieszczących nawet i do 50 tysięcy więźniów!).


Oczywiście szalony projekt kolektywizacji rolnictwa nie ominął też Ukraińskiej SRR. Wprowadzono normy, które ukraińscy chłopi musieli spełnić. Jeśli z jakiegoś powodu danej wsi nie udałoby się dostarczyć określonej ilości ziarna lub mąki, różnicę tę musiano uzupełnić żywym inwentarzem. Bydłem, świniami albo drobiem. Gdyby jednak i tu pojawiły się braki, radzieccy inspektorzy oznaczali taką społeczność tzw. czarną tablicą, a ich mieszkańcy zmuszeni byli, w ramach kary, w krótkim czasie wyrobić kilkunastokrotnie większą normę. Co to oznaczało? Ano śmierć głodową całej wsi.
A kto ponosił winę za ten stan rzeczy? Hmm… Może rosyjska władza? Za takie sugestie oczywiście można było trafić do obozu i tam, po krótkim okresie niewolniczej harówy, dokonać żywota. Prawidłowa odpowiedź była tylko jedna: Winę za niedolę ukraińskich rolników oraz ich familii ponoszą kułacy! Kułak to wymyślone przez sowieckich ciemiężców określenie bogatego rolnika, bezdusznego zdziercy, który pasie swój pękaty brzuch kosztem głodującej biedoty. Ktoś taki był, ma się rozumieć, wrogiem ludu i kozłem ofiarnym, na którym pokazowo można było się wyżywać. Biada więc była osobom, które dorobiły się i dawały pracę innym. Nagonka na kułaków była tak duża, że obrywało się nawet tym, którzy wcale dużego majątku nie posiadali, ale akurat mieli z kimś na pieńku. Bo kułak to prawdziwa pijawka, zakała, która gromadzi ogromne zapasy pożywienia, aby zagłodzić całe miasta, to knujący zwyrodnialec podburzający wsie przeciw sprawiedliwej władzy ludowej!


Ukraińcy niezbyt chętnie zgadzali się na kolektywistyczny terror Stalina i często dochodziło do tego, że woleli zniszczyć zapasy jedzenia lub wyrżnąć własny inwentarz, zamiast oddawać go w ręce sowieckich inspektorów. Wówczas to radziecki dyktator rzucił hasło „rozkułaczania Ukrainy”. Brzmi znajomo? Podobnie jak obecnie jesteśmy świadkami niewyobrażalnego terroru wobec naszych sąsiadów, usprawiedliwianego potrzebą „denazyfikacji” całego kraju, tak niecałe sto lat temu naród, który obecnie tępi wyimaginowanych nazistów, bardzo intensywnie tropił paskudnych kułaków. W 1930 roku radzieckie politbiuro wprowadziło w życie uchwałę „O metodach likwidacji gospodarstw kułackich w rejonach przyśpieszonej kolektywizacji”, gdzie planowano „zadać kułakom druzgocący cios, dzięki któremu ich opór zostanie raz na zawsze złamany”. Coś bardzo podobnego gdzieś już to ostatnio słyszeliśmy…
Na czym takie „rozkułaczanie” polegało w praktyce? Głównie na donosicielstwie. Oprócz działalności inspektorów przetrząsających do góry nogami całe gospodarstwa w poszukiwaniu ukrytego jedzenia, radzieccy służbiści tworzyli specjalne brygady złożone z przedstawicieli chłopskiej biedoty, której – ma się rozumieć – uprzednio wmówiono potrzebę walki z lokalnymi tyranami. Jako że od 1922 roku w ZSRR istniała Wszechzwiązkowa Organizacja Pionierska imienia W.I. Lenina, czyli zgrupowania sowieckich harcerzy, do akcji wyszukiwania kułackiej zarazy zaangażowano również dzieci. Podobnie jak mieszkańcy całych wsi, tak i oni mieli głównie kablować – zgłaszać każdy przypadek osoby podejrzanej o ukrywanie przed aparatem państwowym płodów rolnych.


W przeszukiwaniach domostw brali też udział żołnierze Armii Czerwonej, więc nikogo pewnie specjalnie nie zdziwi fakt, że wsie były najzwyczajniej w świecie plądrowane i ograbiane ze wszystkiego, co miało jakąś wartość. Wszystko to, oczywiście, w imię walki z nazistami kułakami...
O ile jeszcze w pierwszym etapie wdrażania planu kolektywizacji wsi ludziom jakoś udawało się przeżyć dzięki zapasom i wzajemnej pomocy, to już w każdym następnym roku sytuacja stawała się coraz gorsza. Tym bardziej że stalinowskie imadło zaciskało się coraz mocniej. W 1932 roku wprowadzono dekret „O ochronie mienia przedsiębiorstw państwowych, kołchozów, spółdzielni oraz wzmocnieniu własności społecznej”. Jego autorzy – Wiaczesław Michajłowicz Mołotow i Łazar Moisiejewicz Kaganowicz – w iście „radziecki” sposób postanowili powstrzymać głodujących chłopów przed wyżeraniem ziaren pszenicy, która miała być przeznaczona na zasiew. Odtąd za przywłaszczenie sobie już pięciu kłosów groziła kara śmierci albo 10 lat gnicia w łagrze. Na jedno wychodziło. Już po kilku miesiącach tzw. prawo pięciu kłosów sprawiło, że do obozów trafiło 125 tysięcy chłopów.


Barbarzyńskie prawo doprowadziło do tego, że praktycznie cały urobek trafiał do państwowych spichlerzy, a mieszkańcy wsi umierali z głodu, ewentualnie, za swoją niesubordynację, byli publicznie zamęczani na śmierć. Udokumentowano też całkiem sporo aktów kanibalizmu. Zdarzało się tak, że rodziny wymieniały się nieboszczykami, aby nie jeść swoich najbliższych… Mimo że komuniści rozwieszali we wsiach plakaty mówiące „Zjadanie własnych dzieci jest aktem barbarzyństwa!”, łącznie naliczono ok. 2500 przypadków kanibalizmu.
Nie było niczym nadzwyczajnym potknąć się o trupa człowieka, który padł z głodu, a smród rozkładających się zwłok czasem wydobywał się z piwnic opustoszałych domów, gdzie umarłych „składowano”.

fot. Alexander Wienerberger

W czasie Hołodomoru w ukraińskich wsiach drastycznie zmalała populacja psów i kotów, a zdesperowani, przymierający z braku jedzenia chłopi posilali się wszystkim, co dało się zjeść – od skórzanych elementów odzieży przez korzenie roślin i wyciągnięte z ziemi robaki.
Z głodu ludzie dosłownie wariowali. Agonię poprzedzały stany letargu, halucynacje i silne omamy, które niekiedy prowadziły do obłędów, a nawet i morderstw.
Miliony zgonów trzeba było jakoś wytłumaczyć, aby mieszkańcy zachodu nie pomyśleli sobie przypadkiem, że Rosjanie to cholerni barbarzyńcy, który w imię swoich ideologicznych fiksacji skłonni są skazać na śmierć cały naród. Stalin uparcie więc zaprzeczał, jakoby pokojowo nastawiony radziecki lud gnębił chłopów. Oni umierali na złość! Celowo, aby wprowadzić wrażliwych Rosjan w poczucie winy i sprawić, że cały świat zapała do nich nienawiścią! Podli Ukraińcy! Teraz przecież robią to samo! Zrzucają sobie bomby na głowy i masakrują własne wsie i miasta, aby potem oskarżyć o te paskudne czyny rosyjski naród, który (nie zapominajmy), chciał im tylko pomóc, od nazistów wyzwolić, ideę piękną im wszczepić…

fot. Alexander Wienerberger

Czyżby znowu odbiło się nam śmierdzącą historią? Tak parszywa i zakłamana propaganda uprawiana przez rosyjskie władze nie miała prawa zostać „łyknięta” przez zachodnich dziennikarzy, prawda? Prawda? Otóż nie. Negacjonizm Hołodomoru, czyli morzenia głodem ludności Ukrainy, był radośnie uprawiany przez wielu dziennikarzy, a jednym z najgłośniejszych głosicieli rosyjskiej propagandy był niejaki Walter Duranty – korespondent New York Timesa mieszkający w Moskwie. Swego czasu dostał on nawet Nagrodę Pulitzera za serię artykułów wychwalających radziecki komunizm. W stosunku do niego i do innych jemu podobnych redaktorów, którzy uparcie twierdzili, że gigantyczny ludzki pomór spowodowany przez drakońskie prawo ZSRR jest zdecydowanie wyolbrzymiony, już w tamtym czasie stosowano określenie „pożyteczny idiota”. Podobno autorem tego terminu był nie kto inny, jak sam Włodzimierz Lenin, który w ten sposób nazywał zachodnich dziennikarzy piszących pozytywnie o wielkich sukcesach rewolucji bolszewickiej oraz o członkach powstających na Zachodzie w latach 20. dziesiątek towarzystw „przyjaciół Rosji radzieckiej”.


Walter Duranty

Działalność prorosyjskich gryzipiórków była bardzo na rękę władzom ZSRR, bo nie tylko wprowadzała do zagranicznych mediów sporą dawkę dezinformacji, ale i doprowadzała do spięć i podziałów między ludźmi. Władze rosyjskie doskonale zdawały sobie sprawę, jak ważna jest odpowiednia propaganda. I to dlatego bardzo przeszkadzała im obecność dziennikarzy oraz fotografów, którym udało się na własne oczy zobaczyć i udokumentować tę zbrodnię.
7 marca 1933 roku walijski reporter Gareth Jones odbył podróż do Związku Radzieckiego. To była jego trzecia wizyta w tym kraju. Tym jednak razem, bagatelizując zakaz wjeżdżania zagranicznych dziennikarzy do Ukrainy, mężczyzna ten dostał się do pociągu jadącego do Charkowa. Jones wysiadł na jednej z małych stacji w jakiejś mieścinie i z plecakiem pełnym jedzenia ruszył na pieszą przechadzkę po ukraińskich wsiach. To, co zobaczył i czego tam doświadczył, spisywał w formie pamiętników.

W pociągu komunista zaprzeczył, że panuje głód. Wrzuciłem do spluwaczki skórkę chleba, który akurat jadłem. Jeden z chłopów, który był w wagonie, czym prędzej wyjął ją i zjadł. Wrzuciłem do spluwaczki skórkę pomarańczową, a wieśniak znów ją chwycił i pożarł... (…) Nocowałem w wiosce, w której było dwieście wołów, a teraz zostało ich sześć. Chłopi jedli paszę dla bydła i ostały im się tylko miesięczne zapasy. Powiedzieli mi, że wielu już umarło z głodu. Dwóch żołnierzy przyszło aresztować złodzieja. Ostrzegali mnie przed podróżowaniem nocą, ponieważ wszędzie kręciło się zbyt wielu „głodujących” zdesperowanych mężczyzn.
„Czekamy na śmierć” było moim powitaniem – „Ale widzisz, nadal mamy paszę dla bydła. Idź dalej na południe. Tam nie mają nic. Wiele domów jest pustych, pozostawionych przez ludzi, którzy już nie żyją” – rozpaczali.

Po publikacji pierwszych reportaży Jonesa, Rosja przystąpiła do informacyjnego ataku, wykorzystując swoich „pożytecznych idiotów”, na czele ze wspomnianym Walterem Durantym, który zarzucił Garethowi kłamstwo i preparowanie „strasznych historii” w celu zdobycia rozgłosu. Jones jednak nic sobie nie robił z tych pomówień i pisał kolejne artykuły, gdzie wprost obwiniał rosyjskie władze o celowe wywołanie klęski głodu w Ukrainie.


Gareth Jones

Radzieccy spece od propagandy, oprócz aktywowania swoich wiernych, dziennikarskich przyjaciół, wpadli też na pomysł zapraszania do ZSRR znanych dyplomatów i szanowanych ludzi kultury. Wśród gości Stalina był m.in. autor „Wojny światów” – Herbert George Wells. On i inni przybysze oprowadzani byli po przygotowanych na pokaz kołchozach, gdzie oczywiście dobrobyt wręcz wylewał się zewsząd strumieniami. Po wszystkim przybysze składali oświadczenia, w których rozpływali się nad sukcesem radzieckiej polityki kolektywizacji wsi.
W 1935 roku Jones został porwany podczas swojego pobytu w Chinach. Oprawcy domagali się okupu. Ostatecznie, mimo zaangażowania w oswobodzenie dziennikarza chińskich władz, reporter został przez porywaczy zamordowany. Wiele wskazuje na to, że za całą akcją stało NKWD.
Innym świadkiem i dokumentalistą okrutnych wydarzeń z Ukrainy był Alexander Wienerberger, austriacki chemik, który po paru latach piastowania kierowniczego stanowiska w moskiewskiej fabryce sztucznych tworzyw przeprowadził się do Charkowa, gdzie znalazł podobną fuchę. W czasie wielkiego głodu Wienerberger za pomocą niemieckiego aparatu Leica wykonał dziesiątki zdjęć dosadnie przedstawiających barbarzyński efekt szalonego pomysłu radzieckich władz.



fot. Alexander Wienerberger

Aby klisze nie dostały się w ręce komunistów, Alexander musiał przekazać je osobom związanych z ambasadą Austrii, a one pomogły, wiedząc, że ciąży na nich ogromna odpowiedzialność (gdyby odkryto te materiały, Wienerberger szybko by zginął w „niejasnych okolicznościach"). Drogą dyplomatyczną przetransportowali świadectwo radzieckich zbrodni do Wiednia. Stamtąd ich autor osobiście je odebrał i zaniósł kardynałowi Theodorowi Innitzerowi, który z kolei miał możliwość upublicznienia zdjęć na spotkaniu Ligii Narodów. W ten sposób cały świat mógł na własne oczy zobaczyć co dzieje się w Ukrainie i innych radzieckich krajach objętych programem kolektywizacji.


„Zakopywanie tu zwłok jest zakazane!” – fot. Alexander Wienerberger

W akcie desperacji rolnicy porzucali swoje gospodarstwa i uciekali do miast, marząc o zaczęciu nowego życia. Szczęście mieli ci, którzy wzięli ze sobą jakiekolwiek kosztowności, które miały jakąś wartość. W miastach bowiem działały torgsiny – sklepy stworzone z myślą o cudzoziemcach. Można tam było wymienić złoto na jedzenie. Oczywiście w migracji chłopów szybko zwietrzono interes i oferowano im absolutnie nieopłacalne warunki takich wymian.
Władzom jednak wcale nie podobało się, że wygłodniali chłopi, zamiast grzecznie uprawiać ziemię i cichutko sobie umierać z głodu, pałętali się po wielkich aglomeracjach.


Wprowadzono więc tzw. paszporty wewnętrzne. Posiadacz takiego dokumentu dostawał prawo do opuszczenia miejscowości, w której rezyduje. Oczywiście takich paszportów nie dostali rolnicy, którzy w szczególnych przypadkach mogli się starać o uzyskanie specjalnego, wystawianego na okres 30 dni, pozwolenia na opuszczenie kołchozu. W ten sposób rozwiązany został problem wychudzonych ludzi przybywających do miast z ukraińskich, kazachskich, a nawet rosyjskich wsi, gdzie również panowały fatalne warunki do życia.


W wyniku Hołodomoru zmarło między 6-10 milionów osób – większość z głodu, ale również niemało z nich zostało zakatowanych w łagrach lub zmarło tam z wycieńczenia. Dziś, 90 lat po tych strasznych wydarzeniach, cały świat wie o niewyobrażalnej zbrodni, jaką „własnemu ludowi” uczyniły radzieckie władze. Najsmutniejsze jednak jest to, że mimo bogatej dokumentacji tych wydarzeń i relacji świadków, Rosja do dziś wzbrania się przed nazwaniem tamtej zbrodni mianem ludobójstwa.
Biorąc pod uwagę, że jeszcze w czasie trwania wielkiego głodu niektórzy zachodni dziennikarze negowali wydarzenia mające miejsce w kołchozach, istnieje też spora szansa, że współcześni „pożyteczni idioci” już teraz rozpowszechniają alternatywną wersję historii. Tę o zdemoralizowanych, kanibalistycznych, nazistowskich Ukraińcach umierających z głodu na złość albo zrzucających sobie bomby na głowy i wyrzynających własnych cywilów tylko po to, aby Rosjanom było przykro i cały świat ich nie lubił...
8

Oglądany: 57762x | Komentarzy: 144 | Okejek: 550 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało