Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

O tych wydarzeniach uczyliśmy się już w podstawówce. Ile w nich prawdy? Bardzo niewiele

51 421  
226   55  
„Dokładnie tak było, nie kłamię, no jak bum-cyk-cyk!” – niektóre wydarzenia, które to rzekomo miały miejsce w bardzo istotnych dla naszej historii momentach, tak bardzo wgryzły się w kulturę, że nawet nauczyciele przedstawiają je pacholętom jako fakty objawione. Tymczasem wiele wskazuje na to, że są to jedynie legendy, bajeczki, które dobrze pasują do całokształtu i nadają podniosłym zdarzeniom nieco pieprzności, większego kontrastu i niemalże hollywoodzkiej symboliki.

Krach na nowojorskiej giełdzie sprawił, że maklerzy skakali z okien

Rankiem 24 października 1929 roku ceny akcji na Nowojorskiej Giełdzie Papierów Wartościowych gwałtownie zaczęły spadać. Ich posiadacze w panice rzucili się, aby jak najszybciej sprzedać swoje udziały, zanim te kompletnie straciłyby jakąkolwiek wartość. Tak zwany „czarny czwartek”, dzień, w którym wielu inwestorów trafiło na bruk, a tysiące firm zbankrutowało, uznaje się za początek największego w historii kryzysu gospodarczego.
Bardzo często przy poruszaniu tematu feralnego dnia na giełdzie wspomina się o nieszczęsnych maklerach, którzy zdawszy sobie sprawę ze swojego beznadziejnego położenia, masowo wyskakiwali z okien budynków przy Wall Street i z głośnym plaskiem rozmaślali się na trotuarze.


Motyw ten stał się tak bardzo popularny w kulturze, że nawet powstała gra, której tematem przewodnim było ratowanie zdesperowanych ludzi przed bliskim spotkaniem z niegościnnym chodnikiem…



Ile prawdy w historii giełdowych „skoczków”? Zero. W 1929 roku nie odnotowano jakiegoś szczególnie dużego wzrostu samobójstw (ba, październik i listopad były wręcz miesiącami o najmniejszym ich odsetku w całym roku!). W historycznych kronikach próżno też szukać opisu choćby jednego związanego z Wall Street człowieka, który targnął się na swoje życie, skacząc z okna wysokiego budynku.

Marcin Luter przybił dokument ze swoimi tezami do drzwi kościoła w Wittenberdze

Luter, niemiecki teolog, zasłynął tym, że ośmielił się podnieść głos krytyki na skostniałą instytucję kościoła katolickiego. Ta krytyka z czasem zamieniła się w otwarty spór, którego głównym powodem były… odpusty. Duchowny widział w nich cyniczny sposób na dorabianie się kosztem wiernych. Luter ostatecznie spisał 95 iście rewolucyjnych tez i wysłał kopie tego dokumentu do największych przedstawicieli niemieckiego duchowieństwa. Zanim to jednak uczynił, w buntowniczym geście przybił kartki ze spisanymi przez siebie ideami do drzwi w przedsionku kościoła zamkowego w Wittenberdze. Tak w każdym razie zwykło się opowiadać, kiedy na tapet wjeżdża Luter i wywołany przez niego ruch reformacyjny.


Prawda jest taka, że istnieje naprawdę mała szansa, żeby zrobił tak duchowny, który mimo swojego sprzeciwu dla papieskich decyzji nadal całym sercem szanował papieża i uważał się za wzorowego katolika. Znawcy biografii tej osoby uważają, że nie odważyłaby się ona zbezcześcić Domu Bożego takim zachowaniem. Co więcej – wiele wskazuje na to, że historia ta została wymyślona i spisana już po śmierci Lutra. Trzeba jednak przyznać, że ten chuligański wybryk zbuntowanego teologa idealnie wpisywał się w historię buntu przeciw watykańskiemu zwierzchnictwu, więc nikt pewnie nie starał się podważać tej ploteczki.

Incydent w Zatoce Tonkińskiej

Zgodnie z utartym przekonaniem, wydarzenia, które 2 sierpnia 1964 roku miały miejsce w Zatoce Tonkińskiej, były bezpośrednim powodem agresji USA na Demokratyczną Republikę Wietnamu. W dniu tym amerykański niszczyciel USS Maddox wpłynął na wody terytorialne Wietnamu Północnego, aby prowadzić nasłuch tamtejszych radiostacji. Ponadto załoga tej jednostki wspierała południowowietnamskie oddziały wojskowe walczące na wysepkach należących do terytorium wroga. Niespodziewanie okręt został zaatakowany przez kutry komunistów i musiał odpowiedzieć ogniem, zatapiając jedną z jednostek nieprzyjaciela i solidnie uszkadzając dwie inne.


Dwa dni później USS Maddox i inny amerykański okręt, Turner Joy, zostały kolejny raz zaatakowane i rozpoczęły potężny ostrzał widocznego na radarze agresora. Następnego dnia rano Amerykanie, w odwecie, przystąpili do bombardowań północnowietnamskich portów.
W 2005 i 2006 roku, ponad 40 lat po tych wydarzeniach, odtajniono dokumenty, z których dość jasno wynika, że obie te historie zostały wymyślone. W przypadku pierwszego z incydentów niszczyciel oddał dwa ostrzegawcze strzały, aby dowództwo tej jednostki mogło potem zgłosić rzekomy atak wroga na amerykańską jednostkę. Natomiast dwa dni później oba niszczyciele przez parę godzin pluły torpedami we wzburzone fale.


Mimo że uważa się tę akcję za „pomyłkę załogi”, która to uznała spienione bałwany za okręty wściekłych, skośnookich agresorów, to raczej nikt nie ma wątpliwości, że była to przemyślana mistyfikacja mająca wytłumaczyć powód, dla którego rankiem następnego dnia rozpoczęto naloty bombowe na Demokratyczną Republikę Wietnamu.

Jabłko spadło na głowę Newtona i wtedy zrozumiał…

Zgodnie z legendą, która często traktowana jest jako faktyczne wydarzenie, Izaak Newton miał wypoczywać w cieniu konarów jabłoni, kiedy to jeden z owoców oderwał się z gałęzi i z całym impetem wyrżnął uczonego w łeb. Wówczas to, pod wpływem tego uderzenia, Newton doznał objawienia i doszedł do wniosku, że przyciąganie ziemskie oraz ruch ciał niebieskich to wynik działania tej samej, uniwersalnej siły – grawitacji.


Zapytany o swoją inspirację, uczony faktycznie miał powiedzieć, że natchnęły go jabłka spadające z drzewa w jego ogrodzie. Znawcy biografii angielskiego fizyka twierdzą jednak, że zmyślił on tę historyjkę, aby nadać swej teorii nieco przyziemnego charakteru. Nigdy jednak nie przytoczył on anegdoty o tym, że dorodna antonówka miała rozbić się o jego czaszkę.

Albert Einstein był wyjątkowo słabym uczniem

Uwierz w siebie! Spójrz na takiego Einsteina. Był on uczniem wyjątkowo miernym, ale dzięki potężnemu samozaparciu z kiepskiego żaka wyrósł on na światowej sławy geniusza! – mówcy motywacyjni pewnie nie raz już powoływali się na słynnego geniusza i przytaczali jego rzekome porażki. Prawda jest jednak zupełnie inna. Einstein, mimo że nie krył swojej dezaprobaty dla ówczesnego sposobu przedstawiania wiedzy w placówkach edukacyjnych, był uczniem bardzo dobrym, a szczególnie wybitnie radził sobie w przedmiotach ścisłych. Już jako 11-latek przyswajał materiały przeznaczone dla studentów wyższych uczelni.


Być może plotka o tym, że wielki uczony nie radził sobie w szkole, wzięła się z tego, że Einstein faktycznie raz oblał poważny egzamin? Tak rzeczywiście było. W 1895 roku 16-letni Albert usiłował dostać się na politechnikę w Zurychu. Aby w ogóle podejść do sprawdzianu, musiał mieć specjalne pozwolenie – aby zgodnie z zasadami móc studiować w tej uczelni, musiał być pełnoletni. I chociaż z zadaniami matematycznymi poradził sobie bardzo dobrze, to ostatecznie egzaminy oblał. Powód? Słabe wyniki ze sprawdzianów humanistycznych. Nie oznacza to oczywiście, że Einstein nie radził sobie ze słowem pisanym. Po prostu egzamin prowadzony był w języku francuskim. Młodzieniec wprawdzie uczył się tej mowy, ale w tamtym czasie nie posługiwał się nią zbyt biegle.

A tak wyglądało świadectwo maturalne słynnego uczonego:



Źródła: 1, 2, 3, 4
3

Oglądany: 51421x | Komentarzy: 55 | Okejek: 226 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

26.01

25.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało