Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

No więc kurs spadochroniarza masz już za sobą? Oto co może cię spotkać później

23 459  
301   47  
Skończyłeś kurs. Ceny biletów za skok lecą na mordę w dół. Hurra! Po paru/parunastu skokach orientujesz się, że tak naprawdę g*wno wiesz i umiesz. Kurs AFF daje PODSTAWY do dalszego szkolenia się. Umówmy się – po kursie AFF uzyskujesz umiejętności, które pozwalają ci PRZEŻYĆ samodzielny skok i spektakularnie się nie zajeb*ć - nie zginąć, o ile sam nie dołożysz ku temu wytężonych starań. I TYLE. Albo AŻ tyle.

Ludzie i zdarzenia

Żeby się rozwijać/uczyć, musisz skakać więcej. Weekendy zaczynasz spędzać na lotnisku. W zasadzie wszystkie. O ile jest tylko SZANSA na skoczną pogodę – jedziesz na lotnisko. Rano w domu otwierasz oczy i patrzysz na pogodę za oknem. Są dwa typy pogody: skoczna i nieskoczna.

Prognozę pogody sprawdzasz częściej niż maila. W piątek nie idziesz na imprezę lub kończysz ją najpóźniej o 22, bo jutro jedziesz rano na lotnisko. Ewentualnie jedziesz na strefę bezpośrednio z pracy. Znajomi, z początku zafascynowani twoim nowym ekscytującym hobby, powoli zaczynają traktować cię jak nieszkodliwego dziwaka. Z przyjaciółmi tego problemu nie ma, bo to PRZYJACIELE. Różnica jest kolosalna.

Zdjęcia (w większości) pochodzą z albumu Kamila Pietrzaka na stronie Unsplash.

Od późnego marca do listopada (chyba że ktoś organizuje skoki zimowe) weekendy spędzasz na lotnisku. Zazwyczaj w strefie zrzutu da się wynająć łóżko w lokalnym przytulisku (hotelem bym tego nie nazwał). W pokoju standardowo znajdziesz 4-8 miejsc do spania. W okresie letnim i wiosennym dobrym wyjściem jest wzięcie ze sobą namiotu i śpiwora. Lokalni zawodowcy zazwyczaj śpią w przyczepach.Tak, jeżeli spędzasz na danej strefie wystarczającą ilość czasu (i jeżeli przynosi ci to zysk), inwestujesz w przyczepę.

Jak się zaaklimatyzujesz i zostaniesz, poznajesz innych, a inni poznają ciebie. Zyskujesz nowe grono znajomych. Z czasem przyjaciół. Zaczynasz układać własny spadochron (bo w końcu masz swój. Przecież ile można wypożyczać? Stary przetrzepany półtrup, ale lokalny rigger, z którym piłeś wódkę i któremu ufasz jak ojcu, sprzedał ci go za cena paczki smalcu z gwarancją na najbliższe 200 otwarć. O tym dalej.

Z czasem inne leniuchy/zawodowcy proszą cię, czy aby nie ułożyłbyś ich spadochronu, bo śpieszą się na wylot, a kibelek sam się nie odwiedzi… po jakimś czasie, skoro i tak masz kamerę, to może spróbowałbyś skoczyć z tandemem? Niby klient kamerzysty nie chce, ale jak wyjdzie film, to coś tam za materiał zapłaci, a ty się czegoś nauczysz i bilet się zwróci.

Wkręcasz się. W końcu przychodzi weekend, kiedy zdajesz sobie sprawę, że poskakałeś, pobawiłeś się… i jeszcze jesteś 5 złotych do przodu. Hosanna. Nie dokładasz. O szczęście niepojęte... W tzw. międzyczasie poznajesz ludzi - współskoczków. I tu ciekawostka:
skaczą wszyscy. Nie w znaczeniu, że każdy, kogo znasz, jest zamaskowanym skoczkiem, ale spotykasz ludzi z pełnego spektrum zdobytego wykształcenia i wykonywanego zawodu. Największa grupa to przedstawiciele wszelkiego rodzaju służb mundurowych: żołnierze, policjanci, strażacy, ale oprócz nich spotkacie piekarzy, kucharzy, murarzy, przedstawicieli handlowych, robotników portowych, aktorów, znachorów (a czasem i prawdziwych doktorów), pracowników biurowych i świadków Jehowy… No dobra – z tym ostatnim to się zagalopowałem, ale pasowało do rytmu i rymu. Ale nawet ksiądz się trafił.

W jednym wylocie w samolocie mogą siedzieć Pan Prezes Dużej Spółki i Pan Mareczek, spawacz z doświadczeniem. W kombinezonach wszyscy wyglądają tak samo. I to jest piękne. W zasadzie wszyscy są równi (zdarzają się wyjątki, ale o tym później). Na lotnisku zajmujemy się skakaniem, tematy rozmów zazwyczaj bardziej lub mniej kręcą się wokół skakania, nawet kobiety się za bardzo nie obgadują (wiem, cuda). Jeżeli spędzasz na lotnisku cały weekend, to chciał, nie chciał, wieczory także spędza się w swoim gronie. Często gęsto jakiś grill, coś do grilla… Wiecie, jak jest.

Wyjaśnijmy sobie od razu jedną rzecz: skakanie i picie nie idą ze sobą w parze. Można się napić, ale nie należy chlać, bo może to się skończyć źle. Albo i bardzo źle. Na tym etapie żarty się kończą. Aczkolwiek nie będę się wybielał... W paru (powiedzmy, że w paru) imprezach brałem udział i nie żałuję. Ludzie się rozluźniają, zaczynają się wspomnienia, opowieści – takie typowe historie przy ognisku. Jesteśmy we własnym gronie, nadajemy na podobnych falach… Poza fascynującymi zdarzeniami z przeszłości to też bezcenna kopalnia wiedzy i doświadczenia, jakim dzielą się inni skoczkowie – czasem zupełnie nieświadomie. A im bardziej poznajecie się nawzajem, tym bliżej ludzie was do siebie dopuszczają. Czasem coś komuś się wymsknie i nagle zdajesz sobie sprawę, że nowo poznany kumpel, który dwa tygodnie temu przyrządził nieziemskiego grilla to – dajmy na to – aktywny operator Formozy, albo jakiejś innej egzotycznej formacji.

Coś to zmienia? Nie. Ale poznajesz ludzi, których gdzie indziej raczej byś nie poznał. Słuchając bardziej doświadczonych skoczków, przy okazji się uczysz.
Ten kij ma dwa końce: czasem słuchasz historii, czasem sam zostajesz historią. Kiedyś wsiadaliśmy do maleńkiej Cessny, ja jako ostatni. Wszyscy już siedzą, ja się wpakowałem, po chwili samolot (nadal nieruchomy) powoli i z godnością zadarł dziób i oparł się o ziemię na ogonie. Nie wdając się w szczegóły konstrukcyjno/aerodynamiczne – bardzo źle. Pilot spojrzał się w tył:

Gruby – wypad. Dawać kogoś lżejszego!
Ze dwa miesiące później na zupełnie innej strefie w drugim końcu Polski poznaję przy grillu lokalnego pilota zrzucającego skoczków.

- Cześć. Marcin. Wołają mnie PanSmok.
- Cześć. Marek. Czekaj... PanSmok? To ty jesteś tym gościem, co posadził Cessnę na ogonie?
Kurtyna.

Każdy instruktor z paroletnim doświadczeniem, jakiego poznałem, ma w swojej szafie trupy. Nie dosłownie, ale jesteśmy tylko ludźmi i czasem popełniamy błędy. Czasem trafia się uczeń, który wyjątkowo „wywija” i czasem… nawywija. Nagrania z takich akcji są podstawą do potencjalnej utraty licencji, więc nikt się takimi materiałami nie chwali. Czasem bateria się w kamerze wyczerpie, czasem zapomni się włączyć kamerę, a czasem po prostu sprzęt zawiedzie. No sorry, nie nagrało się. A analiza takich nieistniejących materiałów to prawdziwa kopalnia wiedzy. Kto, co, gdzie, jak zrobił źle, co i w którym momencie można było zrobić inaczej lub lepiej. Bezcenne doświadczenie.


Przykład:
Kolega miał skok ze swoją byłą już studentką. Dziewczyna skończyła kurs AFF i skakała samodzielnie, aczkolwiek miała trochę przerwy i poprosiła o skok z instruktorem. Nie ma problemu. Wznoszenie, wyjście i skok przebiegły bez zastrzeżeń. Przyszedł czas na otwarcie, koleżanka (nazwijmy ją roboczo Andżela) szuka uchwytu pilocika inicjującego otwarcie spadochronu głównego i nie może go znaleźć. Zdarza się. Jest wysokość, jest czas. Druga próba, nie może znaleźć, kolega podlatuje do jej boku, żeby jej pomóc, trzecia próba (a czasu i wysokości ubywa), Andżela chwyta za uchwyt wyzwalający spadochron główny. Kolega przerywa procedurę awaryjnego otwarcia, bo Pani Skoczkini (istnieje taka forma?) ma wszystko pod kontrolą. W tym momencie Andżela, zamiast otworzyć spadochron, panikuje (ale dlaczego?), wrzuca biodro, destabilizuje sylwetkę, wywala się na plecy i ostro przyspieszając, w gwałtownych obrotach z dupą w kierunku ziemi, leci na spotkanie ze Stwórcą. Kolega rusza za nią jak doberman za listonoszem (czas i wysokość nadal się zmniejszają, tyle że szybciej), po paru sekundach dopada ją (wysokość), przekręca na brzuch (WYSOKOŚĆ), wali w zapas (czyli otwiera jej spadochron zapasowy), po czym natychmiast wali we własny zapas, bo św. Juda Tadeusz (patron rzeczy beznadziejnych) od mniej więcej ośmiu sekund napier*ala go już pastorałem po łbie, i to z dwutaktu. Jak sam potem stwierdził, ciekaw był tylko jednej rzeczy: czy otworzył zapas, ZANIM zadziałał automat, czy nie. Okazało się, że był szybszy, nie musiał wymieniać przecinaka w automacie. Bo to kosztuje.

Czasem impreza zaczyna żyć własnym życiem i dzieją się cuda. Zazwyczaj skacze się do zachodu słońca, latem skakany dzień kończy się w okolicach 21. Jakiś prysznic, trzeba odpalić grilla, albo gdzieś iść, żeby coś zjeść. 22:00 piwko (albo i dwa) i już jest 23. A rano trzeba zwlec się z łóżka o siódmej.

Ale zdarzają się wyjątki...

No bo załóżmy: mamy sobotę rano, sierpień czy też inny ciepły miesiąc, w piątek wieczorem troszkę się poskakało, grillek, było zacnie i sympatycznie. Weekend zapowiada się fantastycznie. W rzeczoną sobotę się budzimy, a tu wbrew wczorajszym prognozom mokro, buro i ponuro. Chmury leżą na ziemi (mgła jak cholera). Czekamy, aż wyjdzie słonko i to ogrzeje. O jedenastej nadal mamy nadzieję. O trzynastej szef wylotów oficjalnie stwierdza, że z tego już dziś skakania nie będzie, choćby skały srały. Pogoda wyprostuje się w nocy, a skoro noc będzie pogodna, to jutro murowana dobra pogoda.

Do domu za daleko, większość ekipy zostaje. W okolicach godziny czternastej zapada grupowa decyzja: impreza. Trzeba pojechać po zapasy, przygotować jedzenie (he, he) itd., itp. Impreza rusza w okolicach szesnastej. Staram się nie przeginać, bo jutro o ósmej rano jestem zaplanowany w pierwszym wylocie, ale co poniektórzy w okolicach dwudziestej stwierdzają, że taka okazja nie zdarza się często, chromolę – jutro nie skaczę, a dziś możemy się pobawić. I to jest moment, w którym posiadówa przy piwie i kiełbaskach przeradza się w melanż z zadatkami na melanż epicki. O mniej więcej rozsądnej porze idę spać – balety trwają w najlepsze.

O 8.00 rano jest pierwszy wylot. 7.50 - na tzw. linii sprawdzenia czeka cała ekipa zaplanowana na dany skok, karnie ustawiona w szereg, czekając na (i tu nie będzie dużego zaskoczenia) sprawdzenie przed wylotem. Zawsze ktoś sprawdza, czy dobrze założyliście spadochron, czy wszystkie taśmy są dopięte, czy wszyscy mają kaski, gogle, włączone automaty, wyzerowane wysokościomierze, kto co robi w powietrzu, ustalana jest kolejność opuszczania samolotu itd.

Poranek był rześki, niebo (zgodnie z prognozą) niebieściutkie. Sprawdzenia dokonywał szef wylotów. Noc była chyba ciepła, bo twarz miał czerwoną. Powitanie też było dalekie od standardowego.

K T Ó R E!!!??? (ciśnienie fali uderzeniowe wywołanej rykiem łysego lwa zakołysało niemożebnie skacowanym szeregiem Rycerzy Przestworzy) KTÓRE chochliki, niecnoty, nieodzowni synowie matek o ustalonej, acz nikczemnej reputacji, z rażącymi brakami na polu posiadanych cnót niewieścich – tu wybaczcie, ale na bieżąco przekładam z wojskowego na cywilny, bo mogą czytać to dzieci – KTÓRE psiajuchy urządziły sobie wyścigi samochodowe po pasie startowym o czwartej rano???!!!

Krótki rachunek sumienia. To nie ja. Spałem. Nic nie słyszałem.

Jak namierzę i dorwę, to zawieszę na miesiąc!!!
I tu krótkie wyjaśnienie. Spora część kadry ma wojskową przeszłość. Tak jest i już. Pewne nawyki zostają. Przestępstwo się dokonało, opier*ol musi być. Ofiar w ludziach nie było, strat w sprzęcie brak, nikt nikogo nie złapał za Freda w momencie popełniania wykroczenia. Dwa stojące na parkingu (wyraźnie bardziej od pozostałych brudne) samochody to tylko poszlaki. Sprawa się rozmydli. Za tydzień ktoś może o tym wspomni, za dwa tygodnie sprawa zostanie uznana za niebyłą, a w zasadzie to bardziej za opowieść z przeszłości. Ale procedury zostały zachowane.


Tak sadzi się marchewki

Inny dzień. Pierwszy wylot. Trochę mokro, trochę mgliście... nieważne. Skok udany, otwarcie czaszy w normie. Wszystko przebiega wg procedur – tylko gdzie, u licha, jest lotnisko? Pierwszy skok danego dnia to taka trochę loteryjka. To na podstawie tego skoku określa się jak bardzo na górze wieje, jaki jest spływ, kierunek wiatru itd. Trochę czasu spędziłem, szukając lądowiska/pasa startowego – znalazłem – i już wiem, że choćby skały srały, nie dociągnę do lądowiska. Za daleko. W takich wypadkach po skoczków wyjeżdża dyżurny samochód, a cała banda dyndających patałachów ma za zadanie wylądować w miarę w tym samym miejscu, coby zbierać ich z tego samego punktu. Koledzy na mniejszych/szybszych czaszach (bardziej doświadczeni) opadają dużo szybciej, więc to oni wybierają punkt lądowania, a cała reszta zazwyczaj się dostosowuje.

Pod nami śliczny czarny prostokąt. Siadamy. Lądowania poprzedników wyglądają jakoś dziwnie, ale nic to. Za nisko i za późno na kombinowanie. Dzień wcześniej chłop zaorał pole. W nocy popadało. Widzieliście kiedyś, jak się z ziemi wyciąga marchewki? Tu nastąpił proces odwrotny. Osobiście zaciągnąłem (wyhamowałem) spadochron trochę za wcześnie i ostanie dwa metry spadłem pionowo. Do pół łydki w glebę. Koledzy na szybszych czaszach siadali na du… na pupach – po tym, jak dwóch pierwszych siadało na nogach i zrobiło „dzięcioła”. Zwlekliśmy się jakoś z tego cholernego pola na drogę i czekamy na transport. Humory nie dopisują. Większość kolegów mniej lub bardziej uwalana w glebie. Nic tak nie poprawia nastroju, jak świadomość konieczności gruntownego czyszczenia kombinezonu i sprzętu z samego rana…

- Szefie...
- CZEGO!?
- Mam wrażenie, że jesteśmy najbrzydszą bandą ku*ew, jaka kiedykolwiek stała przy tej drodze…

Grupowy śmiech nieco rozluźnił atmosferę…

Nasz Dziadziuś pokazał prawdziwą twarz

Jak już wspominałem, na strefie jest sporo wojskowych. Nie znam zależności między nimi, ale to specyficzne środowisko. Tego dnia przyjechał jakiś „nowy” (aczkolwiek doświadczony) skoczek i skakał razem z nami. Nie wiem, o co poszło, ale wywiązał się jakiś konflikt pomiędzy nim a jednym ze skoczków z „naszej” strefy. Przy okazji okazało się, że obaj są wojskowymi, nie wiem z jakich jednostek, ale jeden to kapral, a „nowy” to oficer. Nie mam pojęcia, czy była między nimi jakaś zależność służbowa, ale fakt pozostaje faktem – Pan Porucznik postawił Pana Kaprala na baczność i zaczął klarować mu swoją wizję świata z pozycji przewagi rangi. Ktoś zauważył, ktoś podał dalej…

Skacze u nas pewien dziadziuś. Tzn. ja nazywam go dziadkiem. Przemiły, siwy jak gołąbek, szczupły, starszy pan, wiecznie uśmiechnięty, dusza człowiek. Gdyby był grubszy, występowałby w świątecznych reklamach Coca-Coli. Dziadziuś zjawił się znikąd, podszedł do perorującego Pana Porucznika i stanowczo, oraz wytrącając go nieco z równowagi (ale nadal z uśmiechem), poprosił go na chwilę na bok. Poszli za Manifest. I tu nie wiem, co się stało: dziadziuś albo ściągnął, albo założył maskę. Okazało się, że w zawodowym życiu dziadziuś był wojskowym i skończył służbę troszkę wyżej niż w stopniu porucznika. W ciągu paru sekund wyszedł z niego TREP. Ludzie, jak on go JE*AŁ… Maestria w czystej formie. Prawie mi było typa żal. W krótkich wojskowych słowach dał mu jednoznacznie do zrozumienia, że tego typu zachowanie na JEGO STREFIE nie będzie tolerowane, praca jest w pracy, a tu jest czas wolny od służby. A jeżeli jemu to nie odpowiada, to załatwią sprawę służbowo. Po czym z powrotem przybrał dobrotliwy wyraz twarzy i poszedł zajmować się tym, czym zajmują się skaczący dziadziusiowie. Pana Porucznika więcej na tej strefie nie zaobserwowałem… Poezja w formie czystej.

Skoki nocne

Raz na jakiś czas organizowane są skoki nocne. Zazwyczaj latem. Jak sama nazwa wskazuje, idea polega na tym, że skaczemy w nocy. Fascynujące? Tak. Szczerze? Kurewsko przerażające. Do skoków nocnych potrzebujesz:

  • A: Licencji B (USPA B lub ŚK)
  • B: latarki – musisz być w stanie sprawdzić, czy czasza otworzyła się prawidłowo i czy trzyma kształt i jest sterowna.
  • C: zestawu światełek upodobniający cię do choinki, pozwalający innym skoczkom dostrzec CIEBIE.

Noc z poziomu gruntu to ciemność plus parę światełek.

Ziemia nocą z poziomu wysokości paru tysięcy metrów to… choinka.

Tysiące światełek układających się we wszelkie możliwe mandale. A któreś z tych światełek to poszukiwane przez ciebie lotnisko. Zazwyczaj lotnisko usytuowane jest na granicy jakiejś zamieszkałej przez ludzi strefy, reszta tej strefy to istna feeria barw, a ty MUSISZ ZNALEŹĆ PAS STARTOWY, albo wylądujesz w tzw. D*PIE - dosłownie i w przenośni.

Na czas skoków nocnych z klubowej wypożyczalni jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikają spadochrony szkolne i przejściowe. Pogardzane na co dzień czasze o rozmiarach towarowo-bydlęcych nagle zyskują grono zajadłych zwolenników. Zawodowcy skaczący na 120. nagle przesiadają się na 170. lub 190. (mówimy o stopach kwadratowych powierzchni czaszy ) i nikomu brewka nie drgnie. Masz spadochron? Skaczesz. Nie masz czaszy? Sorry, peszek. Kto pierwszy, ten lepszy.


Na szczęście ktoś pomyślał. PIERWSZY skok dla łosia takiego jak ja jest z 1500 m. Z tej wysokości ciężko jest w lotnisko NIE TRAFIĆ. Spektakularny sukces. Owacje na stojąco. Drugi skok – 4000 m. Jak zawsze. I tu zaczynają się schody. Wyskakujesz w środku ekipy, bo za bardzo doświadczony nie jesteś, a tu ZONK. Ziemia z 4 kilometrów wygląda ZUPEŁNIE inaczej niż z 1500 m. Szok, niedowierzanie, zatwardzenie. Gdzie jest to cholerne lotnisko? Innych skoczków nie widzisz, bo jest noc, do cholery, a ich latarki świecą pod ICH czaszami. Stres 120%. Gdybyś w tym momencie pierdnął, to byś gwizdnął. Takie napięcie. Szukasz. To coś na prawo wygląda jak lotnisko. Po pewnym czasie okazuje się, że masz rację. Stres 90%. Zadowolenie 180%. Ostatnim razem byłem tak zesr*ny na kursie AFF. Warto? WARTO!!!

Wyjazdy poza kraj

Jedziemy za granicę. Masz własny spadochron. Wieziesz go jako bagaż podręczny, bo główny może się zgubić i z wyjazdu nici. Komplet dokumentów załączony. Najwięcej potencjalnych problemów sprawia nabój przecinaka, bo to, nomen omen, nabój. Skaner i ZONK.

- Co to jest?
- Spadochron.
- Co???
- Spadochron.
- Proszę otworzyć.
- Cycki sobie otwórz, baranie.
- CO!??
- Powiedziałem, cycki sobie otwórz. To jest spadochron i jak ci go otworzę (a szczególnie zapas), to zamykać go może tylko rigger. Kto to potem zamknie? Ani ja, ani (szczególnie) ty do tego uprawnień nie mamy. Kto za to zapłaci? (przekładka zapasu kosztuje). Ty zapłacisz? Wątpię. Jak c się nie podoba, to sprawdź sobie przepisy dotyczące przewozu spadochronów (istnieją takowe, szczególnie zgodne z przepisami USPA, respektowane na świecie), albo znajdź na zmianie kogoś, kto skacze (wbrew pozorom wysokie prawdopodobieństwo). Jak masz wątpliwości, to papiery do przewozu, łącznie z opisanymi skanami prześwietleń, masz tu…
- Pan mi nie będzie mówił, co ja mogę, a co…
- Nie pierd*l mi tu, tylko wołaj starego (przełożonego) albo kogoś, kto ZNA procedury.
Może trochę przerysowałem, ale tak mniej więcej wyglądała moja rozmowa na lotnisku w Maladze.

Efekt – przyszedł starszy szeryf, popatrzył:

Spoko, przepuść pana.

Krokodyle to nie przelewki

Kolega zaprosił mnie na skakanie w innym kraju. Nie wnikając w szczegóły, kraj z gatunku bardzo ciepłych, baza wojskowa. Skoki za darmo, tylko trzeba przylecieć na miejsce we własnym zakresie, skoki i zakwaterowanie jako takie za darmo… bo tak. Sponsoruje wojsko. Nieważne. Wstępne rozpoznanie terenu na podstawie zdjęć lotniczych:

- Tu masz pas startowy, tu są budynki bazy, tu jest kantyna, tu są pola minowe - tam nie ląduj, tu na prawo masz drogę, jakbyś się nie zmieścił, to siadaj tutaj. Tu na lewo dżungla, tam nie siadaj, dżungla gęsta jest. Ciężki dostęp. Ogólnie słabo. Na północy bagna. Tam nie siadaj, cokolwiek by się nie działo. Gdziekolwiek byle nie tam. To już lepiej w dżungli.
- A co? Tak głęboko?
- Nie, tyle krokodyli. Jak tam usiądziesz, to nie zdążymy do ciebie dotrzeć.

Z tamtej strony nie było nawet pola minowego. Tylko siatkowe ogrodzenie.
Wierzcie lub nie, coś takiego zmienia postrzeganie świata. Brwi uniosły mi się chyba za potylicę…

Nowa strefa. Inny kraj, inni ludzie. Anglia…

Przed skokiem w nowym miejscu wypada (i należy) zapoznać się z topografią terenu, zdjęciami lotniczymi okolicy, zasięgnąć porady dotyczących lokalnych zagrożeń, przeszkód terenowych itd., itp. Podstawy…

Trzeci skok na strefie pierwszy danego dnia, ranek, pochmurno. Wznoszenie, wyrzut, skok bez problemów, otwarcie w chmurach. Na 1000 m wiszę pod chmurami. Centralnie pode mną linia przesyłowa wysokiego napięcia. ZONK. Pamiętam mapę terenu, linia przesyłowa jest na północny zachód od lotniska. Wszystko świetnie, ale gdzie jest wschód? Wiszę CENTRALNIE NAD liniami. Nie widzę słońca, jeden zakręt 360 stopni... nie widzę lotniska, drugi zakręt - nie widzę lotniska. Wysokość maleje. Lecieć na prawo czy na lewo? Już wiem, że do lądowiska nie dociągnę. Trzeba znaleźć pole do lądowania. Na lewo od linii albo prawo – wybieraj. Lądowanie NA liniach wysokiego napięcia nie wchodzi w grę – już widzę te nagłówki w gazetach:

SKOCZEK WYLĄDOWAŁ NA LINII TRAKCYJNEJ - WSCHODNIA CZĘŚĆ ARSESHIRE ODCIĘTA OD PRĄDU NA OCHNAŚCIE GODZIN.
Mowy nie ma. Tu budynki, tam kable – niebezpieczeństwo. Trzeba podjąć decyzję. W oddali widzę tor do wyścigowy (chyba psów). Ktoś powinien mi tam pomóc. Pomiędzy – pola. Tu na polu ganiają konie, tam na polu pasą się krowy. Co jest bardziej niebezpieczne? Szacowanie ryzyka mode on. Konie – ogiery. Może być słabo. Krów więcej, ale to… krowy. Wybieram krowy. Podejście pod wiatr, lądowanie. Dalekie od ideału, wylądowałem „na czterech”, ale jest spoko. 30 cm od mojej prawej ręki ogromna krowia kupa. Dzięki ci Boże za okazaną łaskę. Sprzęt czysty, ja czysty. Ideał.


Wstałem, zwinąłem sprzęt na ramię, szukamy drogi wyjścia z pastwiska. Krowy patrzą na mnie tym swoim tępym krowim wzrokiem i powoli ustawiają się w „wianuszku”. Duże te krowy. W tym momencie cofnijmy się na chwilę do szkoły podstawowej na lekcję biologii. Ponieważ tu następuje ten strategiczny moment, kiedy uświadamiasz sobie, że Matka Natura wypuściła na rynek jeden model krowy z pojedynczym cyckiem. BYKA. A ty wylądowałeś pomiędzy krowami, młodymi i BYKAMI. Pierwsza świadoma myśl:

Panie BOŻE, NAPRAWDĘ???
Druga świadoma myśl:

K*RWA. Zginę tu.
Skończyła się skala na moim osobistym gówn*metrze.

Ponownie widzę nagłówki w gazetach:

„Spadochroniarz stratowany przez stado byków”.
Jest słabo. Tak słabo, że chyba słabiej być nie może.
NIGDZIE w historii literatury nie znajdziesz porównania: spokojny jak byk.
Silny jak byk – to prędzej. Szalony jak byk – prędzej. J*bnięty jak byk – w punkt!

W telegraficznym skrócie – mam przejeb*ne tak, jak jeszcze nie miałem. Widzieliście kiedyś zdjęcia spadochroniarzy? Kolorowe kombinezony, kolorowe spadochrony. Stoję jak ten sierota ubrany w czarno-czerwony kombinezon, niebieski pokrowiec z żarówiasto zielono-biało-niebieską szmatą na ramieniu. Jak klaun na strzelnicy. Brakowało mi tylko przyczepionej tarczy.

Czy można spocić się w ciągu dwóch uderzeń serca? Można. MOMENTALNIE oblał mnie zimny pot. To nie jest figura retoryczna. Adrenalina 180%. Pot 100%. Strach 110%. A ja mokry od głowy po pięty. Niektóre gatunki zwierząt bardzo bronią młodych i są przy nich agresywniejsze. Jak to jest w przypadku byków? Nie wiem, opuściłem ten cholerny wykład na weterynarii. Jak zresztą wiele innych. Może powinienem był studiować weterynarię, a nie pieprzoną informatykę?

Czuję się jak ten gość, który wszedł razem z drzwiami do lokalu tylko po to, by zorientować się, że trafił na nadzwyczajne walne gromadzenie Stowarzyszenia Miłośników Gwałtownego Wpi*rdolu. Stoję i kombinuję jak przeżyć. Do najbliższego ogrodzenia jakieś 30 metrów. Zaczynam iść. Adrenalina prawie wycieka uszami. Gdyby istniały Mistrzostwa Świata w Nonszalanckim Spacerze na Przełaj, to jestem w finale i walczę o pudło. Idę, idę, a odległości jakby nie ubywa. Nie oglądam się. Z tyłu głowy cały czas kawalkada myśli: wystarczy, że jeden się ruszy. Czy usłyszę tętent? Czy będzie bolało? Czy długo to potrwa? Do ogrodzenia jeszcze ze 20 metrów. 15. 10. 5. Drewniany płot ma ze dwa metry. Na ostatnich 3 metrach nie wytrzymałem i ruszyłem z kopyta. Nie wiem, jakie jest minimum olimpijskie do skoku wzwyż, ale mam wrażenie, że bym się kwalifikował. Z tym cholernym spadochronem na ramieniu nie tyle przeskoczyłem, ile przeteleportowałem się na drugą stronę płotu, nawet go nie dotykając. Przynajmniej tak to pamiętam. Rzut oka na krówska. Nie drgnęły nawet o milimetr. Pole, na które przeskoczyłem, okupowały 3 ogiery. Piękne zwierzęta. Jak zobaczyły wariata - w tył na lewo, kita w górę i ewakuacja na przeciwległą stronę wybiegu. Tym razem to ONE nie ryzykowały.

Dlaczego przeżyłem? Wg mnie byki nie ogarnęły sytuacji. Mózg działa wybiórczo. Przykład: przez cały czas nasze oczy widzą nasz nos. Ta informacja jest w codziennym funkcjonowaniu zbędna, więc mózg ją pomija. Jak się na chwilę skupicie, możecie dostrzec swój nos, ale na co dzień nie rzuca się on w – nomen omen – oczy. Na podobnej zasadzie, jeżeli przekroczycie pewną barierę abstrakcji tego co dzieje się wokół, wasz mózg wywala flagę „pierd*lę, nie robię”. To się nie zdarzyło. Wyobraźcie sobie, że stoicie w katedrze na mszy celebrowanej przez papieża, a tu nagle wpada Kaczyński w stroju baletnicy, tanecznym krokiem pląsa do ołtarza, z przepraszającym uśmiechem rzuca „przepraszam, ja tylko po misia”, po czym z misiem pod pachą wypląsuje z katedry. Powszechna cisza i bezruch. Bariera absurdu została przekroczona.

Jak to musiało wyglądać od strony byków? Nie wiem. Prawdopodobnie jakiś czas potem jeden stary byk podszedł do najstarszego byka w stadzie i zapytał:

- Hieronimie, co tu się właśnie odjeb*ło?
Hieronim bierze głęboki wdech w celu udzielenia wyczerpującej odpowiedzi, chwila zastanowienia. Spojrzenie na krowy, na niebo, na kopyta, na kumpla, znowu na niebo. Wydech. Tu następuje byczy odpowiednich wzruszenia ramion.
- Nie wiem, Ferdynandzie. Nie wiem.

Doszedłem do torów z pieskami, jakaś dobra dusza podrzuciła mnie na lotnisko. Odmeldowałem się w manifeście. Po chwili przez lokalny system głośników poszła wiadomość:

Uwaga, uwaga. Polak się znalazł…
Potem jeszcze znalazł mnie pilot i przeprosił. Wyrzucił nas odrobinę za wcześnie. Zdarza się.

Nigdy nie kupię samochodu „demo” z salonu.

Raz na jakiś czas organizowane są imprezy typu boogie. Polega to na tym, że zbiera się większa ekipa ludzi i skaczemy cały tydzień. W międzyczasie szkolenia, pogadanki, hulanki, swawole. Na jedno takie boogie znajomy skoczek będący szefem przedstawiciela marki (powiedzmy, że Żuk) przyprowadził dwa najnowsze sportowo/terenowe modele Żuka. Dzień w dzień po zakończeniu skoków kto chciał, mógł sobie Żukami pojeździć. Jeżdżenie polegało na tym, że ścigaliśmy się po całej długości trawiastego pasa startowego. Jeden w automacie, drugi w manualu. W automacie oczywiście tryb sportowy. W manualu zmiana biegu w okolicy czerwonego pola obrotów. Na samym początku oczywiście spytaliśmy, co możemy z autami robić.

Tylko mi ich nie wydachujcie.
Przez cały tydzień auta opuszczały lotnisko tylko na dotankowanie. Co dostały po dupach, to ich.

Nigdy nie wiesz, co jest w chmurze

Lipiec. Upał. Na ziemi ze 30 stopni w cieniu. Jakbym mógł, skakałbym w stringach. Na górze urocza temperatura w okolicy 10 stopni. Cudo. Lecimy sobie L-410, bardzo fajna, wygodna dwusilnikowa maszyna ukraińskiej produkcji. Kolejny wylot. Na mniej więcej 3000 m wchodzimy w chmurę. Wyrzut na wysokości 4000-4200. Do wyrzutu lecimy w chmurze. Sygnał do otwarcia drzwi. Kolega otwiera. W tym momencie do środka samolotu wali śnieg. Nie, że pojedyncze płatki. Normalna śnieżyca na pełną skalę. Taka z widocznością na dwa metry. Jakbym nie zobaczył, to bym nie uwierzył. Nigdy nie wiesz, co jest w chmurze. Nigdy.
---
A propos. Jesień. Pochmurny dzień. Przyleciał nowy samolot i lokalny pilot przeszkalał się na ten typ maszyny. Polega to na tym, że lata ileś tam godzin w asyście drugiego pilota, który ma uprawnienia instruktora na ten typ maszyny. Przy czym to pan instruktor rządzi. Coby nie marnować czasu i kasy, wyrzuty idą swoim rytmem, tylko do samolotu wchodzi jeden skoczek mniej (bo jest dwóch pilotów).

Nie wiem, na jakiej wysokości wchodzimy w chmurę. Buja jak cholera. Na szczęście na pokładzie nie ma tandemów, bo prawdopodobnie ktoś pojechałby do Wymiotkowa albo jeszcze dalej. Powolutku się wznosimy. Siedzę przy pilotach, czyli jestem ostatni do wyjścia. Słyszę, jak rozmawiają: nasz sugeruje, żeby wyjść z tej chmury kosztem paru minut lotu dłużej. Instruktor mówi, że jest OK, lecimy dalej tak, jak lecimy.

Wznoszenie idzie powoli. Samolot ewidentnie walczy. W pewnym momencie kolega, który siedzi obok, bardzo doświadczony skoczek, klepie mnie w ramię i pokazuje na okno. Na początku nie załapałem. Na zastrzale (taki pręt pomiędzy skrzydłem i kadłubem wzmacniający sztywność maszyny) zaczyna budować się lód. Nie wszystkie samoloty mają instalacje odladzające. Lód bardzo szybko zwiększa masę maszyny. Kontynuujemy wznoszenie. Piloci rozmawiają cały czas. Brzęczyk informujący o zbyt małej szybkości w zasadzie już nie cichnie. Na mniej więcej 3500 m samolot zaczyna zachowywać się dziwnie. Nie potrafię tego dokładnie wytłumaczyć, samolot zaczyna jakby delikatnymi ruchami pływać na boki. Nagle drugi pilot odwraca głowę w tył. Ten wiecznie uśmiechnięty, optymistyczny facet, z którym przegadałem przy piwie nie wiem ile wieczorów ma spoconą twarz, oczy jak 5 złotych i ryczy. Dosłownie RYCZY:

LÓÓÓD!!! WYPIERD*LAĆ!!!
Sekundę później samolot przeciąga, wali się na skrzydło i spada.

Zabawa zamienia się nagle w walkę o życie. W takich warunkach otwarcie drzwi to wyczyn. Na szczęście u nas role drzwi pełnił kawałek grubszej i odsuwanej dykty. Po paru sekundach udaje się go przesunąć. Te drzwi przesuwało dwóch rosłych napompowanych adrenaliną chłopów. Mieli z tym nieliche problemy. Po wszystkim okazało się, że kolega, który siedział bezpośrednio za drzwiami, nieświadomie blokował je kolanem. Zorientował się o tym później, bo jego kolano wyglądało, jakby nieumiejętnie bawił się młotkiem. Awaryjne wyjście z samolotu nie ma w sobie nic dostojnego. To jest pożar w burdelu.

Siła odśrodkowa wirującego samolotu przyklejająca nas do burt nie pomaga ni cholery. To jest naprawdę ratowanie dupy. Kolega siedzący przede mną złapał się krawędzi drzwi, złapał mnie za taśmę piersiową, podciągnął się do drzwi, wywalił nogi na zewnątrz i ta sama siła odśrodkowa, która utrudnia poruszanie się, pomogła mu wytargać mnie z samolotu w momencie kiedy sam aktywnie nad tym pracowałem. Chaos w formie czystej. Wyjście, separacja, stabilizacja, otwarcie.

Co z samolotem, spytacie? Spadli 2000 metrów, lód odpadł, masa spadła, wyrównali na 800 metrach. Tego wieczora popiliśmy.

Nie ma nic gorszego niż pierdy....

Ludzie to fabryki gówna. Dosłownie. Jesz, trawisz, wydalasz. I tak bez końca. Ot, życie.
Wraz ze wzrostem wysokości zmniejsza się ciśnienie. Wraz ze zmianą ciśnienia zmienia się objętość gazu w naszych kichach (zgodnie z prawem Boyle’a-Marriotte’a). Przy wznoszeniu objętość gazów rośnie. Im większy samolot (więcej skoczków), tym większa statystycznie szansa, że ktoś walnie Grzmota. Im mniejszy samolot, tym bardziej upakowani i skompresowani na danej przestrzeni są skoczkowie. Sam nie wiem, co gorsze.

Skoczkowie znają zagrożenie, więc w dobrym zwyczaju jest, aby wsiadać do samolotu z opróżnionymi trzewiami. Ale jak dobrze pewnie wiecie, jest teoria i jest praktyka. Czasem wezwanie Matki Natury dopada cię na linii sprawdzenia lub przy pakowaniu się do samolotu. Jak masz szczęście, wytrzymasz przynajmniej do momentu otwarcia drzwi przed wyskokiem. Tam wentylacja jest taka, że nikt nawet nie zwróci uwagi. Powszechną praktyką jest zwalanie winy za smród na pokładzie na pasażerów tandemów. Oni nie znają powagi sytuacji i są w stresie. Te okoliczności wybitnie nie pomagają w procesie zarządzania kichami.

Czasem lecisz przepełnionym samolotem, kiedy kumpel z uśmiechem Mona Lisy mówi „pociągnij mnie za palec”. Przynajmniej nadaje otwartym tekstem i wiesz, na co się przygotować. Najczęściej ludzie mają nadzieję na Cichego Bezwonnego Ninję z kategorii TO NIE JA. Kombinezony skoczków są w 99% wiatroszczelne, więc smród unosząc się do góry, uchodzi kołnierzem. Czasami ktoś walnie cichacza, a inni zgodnie z zasadą „skoro on się nie powstrzymał, to po cholerę ja mam się męczyć” dołączają do uwertury na trzy dupy.

ALE:
Wróćmy na chwilę do szkoły podstawowej. Plastyka. Zmieszanie farby o kolorze czerwonym i zielonym daj nam w efekcie kolor żółty. Efekt końcowy NIJAK nie przypomina wyjściowych składników składowych.
Z bączurami zasada jest ta sama: NIGDY NIE WIESZ, co wyrwie się z twoich trzewi.

Czasami już jeden Zjadliwiec uprzykrza lot na wiele minut. I nie mówimy tu o Lawendowym Świstaczku, który umknął nastolatce pląsającej beztrosko po łące konwalii. Chodzi mi o Andrzeja Spawacza, z wątrobą jak rzeszoto, który piątkowe chlanie podsumował sobotnią jajeczniczką na cebulce popchniętą dwoma Red Bullami. Czasami, CZASAMI dwa oddechy Swaroga spotkają się. I zmutują. A wtedy Wrota Mordoru uchylają się i bestia wychyla obmierzły łeb. Imię jego Legion, bo jest ich wielu. Nie mówię tu o smrodzie, który wykręca nos. Chodzi mi o nieślubne dziecię iperytu i przepełnionej sławojki w ciepłe sierpniowe popołudnie. Smród, od którego szczypią oczy i który uniemożliwia oddychanie. Smród, który sprawia, że masz ochotę wydrapać dziurę w burcie, przy której siedzisz i wyskoczyć bez względu na aktualną wysokość. Załzawionymi oczami sprawdzasz wysokościomierz i wiesz, że do wyrzutu jeszcze z 7 minut. Nie ma nadziei. Nie ma planu B. Tylko cicha agonia. Bóg odwrócił swe oblicze…

Byłem w wylocie, gdzie na mniej więcej 3000 metrów pilot przerwał wznoszenie i nakazał otwarcie drzwi w celu wietrzenia - a jak nie, to on spi*rdala. Nie dał rady. Nie dziwię mu się. Nie winię go. Sam miałem ochotę wydrapać sobie oczy, byle tylko ulżyć cierpieniu…
I tak to się kręci…
Kocham ten sport.

Jeśli chcielibyście poczytać więcej o tym, jak rozpocząć przygodę ze spadochroniarstwem, to zapraszam do dwóch poprzednich artykułów TUTAJ oraz TUTAJ.

7

Oglądany: 23459x | Komentarzy: 47 | Okejek: 301 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało