Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Postanowiłem się odlać i... straciłem dwa palce

36 212  
184   38  
W noworocznych postanowieniach uroiło mi się, że w tym roku zostanę mistrzem odlewnictwa różnych elementów ciał ludzkich. Kilka prób na mniejszych fragmentach mnie samego utwierdziło w przekonaniu, że to możliwe, a nawet zabawne…


Ale prawdziwe wyzwanie zaczęło się po artykule „Fotografie w stylu: Co tu się odwaliło? CXXXIX - Na taką podłogę bym się cykał wejść”, a dokładnie po komentarzu bojownika @amekamor na pozycję 5 tegoż artykułu.

Cytuję:
Taką świeczkę to chciałbym mieć.

Lapidarnie rzecz ujmując; wylałem wówczas pod jego komentarzem całą swoją bezbrzeżną, nieocenioną, zdobytą w internecie i na czterech własnych próbach, nikomu niepotrzebną, WIEDZĘ.
Kamykiem, który ostatecznie rozpętał tę szaleńczą lawinę niespodziewanych splotów okoliczności i niebywałych zwrotów akcji, której efekty właśnie czytacie, był komentarz bojownika @Valg.

Cytuję:
@Alex44 Komentarz na później jakby mi się kiedyś chciało pobawić w zrobienie takiej świecy.

Ja nie zrobię takiej świecy? Potrzymaj mi masę...

Postanowiłem, że – może nie od razu i nie tak idealnie, a nawet tylko z grubsza – odleję w wosku własną dłoń. Na początek bez knotów, bez barwienia wosku i bez efektu „krwi”. Żeby sprawdzić, czy to się w domu zrobić da…

Jako się rzekło, bawię się w to zaledwie od kilkunastu dni. Więc MUSZĘ Was nauczać.



Forma

Do wykonania formy używam, za namową niemal wszystkich domorosłych odlewaczy, masy alginatowej.



Ma mnóstwo zalet: jest stosunkowo tania (około 14 zł za 450 g, w tej zabawie zużyłem 200 g masy), dziecinnie prosta w obsłudze (świetnie się rozpuszcza w wodzie), elastyczna po zaschnięciu, perfekcyjnie odwzorowuje detale i jest całkowicie bezpieczna, bo jej oryginalnym zastosowaniem są wyciski dentystyczne (czyli pracuje w jamach ustnych miliardów ludzi na całym świecie).

Ma też jedną, za to GIGANTYCZNĄ, wadę: masz 30 sekund na jej wymieszanie i 60 sekund na nałożenie, zanim zacznie tężeć… Co oznacza, że zanim zabierzesz się za wykonywanie formy, musisz mieć wszystko zaplanowane i ustawione… Kiedy dodasz wody do masy, nie ma już czasu na żadne kombinacje…

Tutaj pojawia się pierwszy problem podczas odlewania własnej dłoni – za mało dłoni. Potrzebujesz minimum dwóch dłoni, żeby nakładać masę i jeszcze jednej, tej, na którą tę masę nakładasz. Koniecznie zadbaj o pomoc, nie bądź jak ja...
Dlatego wyszła mi taka pyra (choć pewnie też trochę dlatego, że akcja dzieje się w Wielkopolsce). A dłoń ostatecznie ma inne ułożenie, niż planowałem.





Masa schnie do kilku minut, ale już 2-3 minuty po nałożeniu zaczynamy delikatnie „fikać” całym żywym wkładem, żeby się od formy odkleić w środku. Ja nie smarowałem dłoni niczym i nie spotkałem się z taką potrzebą w sieci – masa rewelacyjnie odchodzi od wszystkich powierzchni.

W poprzednich próbach używałem jeszcze dodatkowo bandaży gipsowych dla wzmocnienia formy, ale tym razem z tego zrezygnowałem. O bandażach gipsowych wspomnę na samym końcu, bo to genialna rzecz za dosłownie grosze i wiąże się z historią z mojej wczesnej młodości :-)

Ostatecznie uzyskujemy przerażające to:



Pozytyw

W końcu muszą być jakieś pozytywy tej zabawy…
Do tej pory swoje odlewy wykonywałem z gipsu – materiału, który znam i lubię od lat. Jest twardy, sztywny, stosunkowo mocny, dokładnie odwzorowuje formę, szybko schnie. Po odlaniu daje się dalej obrabiać dowolnym narzędziem – od scyzoryka po precyzyjne pilniki. Ale tym razem wyzwaniem miał być wosk…

Po głębszej analizie okazało się, że nie wiem NIC o woskach. Wiedziałem, że są różne woski oraz żele są do świec (świetna galaretowata konsystencja, a wygląda przy tym jedwabiście, bo jest transparentne i daje się barwić pięknie).
Im dłużej czytałem, tym mniej wiedziałem. Więc w końcu zamówiłem: wosk kokosowy, stearynę palmową, parafinę, żel do świec i do tego trochę knotów i barwników…



Ponieważ zaś kocham gotować i kuchnia ma jest mą świątynią, dokupiłem dwa garneczki emaliowane w takiej konfiguracji, aby mniejszy pływał w większym, aby wosk był topiony w kąpieli wodnej i nie groziło mu ani przypalenie, ani wykipienie, ani przegrzanie.



Na pierwszy – nomen omen – ogień poszedł wosk kokosowy, bo jako jedyny nie jest śnieżnobiały, tylko… jak by to rzec, żeby prawdziwi faceci zrozumieli ? Ecru... taka biała skarpetka, która niby już nadaje się do prania, ale jeszcze szkoda… ;-)



Ciecze…

I tu się okazało, że każdej formie trzeba poświęcić trochę czasu, zanim się nią pochwalisz...



Moja forma miała wyciek… na końcu kciuka. Więc wlewany wosk ciekł sobie cieniutkim strumyczkiem na zewnątrz. Na szczęście wcześniej formę umieściłem w pojemniku plastikowym, więc wosk tam sobie ciurkał. I opanowałem go kawałkiem ręcznika papierowego...
A żeby wyciek szybko zastygł, wystawiłem całość na dwór (przypominam, że akcja dzieje się w Wielkopolsce).

Skubane…

Żeby wydobyć odlew z formy, trzeba tę ostatnią zwyczajnie zeskubać po kawałku. To proste, bo forma pozostaje elastyczna i dość krucha jednocześnie.



Ale oznacza to też, że forma jest jednorazowa...
Przy mniejszych i prostszych kawałkach ciała, formę da się wykorzystać kilka razy...

Wenusy bezkończynowe…

Tutaj wyskoczyły dwa kolejne błędy: wosk kokosowy okazał się bardzo kruchy, a kruchość tę (tak sobie myślę) wzmogło nagłe schłodzenie poprzez wystawienie zastygającego wosku na pole (żeby krakusi zrozumieli).





Ostatecznie zostałem Wenusem bez dwóch palców.





Odlew wymaga jeszcze nieco pracy, ale jako że to tylko wprawka, nie bawiłem się w detailing...

Podsumowanie

– Mimo ewidentnych błędów, dłoń prezentuje się świetnie :-) ale i tak pójdzie do przetopu.
– Dopiero po tej zabawie sprawdziłem konsystencję pozostałych wosków. Stearyna palmowa jest równie krucha jak wosk kokosowy. Ale parafina zdaje się być dużo bardziej plastyczna i nie powinna pękać. Testuję też mieszanki. Na razie najbardziej obiecująca wydaje się 1 żel + 1 wosk kokosowy + 1 parafina.
– Na pewno ja się jeszcze będę mocno bawił, ale czy Wy zniesiecie kolejną tak dużą dawkę tekstu ?? :-)

Opaski gipsowe i cmentarny wosk – czyli obiecany koniec

Opaski gipsowe, czyli bandaż obtoczony w gipsie szybkoschnącym, to wynalazek ortopedyczny – najsamprzód miał szybko usztywniać złamaną kończynę, potem tworzyć formę kikuta. Dzisiaj bardzo często używany jest do tworzenia form twarzy i głowy.

Opaski nie są tak precyzyjne jak masa alginatowa, ale przy swojej cenie idealnie nadają się do dużych powierzchni. Jako ortopeda z wykształcenia, znam ten materiał od ponad 30 lat :-) kiedy to (około roku 1998) namówiłem swego kuzyna, żeby mi to na twarz nałożył (a nie było wtedy jeszcze internetów, więc nie wiedzieliśmy, co czynimy i jak się to skończy).
W tak powstałą formę wlałem wosk pozbierany ze… zniczy… na cmentarzu naszym w dzień Wszystkich Świętych :-)

Mam ten odlew do dziś. Leży sobie na strychu i czeka, aż dojrzeję, żeby wezwać za jego pomocą Cthulhu, czy tam inne Szpagetty Monstery… :-) (jako że jest noc i wszyscy domownicy śpią, nie będę szperał po strychu, żeby Wam zdjęcie mojej gęby sprzed 30 lat teraz focić. Przypomnijcie się jutro).

PS
A propos pytań na temat „prób na mniejszych fragmentach mnie samego”... wierzę w Waszą inteligencję ;-)
8

Oglądany: 36212x | Komentarzy: 38 | Okejek: 184 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

19.04

18.04

Starsze historie

Sprawdź swoją wiedzę!
Jak to drzewiej bywało