Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

5 najbardziej niedocenianych filmów w historii

61 131  
224   86  
Wiadomo, jak to w kinie bywa. Po wielkim sukcesie filmu pewne jest, że wkrótce zaczną się prace nad drugą częścią tego hitu. Taką z większym budżetem, lepszą obsadą, bardziej cieszącymi oko efektami specjalnymi i niestety, zazwyczaj – znacznie słabszą fabułą. Wszystko to, aby stworzyć produkcję zaprojektowaną po to, aby cynicznie wyciągnąć hajs z kieszeni widzów. I chociaż w istocie tak właśnie jest, to czasem warto nieco pochylić się nad odsądzanymi od czci i wiary sequelami i po latach dać im drugą szansę.
Z jakiegoś powodu czas leczy rany i dopiero odpowiedni dystans pozwala zobaczyć w filmie, który początkowo wydawał się nam lichy, pewne zalety, które sprawiają, że seans będzie znacznie przyjemniejszy. Jednocześnie jednak chciałbym zaznaczyć jedno – omówione poniżej produkcje nadal pozostawiają sporo do życzenia, jednak, moim skromnym zdaniem, wcale nie są tak złe, jak można by wnioskować z łatki, którą im przyklejono.

#1. Obcy 3

Od momentu, gdy Ridley Scott powołał do życia kreaturę wyrwaną wprost z koszmarnych, pełnych mroku i pornografii wizji H.R. Gigera, kino SF nigdy już nie było takie samo. Po stworzeniu przez niego genialnego, klaustrofobicznego slashera „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” oczywiste było, że artystycznego sukcesu tego dzieła powtórzyć się nie da. W każdym razie – już nie w takiej formie. Na szczęście James Cameron, który stanął za kamerą drugiej części, pokazał, że ma jaja i zrobił film stylistycznie inny niż pierwowzór. Zamiast atmosfery grozy i zaszczucia, w „Obcych” dostaliśmy prawdziwą ksenomorficzną jatkę. Zarówno krytycy, jak i widzowie bawili się na tym filmie lepiej niż pedofil w piaskownicy, co odbiło się na kasie, którą dzieło Camerona zarobiło.


Całkiem nieźle zarobiła też wyreżyserowana przez niezbyt jeszcze wówczas znanego Davida Fichera trzecia część franczyzy, mimo że film ten dostał w recenzjach solidne baty, a i widzowie nie szczędzili mu jadu. Winę za artystyczną klęskę „Obcego 3” zrzucano na m.in. produkcyjny chaos – podczas realizacji tego dzieła co chwilę zmieniano scenariusz (przez chwilę „Obcy 3” kręcony był bez scenariusza!) oraz dochodziło do ciągłych przetasowań na reżyserskim stołku.


Czy jednak film ten faktycznie jest taki zły? Dopiero po latach Fincherowska wizja znalazła uznanie wśród fanów kina SF. Brudny, przytłaczający klimat kosmicznego więzienia i bohaterowie, którym daleko do postaci pozytywnych to elementy, które mogą zniechęcić do seansu, ale z drugiej strony – jest w tym filmie coś intrygującego i nawet można wybaczyć reżyserowi to, w jak bezceremonialny sposób obszedł się z uratowanymi z rzezi protagonistami z poprzedniej części. Dla mnie i dla wielu miłośników „Obcego” seria ta kończy się w hutniczym piecu, gdzie trafia Elen Ripley pod koniec seansu.


#2. Święci z Bostonu 2: Dzień wszystkich świętych

Chyba nie obrażę nikogo, jeśli powiem, że „Święci z Bostonu” to film do bólu wręcz zły, fatalnie napisany i aktorsko przeszarżowany? A mimo to, a może raczej właśnie dlatego to urocze dziełko z 1999 roku, za którego reżyserię odpowiada Troy Duffy, to jedna z tych produkcji, na której seansie człowiek kwiczy z radości. Jest przesadna brutalność, wyraziści bohaterowie i intrygujący pomysł na prostą, niczym piosnka Zenka, fabułę. Do tego całość polana została sosem czarnego, mocno przysadzistego humoru.


Zupełnie więc nie kumam, czemu tylu widzów, którzy przecież wykazali się sporym dystansem do tego typu kina, miało tak duży problem z „Dniem wszystkich świętych” z 2008 roku. Za kamerą zasiadł kolejny raz ten sam reżyser i dał nam powtórkę z rozrywki. Czego więcej można by oczekiwać po sequelu filmu, który jechał ostro po bandzie i radośnie przekraczał granice dobrego smaku? To dokładnie to samo kino. Tylko bardziej. Jest tu jeszcze brutalniej i znacznie niedorzeczniej, a ostatnia scena jest miłą niespodzianką dla każdego fana pierwszej części. Jeśli nie widzieliście jeszcze „Dnia wszystkich świętych”, to chlapnijcie sobie trzy piwka, wyłączcie mózg i rozwalcie się przez kineskopem. Gwarantuję, że będziecie się bawić niczym prosięta w błocie.


#3. W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości

Tak, wiem – tutaj już dobrowolnie kładę łeb na katowskim pieńku. Przecież tego filmu nie wolno lubić. To czarna owca bondowskiej serii, produkcja, o której mówić się nie powinno!
W 1969 roku, po pięciokrotnym wcieleniu się w rolę słynnego brytyjskiego agenta, Sean Connery powiedział sobie dość i oznajmił, że więcej już Bonda nie zagra. Producenci chcieli jednak kontynuować tę dochodową serię, więc pospiesznie rozpoczęły się przesłuchania aktorów, którzy mogliby zastąpić szkockiego gwiazdora na planie produkcji „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”. Mimo że wśród zainteresowanych rolą artystów był m.in. Adam West i Timothy Dalton (który uznał, że jest za młody na agenta 007…), wybór padł na George’a Lazenby’ego – australijskiego modela znanego z reklam batoników.


Wyszło jak wyszło i trudno się dziwić – „aktor” ten po raz pierwszy pojawił się na dużym ekranie, nie miał dużego doświadczenia przed kamerą, a i talentu też jakby mu zabrakło. Bond w wersji Lazenby’ego jest dość sztywny i pozbawiony charyzmy swego poprzednika. A mimo to „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” to, moim zdaniem, jeden z najlepszych filmów o agencie 007! Jest tu znakomity Telly Savalas jako złowrogi Blofeld, jest też czarująca Diana Rigg – jedna z piękniejszych „dziewczyn Bonda”. Ona, w przeciwieństwie do piszczących, głupiutkich dam, które bohater zaciąga do łóżka, emanuje charyzmą i może pochwalić się ostrym jak brzytwa pazurem! Jest też naprawdę niezła fabuła. No i to tutaj James wpada w sidła miłości i staje na ślubnym kobiercu!


Niedługo po premierze filmu na jego twórców posypały się gromy. Głównie obrywało się oczywiście Lazenby’emu i jego sztywnej grze, brakowi uroku Connery’ego oraz karykaturalnej choreografii walk z udziałem australijskiego pięknisia. Musiało minąć parę dekad, aby jedyny film o Jamesie Bondzie, w którym zagrał George, zdobył pochlebne recenzje. Ba, nawet i sam artysta grający główną rolę zaczął być chwalony jako ten jedyny, niepowtarzalny, wrażliwy, romantyczny i ostatecznie bardzo nieszczęśliwy James Bond. Dziś na Rotten Tomatoes „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” ma ponad 80% pozytywnych ocen, co tylko potwierdza opinię, że film ten jest jedną z najlepszych odsłon serii.


#4. Gremliny 2

Nakręcone przez Joe Dantego w 1984 roku „Gremliny” to idealnie skomponowana mieszanka horroru i szalonej komedii, która dała początek całemu podgatunkowi B-klasowych filmów, w których to niewielkie i pozornie sympatyczne stworki robią z ludzi mielone. Sześć lat po wielkim sukcesie tego filmu Dante stanął za kamerą „Gremlinów 2”. Ta produkcja nie przyniosła już zbyt dużych zysków finansowych, a i krytycy mocno kręcili nosami…


Trochę niesłusznie – drugie spotkanie z puchatymi stworkami, które w wyniku kontaktu z wodą (lub po zjedzeniu posiłku w nocy) zamieniają się obślizgłe bestie, to prawdziwa jazda bez trzymanki. Szalony pomysł sprawienia, że kreatury opijać się będą wywołującymi genetyczne mutacje płynami był prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Co może być bowiem bardziej poj#bane od morderczego, uszatego gremlina terroryzującego ludzi? Hmmm… Może gremlin-pająk, gremlin-nietoperz, gremlin-transwestyta, gremlin-warzywo albo elektryczny gremlin? Twórcy tego filmu poszli na całość ze swoją kreatywnością i dali nam kino pozbawione wszelkich hamulców, będące złośliwym komentarzem do kiczowatej popkultury lat 80.


#5. Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki

Nie, czwarty Jones nawet nie zbliża się jakością do swoich trzech poprzedników. Czy to jednak oznacza, że my – patrzący przez pryzmat „nostalgicznych okularów” widzowie – nie oceniliśmy tego filmu zbyt surowo? Ostatnio, po kilkunastu latach od ostatniego seansu, wróciłem sobie do „Kryształowej Czaszki” i spojrzałem na ten nakręcony przez Spielberga koszmarek z nieco innej już perspektywy. Jeśli by wywalić z tej produkcji postać syna głównego bohatera i przymknąć oko na marne CGI, to mamy tu do czynienia z klasyczną przygodą Indy’ego! Jest tu przecież wszystko, czego należało by po niej oczekiwać – eskapady po dżungli, przeciwnicy związani z wrogim reżimem, specyficzny humor, bohater (mimo wieku) z twardymi jajami, no i mistyczny, tym razem związany z międzywymiarowymi podróżnikami, a nie religijnym kultem, relikt w samym centrum akcji.


Najbardziej natomiast irytuje mnie czepianie się niesławnej sceny, w której Indy chowa się w lodówce i dzięki temu udaje mu się wyjść cało z eksplozji bomby atomowej. Na Teutatesa! Od kiedy to po filmach, w których Święty Graal leczy rany, a indiańskie grobowce plują w intruzów kilkudziesięciotonowymi kamiennymi kulami, powinniśmy spodziewać się realizmu?


Mimo że miejsce Indiany Jonesa powinno zostać w cudownych latach 80., to nakręcony 19 wiosen po „Ostatniej Krucjacie” sequel nie jest tak zły, jak widzą to krytycy. Jeśli natomiast zatęskniliście za kinem nowej przygody i po seansie ostatniej produkcji o naszym ulubionym archeologu czujecie niedosyt, to zdecydowanie polecam wam pochylenie się nad bardzo niedocenionymi „Przygodami Tintina”, który to film Spielberg nakręcił trzy lata po swoim ostatnim spotkaniu z Jonesem.
40

Oglądany: 61131x | Komentarzy: 86 | Okejek: 224 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

26.10

25.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało