Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Jak za starych (niekoniecznie dobrych) czasów, czyli 7 ciekawostek o The Office

67 096  
182   58  
Najpierw była wersja brytyjska, którą stworzyli Ricky Gervais i Stephen Merchant. Potem amerykańska adaptacja, która okazała się ogromnym sukcesem. Na koniec… edycja polska, ale tę ostatnią póki co pominiemy milczeniem.

#1. Obsada The Office miała wyglądać zupełnie inaczej

19370717661f8b01.jpg

To oczywiste, że przy każdej – a przynajmniej większości – produkcji telewizyjnych rozważa się różnych aktorów, zmieniając zdanie niekiedy w ostatniej chwili. Nie inaczej było w przypadku The Office. Rolę Michaela planowano powierzyć Bobowi Odenkirkowi, w Kevina miał wcielić się Eric Stonestreet, Jima miał zagrać Adam Scott, a w roli Dwighta Shrute’a wystąpić miał Seth Rogen. Jak wiadomo, zmieniła się cała ta konfiguracja… i chyba nikt nie powinien mieć w związku z tym żadnych pretensji, bo efekt końcowy okazał się doskonały (choć sam serial ma nie tylko ogromne rzesze wielbicieli, ale też niemało przeciwników – rzecz gustu).

#2. Postacie po obu stronach kamery

1937070417af2fd2.jpg

Zdarza się, że aktorzy – zwłaszcza ci znani, pierwszoplanowi – wchodzą też w rolę producentów filmów czy seriali. Odwrotna sytuacja raczej rzadko ma miejsce, aczkolwiek w przypadku amerykańskiego The Office nie stanowiła wcale wyjątku. W serialu wyjątkowo mocno odznaczyli się scenarzyści: Mindy Kaling w roli Kelly, B.J. Novak jako Ryan oraz Paul Lieberstein w roli wiecznie zachwyconego życiem Toby’ego. Na ekranie pojawił się nawet główny producent serialu, Michael Schur. Jemu w udziale przypadła rola Mose’a, kuzyna Dwighta.

#3. Przesłuchanie, jakiego nie powstydziłby się sam Michael Scott

193707343dde2bb3.png

W roli Jima Halperta wystąpił John Krasinski, choć – wydawałoby się – robił wszystko, żeby tej roli nie dostać. Po pierwsze, autorzy serialu widzieli go w roli Dwighta i dopiero Krasinski podczas przesłuchania nalegał, by przeczytać rolę Jima. Kiedy zaś aktor czekał przed rozpoczęciem castingu, wdał się w rozmowę z mężczyzną jedzącym sałatkę. Powiedział mu, że „ nie obawia się o to, czy dostanie rolę czy nie. Bardziej martwi się o to, że producenci spieprzą amerykańską adaptację, bo jest fanem brytyjskiego oryginału i nie mógłby żyć, mając świadomość udziału w katastrofie”. I jak to zwykle bywa przy tego rodzaju wynurzeniach, rozmówca postanowił się przedstawić. Był nim Greg Daniels, producent wykonawczy The Office.

#4. Najciemniej bywa pod latarnią

1937072adabebca4.jpg

Skompletowanie znakomicie ze sobą współpracującej obsady wcale nie jest łatwym zadaniem, a chemię lub brak chemii pomiędzy aktorami często widać później na ekranie. Nic więc dziwnego, że castingi do The Office skręcały nierzadko w nieoczekiwanych kierunkach. Tak było też w przypadku Phyllis Smith, która pracowała podczas przesłuchań, czytając tekst wraz z aktorami ubiegającymi się o angaż w serialu. Wtedy też reżyser, Ken Kwapis, zorientował się, że szukanie aktorki do roli Phyllis Lapin jest bez sensu, bo… idealną Phyllis mają pod nosem. I tak też się stało. Smith może nie zrobiła później – a przynajmniej jak dotąd – wielkiej kariery aktorskiej, ale The Office bez jej postaci z pewnością nie byłoby takie samo.

#5. Jeden pomysł, dwa różne wykonania

1937074bb7a9f155.jpg

W przypadku serialowych adaptacji nieuchronną rzeczą jest przyrównywanie nowych wersji do oryginału. Warto jednak rozumieć różnicę pomiędzy adaptacją a np. tłumaczeniem. I faktycznie, z początku amerykańska wersja The Office była praktycznie wierna brytyjskiej. Pilot miał bez mała identyczny scenariusz… ale nie wydawało się to dobrym rozwiązaniem. Amerykańska publiczność pod wieloma względami różni się od brytyjskiej. Tym samym już od drugiego sezonu The Office UK oraz The Office US to w zasadzie różne seriale, aczkolwiek bazujące na tym samym pomyśle i tych samych bohaterach.

#6. Na sukces wcale się nie zanosiło

193707686460ace6.png

Fantastyczna obsada z doświadczeniem w improwizacji, dobry pomysł, środki na jego realizację – wydawało się, że nic nie powinno stanąć na drodze do sukcesu The Office… a jednak wcale się na to nie zanosiło. Wręcz przeciwnie – na planie nie brakowało pesymistów. Ponoć jednym z chętniej wypowiadanych zdań było „to bardzo dobry odcinek – szkoda, że ostatni, jaki nakręciliśmy”. Wszystko zmieniło się, kiedy serial zaczął być dostępny nie tylko w NBC, ale i na platformie iTunes. Wtedy okazało się nie tylko, że fanów jest mnóstwo, ale też… że zupełnie nie pokrywają się oni z grupą docelową, którą założyli sobie producenci serialu. Myśleli, że The Office spodoba się przede wszystkim tzw. białym kołnierzykom, tymczasem odbiorcy według statystyk byli od nich wyraźnie młodsi.

#7. Żeby było jaśniej…

1937075a643b0987.jpg

Podobno w przypadku Brytyjczyków szczytem optymizmu jest not bad. To najbardziej pozytywna odpowiedź na pytanie „jak się masz?”. W Stanach Zjednoczonych natomiast niezależnie od tego, jak źle by się nie działo, i tak wszystko jest awesome. Co ciekawe, ta pozornie drobna różnica kulturowa miała przełożenie także na The Office. Szybko zorientowano się bowiem, że brytyjski pierwowzór jest zbyt ciężki dla amerykańskiego odbiorcy. Dlatego od drugiego sezonu poszczególne odcinki są bardziej optymistyczne, historie lżejsze, a Michael Scott – przy całej swojej osobliwości – łatwiej daje się lubić. Na tym nie koniec, bo na planie zwiększono nawet oświetlenie – by odzwierciedlało i dodatkowo podkreślało nowy-lepszy nastrój serialu.

6

Oglądany: 67096x | Komentarzy: 58 | Okejek: 182 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.05

19.05

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało