Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Wyjechała z Polski, aby pomagać porzuconym dzieciom w Ugandzie

23 827  
107   86  
Dzisiaj w wywiadach Joe Monstera Ania. Anna Małecka-Mutambi od 2014 roku regularnie przyjeżdżała do Ugandy na wolontariat. W 2016 roku zdecydowała się na otwarcie Fundacji Agandi, by realizować swoją życiową misję, którą jest pomoc potrzebującym w Afryce. Ratuje życia porzuconych dzieci w Ugandzie, zapewnia dach nad głową, posyła je do szkół i szuka dla nich rodzin zastępczych.

Archiwum prywatne

Paweł Kłoda: Jak ci się żyje w Ugandzie?

Anna Małecka-Mutambi : To złożona kwestia. Ja mieszkam w dobrych warunkach, od kilku lat staramy się z mężem zbudować dom rodzinny na wzór tego z Polski. Borykamy się jednak na co dzień z takimi problemami jak przerwy w dostawie prądu, brak wody przez kilka dni. Oczywiście nie mamy takich udogodnień jak pralka, zmywarka czy sprzęt do sprzątania. Szmata, mydło i na kolanach robi się porządki. To nie są wielkie wyzwania, ale kiedy nazbiera się ich cała lista, to robi się trudno. Dostępność do wielu usług czy produktów jest mocno ograniczona. Wszystko jest też mocno rozciągnięte w czasie, jak na przykład czekanie w kolejkach sklepowych. Jeśli planuję wykonać pięć rzeczy do południa, to realnie uda mi się dwie. Życie jest tutaj mocno nieprzewidywalne. Wszystko wzmaga fakt, że jestem inna, biała. Mimo że żyję w dużym mieście, nadal wzbudzam sensację.

Ciągle jesteś dla nich „obcą”?

To zależy, gdzie się poruszam. Na terenie mojego osiedla już nie jestem „obcą”, raczej wszyscy się do mnie przyzwyczaili. Kiedy zaś odwiedzamy wioskę męża, to jest trochę zamieszania z mojego powodu. Myślę, że dużo zależy od poziomu edukacji tutejszych ludzi, na ile znają świat zewnętrzny.


Archiwum prywatne

Co miejscowi sądzą o twojej działalności, o prowadzeniu domu dziecka w ich kraju?

Raczej patrzą na to pozytywnie, powiedziałabym nawet, że większość cieszy się tym faktem. Są jednak osoby, które twierdzą, że moja działalność to czysty biznes, wzbogacanie się na biednych dzieciach. Instytucje, które prowadzą podobne działalności, patrzą na mnie krzywo, bo staram się to robić inaczej, niż wszyscy dookoła. Zmieniam standardy i nadeptuję niektórym na odcisk.

Mimo wszystko trochę rozumiem obiekcje miejscowych.

Hmmm…

Pomyśl, że Ugandyjczyk otwiera dom dziecka w twoim rodzinnym kraju. Nie jest to oczywisty krok.

Zgadzam się, to może dziwić. Muszę jednak wspomnieć o pewnej rzeczy. Ostatnio mama wspominała mi historię moich narodzin. Przy porodzie byli obecni praktykanci z Afryki. Praca na tym kontynencie była chyba moim przeznaczeniem (śmiech)!


Archiwum prywatne

Zaczynam się lekko stresować, bo poród mojej żony odbierał Nigeryjczyk!

[Śmiejemy się z Anią przez dłuższą chwilę]

Nie wiem, gdzie wylądujesz, ale mnie zawsze ciągnęło w ten rejon świata.

Mama często cię odwiedza?

Przyleciała do mnie pierwszy raz w 2014 roku. Mama działa też tutaj niezależnie ode mnie. Na początku współpracowałyśmy, ale kiedy postanowiłam tutaj zamieszkać, nasze drogi nieco się rozeszły.

Czyli obyło się bez szoku?

Szok był, nie dało się inaczej (śmiech). Mama pomagała mieszkańcom Afryki poprzez zbieranie funduszy w Polsce. Nigdy nie przyszło jej do głowy, żeby tu przylecieć. Kiedy usłyszała, że wybieram się do Afryki, to nie była zadowolona. Uznała, że to szaleństwo.


Archiwum prywatne

Jak długo trwał twój pierwszy pobyt na Czarnym Lądzie?

Planowałam trzytygodniowy wolontariat, zostałam na trzy miesiące. Trudno opowiedzieć komukolwiek jak było, bo to jest inny świat. Mama za pierwszym razem przyleciała do mnie na trzy tygodnie i myślę, że była w dużym szoku po tym, co tutaj zobaczyła.

Co sprawiło, że zupełnie inny świat stał się twoim drugim, a w zasadzie pierwszym domem?

Moje odczucia po pierwszych trzech wizytach w Ugandzie były bardzo mieszane. Piękno przeplatało się z tragizmem. Spotkałam się z trudnym odbiorem mojej osoby i twardą rzeczywistością ugandyjską. Nikt logicznie myślący nie planowałby swojej przyszłości w takim miejscu.

Początkowo twoje działania spotkały się z silnym oporem miejscowych.

Nie do końca chcieli mojej pomocy. Bardziej liczyli na część puli pieniędzy, którymi dysponowałam. Nie podobało im się, że dwudziestojednoletnia dziewczyna chce zmienić zastaną rzeczywistość. Woleliby, żebym przekazała środki, wróciła do Polski i przesłała jeszcze większą ilość gotówki. Nie byłam zainteresowana taką formą „współpracy”. Mam mocny charakter i wiedziałam, czego chcę. Nie pozwoliłam sobą sterować.


Archiwum prywatne

Zamiast ryby zaproponowałaś wędkę.

Tutaj ludzie lubią, jak się im przyklaskuje i mówi wyłącznie o dobrych rzeczach. Myślę też, że takie codzienne problemy w funkcjonowaniu z miejscowymi ma dziewięćdziesiąt procent białych ludzi, którzy mieszkają tu na stałe. Sama na początku popełniłam sporo błędów, ponieważ nie znałam dobrze tutejszej kultury. Dziś wiem, jak załatwiać różne sprawy w sposób akceptowany przez mieszkańców Ugandy.

Skąd pomysł na pomaganie młodym mieszkańcom tego kraju?

Wychowałam się w domu, w którym niczego nie brakowało. Mieliśmy z rodzeństwem własne pokoje, biurka, komputery. Rodzice zapewniali nam pieniądze na dobre szkoły, wyjazdy wakacyjne. Tata z mamą zawsze pomagali potrzebującym, udzielali wsparcia wielu ludziom. Myślę, że ich podejście zaszczepiło we mnie chęć wspierania innych ludzi.


Archiwum prywatne

Wiem, że wcześniej udzielałaś się w różnych akcjach dobroczynnych.

I powiem ci, że nie zawsze było to dobrze odbierane przez moich rówieśników. Śmiano się ze mnie, że robię z siebie Matkę Teresę z Kalkuty. Nie rozumiałam, dlaczego nie akceptują tego, co robię.

Nie dojrzeli do tego, by zrozumieć.

Pewnie tak. Myślę sobie, że dzięki temu, iż rodzice zapewnili nam dostatnie życie, zdążyłam się wszystkiego „nachapać”, dlatego od dawna jestem gotowa, żeby się dzielić z innymi. Chciałabym jednak podkreślić, że to nie jest tak, że ja wszystko rozdaję. Mam męża, dzieciaki i sporo różnych potrzeb. Poświęcam się na co dzień, ale też staram się normalnie funkcjonować i stworzyć dom swojej rodzinie. I nie oszukujmy się: z mojej działalności nie mam korzyści finansowych.

Skoro twoja fundacja nie przynosi ci gratyfikacji pieniężnych, to w jaki sposób zapewniasz byt swojej rodzinie?

W fundacji jestem zatrudniona na ¾ etatu, żeby mieć ubezpieczenie i środki do życia, które w Ugandzie wcale nie jest tanie. Na szczęście od jakiegoś czasu mój mąż ma dobrą pracę i to nas mocno ratuje. Wcześniej różnie z tym bywało. Najczęściej pracowałam za darmo i byłam na utrzymaniu mojej rodziny, przyjaciół, znajomych. Ludzie wpłacali na konto fundacji pieniądze z dopiskiem „na utrzymanie Ani” i z tego żyłam. Było ciężko. Bez tego wsparcia moja praca tutaj byłaby niemożliwa. Dziś czuję się bezpieczna na tyle, na ile można.


Archiwum prywatne

Jeśli chodzi o temat bezpieczeństwa, to z licznych źródeł wynika, że Uganda nie należy do najbezpieczniejszych miejsc na ziemi. Na porządku dziennym są napady, kradzieże czy odurzanie turystów narkotykami.

Trzykrotnie byłam ofiarą kradzieży, raz ktoś nam się włamał do mieszkania. Po tej sytuacji postanowiliśmy zamieszkać w bezpieczniejszej lokalizacji, choć wiąże się to oczywiście ze wzrostem kosztów życia. Tutaj jednak nie ma co kalkulować. Szczególnie po zmroku bywa niebezpiecznie. Nie warto się też zapędzać w nieznane rejony miasta. Słyszałam również o odurzaniu turystów, ale...

Czasem sami pakują się w kłopoty?

No tak. Bywa, że swoim zachowaniem i szastaniem gotówką sprowadzają na siebie kłopoty.

Uganda nadal cię szokuje, czy przywykłaś już do życia w tym kraju?

Codziennie mnie coś zaskakuje, bez przerwy (śmiech)! Na przykład wyobraź sobie, że trumny mają... okienka!

Okienka?

Tak, widać przez nie zmarłe osoby.

...

Uganda to kraj kontrastów, oczy bolą, kiedy widzi się nowoczesne hotele sąsiadujące z lepiankami. Samochodem osobowym potrafi podróżować kilkanaście osób, gdzie bagażnik załadowany jest do granic możliwości, a na dachu przymocowane są klatki z kurami. Widziałam też jak jeden pan przewoził krowę na... motorze! Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że jestem już oswojona z tutejszym klimatem, znów bywam zaskakiwana. O ile krowę na motorze potrafię zaakceptować, to głodujące dzieciaki nigdy.


Archiwum prywatne

Przejdźmy zatem do tematu dzieciaków, którymi się zajmujesz. Obecnie opiekujesz się grupą dwudziestopięcioosobową.

Dom „Agadni”, który założyłam, w jednym momencie może przyjąć wspomnianą przez ciebie liczbę dzieci. Bywa, że jest ich więcej, ale staramy się nie przekraczać tej bariery, aby zachować domowy klimat.

W jakim wieku są domownicy?

W dniu przyjęcia mają od zera do pięciu lat, ale tu też są odstępstwa od reguły, bo nie możemy się trzymać sztywno zasad, jeśli chodzi o ludzkie życie.

Skąd pochodzą te dzieciaczki?

Współpracuję ściśle z policją i kuratorem, sama tych dzieci nie zabieram z ulicy, bo to są bardzo złożone i niebezpieczne tematy.


Archiwum prywatne

Dzieci trafiają do ciebie z różnych środowisk, często w bardzo dramatycznych okolicznościach.

Zazwyczaj są to dzieci porzucone. Zdarzają się czasem sieroty, ale w większości są to maluchy niechciane przez swoje rodziny. W Ugandzie to duży problem, zdarza się nader często. Takie dzieci porzucane są na ulicach, w śmietnikach, przy barach, hotelach. Ich historie są przeróżne, a my najczęściej nic o nich nie wiemy, bo dzieci są na tyle małe, że nie są w stanie nic konkretnego powiedzieć.


Najczęściej porzucani są chłopcy.

Tak, dziewczynki są potencjalnie dużo bardziej przydatne w przyszłości, a chłopcy generują więcej kosztów. W tutejszej kulturze jest tak, że rodzice pana młodego muszą zapłacić za pannę młodą. Chłopiec, który dorasta i będzie chciał się ożenić, przyjdzie pewnie do ojca z prośbą o wsparcie przy wykupie przyszłej małżonki. Przy dziewczynkach sytuacja jest zgoła inna, zarabia się na nich. Stąd pewnie taka statystyka.

Warto tutaj wspomnieć o handlu ludźmi. W Ugandzie młode kobiety trafiają często do domów publicznych.

Handel ludźmi i wykorzystania seksualne dzieci to duży problem. I nie chodzi tylko o płeć żeńską. Do tej pory nikt nie zajął się tym tematem na szeroką skalę.


Archiwum prywatne

Trudno jest znaleźć rodziny zastępcze dla twoich podopiecznych?

Bardzo trudno. Chętniej adoptowane są dziewczynki, z chłopcami jest trudniej.

Tą są adopcje na terenie kraju czy również międzynarodowe?

Na ten moment działamy tylko na terenie Ugandy.

W jaki sposób weryfikujecie osoby, które chcą adoptować maluchy?

Staramy się to robić w każdy możliwy sposób. Nie jest to proste, bo temat adopcji w Ugandzie jest dosyć nowy i mało popularny. Na szczęście coraz więcej ludzi dowiaduje się o takiej możliwości i z niej korzysta. Przyszłych rodziców sprawdzamy systemowo, jednak system działa bardziej w teorii, niż praktyce.

To znaczy?

No chociażby kurator główny, z którym współpracujemy, jest przeciążony obowiązkami. Dzieci są numerami w jego papierologii. Nie zna ich, nie wychowuje. Kiedy pojawia się możliwość wpisania dziecka w tabelkę, jako oddanego do adopcji, to robi to bez wahania. Podejrzewam też, że pojawiają się czasem koperty, które mocno przyspieszają takie decyzje.


Archiwum prywatne

Miałaś kilka konfliktów z powodu przeciwstawiania się takim sytuacjom.

Bo nie chcę się godzić na taki stan rzeczy. W teorii to kurator powinien dopilnować, aby dziecko trafiło do odpowiedniej rodziny, w praktyce zajmuję się tym ja.

W jaki sposób?

Przede wszystkim daję takim sprawom czas. Nie spieszę się z decyzjami. Są ludzie, którzy traktują domy dziecka jak supermarket. U mnie to nie przejdzie. Staram się też poznawać tych ludzi, bo tutaj nauczyłam się nie ufać pozorom, pod żadnym względem. Pojawiają się osoby bardzo uśmiechnięte, sympatyczne na pierwszy rzut oka, a tak naprawdę są to wysłannicy osób zajmujących się handlem ludźmi. Aby zniwelować czarne scenariusze, dajemy sobie czas.

Jeśli komuś zależy na dziecku będzie zdeterminowany, bez względu na wszystko.

Zgadza się. Taka osoba będzie przechodzić wszelkie procedury bez pretensji. A stworzyłam takie, które są różne od tych z innych placówek. Wymagam, by przyszły rodzic poznał swoje dziecko, a my jego.


Archiwum prywatne

Przyszli rodzice wybierają dziecko, czy jest to odgórnie narzucone?

Wybierają. Jest to trochę brutalne, ale tak to tu działa. Zainteresowani wybierają dziecko, a my obserwujemy, czy po czasie wytworzy się między nimi więź. Ważne jest, aby dziecko zaakceptowało te osoby i czuło się przy nich komfortowo.

Dzieci cieszą się z faktu nowej rodziny, czy oporują?

Różnie. Starsi chłopcy nie są tak chętni, jak ich młodsi koledzy. Rozmawiamy z nimi i wiemy, że marzą o rodzinie i domu, jednak przyzwyczajają się do naszego miejsca. Czują się tu kochani, bezpieczni, mają pełne brzuszki. Pamiętają swoje wcześniejsze życie, bo wielu z nich trafiło do nas, kiedy mieli po kilka lat i nie chcą się stąd ruszać.

Jak u was wygląda taki typowy dzień?

Obecnie wszystkie szkoły są zamknięte z powodu pandemii. Jest nas tu dużo i jest... głośno (śmiech)! Wynajmuję dom, który zaadaptowałam na potrzeby dzieciaków. Mamy cztery sypialnie, salon, jadalnię, kuchnię, trzy łazienki. To w miarę duże lokum, jednak jest tutaj dwadzieścioro pięcioro dzieciaków i bywa trochę ciasno.


Archiwum prywatne

Jakie są wasze największe wyzwania?

Oczywiście finanse, utrzymanie takiej gromady to bardzo duży wydatek.

Całość pochodzi z datków na fundację?

Tylko i wyłącznie. Rząd nam nie pomaga. Raz miejscowi zrobili zrzutkę, kiedy szalała pandemia. Dostaliśmy dwieście kilogramów posho, czyli takiej mączki z kukurydzy, która jest tutaj jednym z głównych składników pożywienia.

Wpłaty na fundację są wystarczające, zaspokajają wasze potrzeby?

Raz jest lepiej, raz gorzej. Czasem ktoś wpłaci większą sumę i ona pozwala nam przetrwać przez dłuższą chwilę. Niestety życie tutaj drożeje, zwłaszcza w czasie covidowym. Przez pierwszy okres pandemii było bardzo trudno. Gdyby nie ludzie, którzy wspierają naszą fundację regularnie, byłoby bardzo ciężko. Wpłaty, które trafiają do nas co miesiąc od wspaniałych ludzi, dają nam niesamowitego kopa. Nieważne czy jest to dziesięć, dwadzieścia, czy dwieście złotych, jeżeli wiem, że określona kwota wpłynie do nas co miesiąc, to jestem spokojniejsza, mogę coś zaplanować.


Archiwum prywatne

Często dokładasz do fundacji.

Tak. Samo pozwolenie na działanie fundacji w Ugandzie dużo kosztuje.

Musisz zapłacić rządowi tego kraju, abyś mogła pomagać jego obywatelom.

Mało tego, mimo że mam męża Ugandyjczyka, to muszę uiszczać opłatę, bym mogła tu żyć i pracować. To są niestety duże kwoty, liczone w tysiącach dolarów. Jest to dla nas duży problem, bo zamiast odkładać pieniądze dla dzieciaków na jedzenie czy pampersy, muszę mieć też kupkę na urzędowe opłaty i pozwolenia. Inaczej zamkną mi fundację.

Wpływy finansowe do fundacji płyną głównie z Polski?

Tak, ale wspierają nas też osoby m.in. z Anglii czy Szwecji.


Archiwum prywatne

Co myślisz, kiedy słyszysz komentarze w stylu: „W Polsce też mamy biedne dzieci, dlaczego mamy wspierać te z Afryki?”

Myślę, że każdy ma prawo do własnego wyboru. Najważniejsza w tym wszystkim jest kwestia pomocy, bez znaczenia gdzie i komu. Zauważ, że najczęściej takie komentarze płyną od osób, które nie robią nic w tym temacie.

Pytam o tę kwestię, bo takie głosy bywają irytujące i często demotywują osoby, które faktycznie chcą coś zmienić.

Ja czułam powołanie do bycia tutaj, zakochałam się w tym kraju i poczułam silną więź z tymi dziećmi. Postanowiłam działać w Ugandzie, co nie znaczy, że nie pomagałam wcześniej w Polsce.

Mówisz, że zakochałaś się w Ugandzie, ale bywa, że masz dość tego kraju z racji dużych kontrastów. A jak odnajdujesz się w związku z rodowitym mieszkańcem tego kraju?

(Śmiech) Bywa całkiem podobnie! Ogólnie temat związku jest trudny, nawet jeśli tworzą go osoby z tego samego kraju. Wystarczy, że para wychowywała się w zupełnie różnych środowiskach. Mają inne historie, przyzwyczajenia, podejście do świata. Prosto nie będzie, a jeśli dodasz do tego zupełnie inne kultury, to masz receptę na kompletny chaos! (śmiech)


Archiwum prywatne

Jak długo jesteście razem?

Pięć lat, ale stale się siebie uczymy. Każdego dnia. Podkreślam słowo „każdego”! (śmiech)
Potrzeba dużych pokładów miłości i determinacji, żeby taki związek przetrwał.

W jakich kwestiach ścieraliście się najczęściej?

Wiadomo, że są kwestie indywidualne, które zależą od charakterów, ale skupię się na aspekcie kulturowym. Kiedy w Ugandzie spotykają się ludzie z dwóch różnych światów, to raczej nie okazują tego wśród innych. Trudno mówić o randkowaniu w sensie europejskim, tutaj nie eksponuje się tego za bardzo. Mnie mąż nigdy nie trzymał za rękę i nie całował w miejscu publicznym.

Młode pokolenie nie próbuje przełamać tych zachowań?

To oczywiście ewoluuje, zmienia się, młode pokolenie ma trochę inne podejście do świata, niż ich rodzice czy dziadkowie, ale to jeszcze potrwa. Pamiętam jak pierwszy raz zabrałam męża do Polski. Akurat były święta i wybraliśmy się na jarmark. Postawiłam swojego chłopa pod choinką na rynku i powiedziałam: „Teraz całuj!” (śmiech).

Nadrabiałaś straty!

No tak! Od tamtej pory minęło sporo czasu, mąż zrozumiał moje zwyczaje, a jednak ten kontakt fizyczny nadal jest mało eksponowany. Kiedy idziemy na jakieś przyjęcia okolicznościowe, to mąż z żoną siedzą zazwyczaj osobno.

Ja z żoną jestem kilkanaście lat i wcale nie uważam, że to jest zły patent!

[Śmiejemy się przez jakiś czas, Ania to bardzo wesoła osoba]

Odwołaj to, bo będziesz miał kłopoty!


Archiwum prywatne

Wracamy do rozmowy, czy rodzina męża od razu cię zaakceptowała? Byłaś dla nich białą kobietą, z odległego kraju, z niespotykaną pracą.

Tutaj ujawniła się kolejna różnica kulturowa, bo mąż przedstawił mnie swojej rodzinie po roku naszej znajomości.

Szybciutko...

(Śmiech) Moi rodzice poznali go dużo wcześniej, najpierw przez Skype’a, potem osobiście w Polsce. Ja mamę męża spotkałam raz na mieście, całkiem przypadkowo i zostałam przedstawiona jako koleżanka. Teścia poznałam jak już byliśmy zaręczeni. Niedługo wcześniej moi rodzice przylecieli do Ugandy i wtedy mąż stwierdził, że może faktycznie już czas nas sobie przedstawić.

Mąż przekazał ci odczucia jego rodziny w stosunku do twojej osoby?

Oni o mnie słyszeli, ale bardziej z plotek, niż od niego. Domyślam się też, że nie przekazał mi wszystkiego, ale miałam to szczęście, że moi teściowie mówili (teść zmarł - red.) po angielsku, więc mogłam się z nimi komunikować. Teść był inny, niż ludzie w jego wieku, bo był bardzo otwarty na świat, na innych ludzi. Nie oceniał i nie ingerował w życie swoich dzieci. Dawał im wolny wybór.


Archiwum prywatne

A jak zareagowało środowisko, w którym funkcjonowali?

Było dużo plotek i nieprzychylnych głosów. Sporo osób miało przekonanie, że jeśli weźmiemy ślub i będziemy mieć dzieci, to niedługo będzie rozwód, a ja ucieknę z dziećmi do Europy i mąż nigdy więcej nas nie zobaczy. Pojawiały się też głosy, dlaczego taki porządny facet ma się żenić z „białaską”.

Dla nas jest to teraz trochę dziwne, ale odwróćmy sytuację i pomyśl, jakie byłyby opinie o takim ślubie u nas w kraju kilka, kilkanaście lat temu. Prawdopodobnie w wielu miejscach nawet dziś taki związek budziłby sprzeciw.

Powiem ci, że trochę takich tekstów słyszałam u nas w kraju, nie było dużo lepiej…

[Na jakiś czas straciliśmy połączenie]

Aniu, mamy problemy z łącznością, więc na koniec powiedz proszę, w jaki sposób można pomóc twoim podopiecznym?

Najłatwiej wesprzeć nas finansowo, bo wiemy, czego potrzebują nasze maluchy i możemy to kupić na miejscu. Bardzo cenne są stałe przelewy, choćby na niewielkie kwoty, bo możemy wtedy zaplanować wydatki troszkę do przodu. Oprócz finansowej pomocy, można przesyłać paczki, oczywiście jeśli sytuacja covidowa na to pozwala. Bardzo nas wspierają wszelkiego rodzaju zbiórki w Polsce, jesteśmy za to bardzo wdzięczni wszystkim zaangażowanym. Potrzebujemy też pomocy na miejscu, więc można do nas przylecieć na wolontariat. Cieszymy się również, kiedy inni piszą o naszych działaniach, bo to pomaga nam dotrzeć do większej liczby osób, które chciałyby pomóc dzieciakom.

Co najbardziej lubisz w tym, co robisz?

[Dłuższa cisza]

Tę niesamowitą satysfakcję, którą mam w momencie, kiedy widzę postępy dzieci. To jest nie do opisania. Kiedy trafia do nas dzieciak w krytycznym stanie, widać samą skórę i kości oraz totalne zacofanie w rozwoju. Człowiekowi chce się żyć, gdy z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc dostrzega poprawę jego stanu i postępy w rozwoju, zauważa pierwszy uśmiech. Kiedy dzieciak trafia do nowej rodziny, jest jej pełnoprawnym członkiem i ma szansę na wspaniałe życie, to jestem przeszczęśliwa. Zapominam wtedy o wszystkich trudach, które były po drodze.

* * * * *

Rozmawiał Paweł Kłoda
rozmowydokawy.pl

Strona Fundacji Ani: www.agandi.pl
19

Oglądany: 23827x | Komentarzy: 86 | Okejek: 107 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

05.12

04.12

03.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało