Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Genialne (w założeniu) produkty, które nie miały prawa ponieść klęski! A jednak poniosły...

78 855  
246   34  
Beztłuszczowe chipsy? Człowieku, to musi się udać! Już widzę te kontenery kasy, które spływają na nasze konta. Te pochwalne peany od dietetyków, te zachwyty modelek dbających o nienaganną linię! No, powiedz mi – co tu może pójść nie tak? No, przecież chyba nie uważasz, że tak zdrowy produkt może mieć efekt uboczny w postaci agresywnej sraczki?
Niestety, czasem bywa tak, że nawet najlepszy pomysł, podparty najszczerszymi dobrymi chęciami, może okazać się wielką katastrofą, która doprowadzi jej autorów do ruiny.

#1. WOW Chips!

Chipsy to jeden z tych przysmaków, który jest sztandarowym wręcz dowodem na to, że rzeczy, które są wyjątkowo pyszne, zazwyczaj też są wyjątkowo szkodliwe dla zdrowia. To jakaś złośliwość losu, że śmierdzący starym trupem gotowany brokuł to prawdziwa skarbnica cennych witamin, a soczysty stek z grilla drastycznie zwiększa ryzyko nowotworu odbytu. A chipsy? Cóż – ta chrupiąca przekąska zawiera w sobie ok. 30% tłuszczu. Wiecie, akurat jak na złość tego, co to podnosi poziom „złego” cholesterolu w organizmie i może wykończyć na amen twoją pikawę.

W 1998 firma Lay’s wprowadziła na rynek żarełko o nazwie WOW Chips. Miała być to zdrowa alternatywa dla chipsów, przede wszystkim dlatego, że przekąska ta nie zawierała ani grama tłuszczu, tylko olestrę, czyli produkt powstały w efekcie reakcji sacharozy i kwasów tłuszczowych wyizolowanych z olejów roślinnych. Ponieważ cząsteczki tego „wynalazku” są duże, olestra nie jest trawiona przez enzymy trzustkowe i w efekcie – ma zero kalorii.



Lay’s zaatakowało z potężnym impetem, wypuszczając do sklepów m.in. „zdrowe” Doritosy i Rufflesy. Początkowo reakcja konsumentów była bardzo pozytywna – w pierwszym roku ze sprzedaży beztłuszczowych chipsów do kieszeni włodarzy Lay’s wpłynęło 400 milionów dolarów!

Później niestety było już tylko gorzej, bo okazało się, że u niektórych ludzi olestra wywołuje ostrą biegunkę, silne bóle brzucha i inne nieprzyjemne reakcje żołądkowo-jelitowe. Producent zmuszony został do umieszczania na opakowaniach informacji o tym, co może czekać tych, którzy zdecydują się na skonsumowanie „zdrowych”, niskokalorycznych chrupek. Aż trudno uwierzyć, że marka ta wytrzymała do 2004 roku…

#2. Edsel

W połowie lat 50. ubiegłego wieku firma Ford zainwestowała 400 milionów dolarów w wyprodukowanie serii aut, które miałyby konkurować z eleganckimi wozami konkurencyjnego giganta motoryzacji – General Motors. Pomysł naprawdę dobry i mógł się udać! Jednak nie w tym momencie. Był rok 1957, kiedy to Amerykanom, których trwająca w tamtym czasie recesja zmuszała do rozglądania się za niewielkimi, ekonomicznymi pojazdami, przedstawiony został potężny i dość, delikatnie mówiąc, wizualnie „ekscentryczny” Edsel, w trzech różnych wersjach.



Auto było bardzo drogie, a jego jakość pozostawiała dużo do życzenia. W rezultacie z grubo ponad stu tysięcy egzemplarzy tego samochodu sprzedano mniej niż połowę, a straty, które Ford musiał wziąć na klatę, to coś w okolicach 250 milionów dolarów, czyli dzisiejsza równowartość 2,19 miliarda dolców. Pod koniec 1957 roku, czyli niespełna dwa lata po swojej premierze, Edsel cichutko wycofany został ze sprzedaży.

Warto dodać, że do dzisiejszych czasów dotrwało 10 tysięcy tych aut i mają one wartość kolekcjonerską, osiągając na rynku bardzo wysokie ceny. Podobnymi „perełkami” są też plastikowe samochodziki w skali 1:25, które powstały jako gadżety promocyjne tej marki.

#3. Premier – bezdymne papierosy

Długo zajęło ludziom dojście do tego, że tytoniowy dym wciągany do płuc może jednak być niezbyt dobry dla naszego zdrowia. Szczególnie jeśli robimy to regularnie. Dzisiaj jest parę sensownych alternatyw dla palaczy i wiele osób przerzuca się z klasycznych kopciuchów na e-papierosy lub... urządzenia podgrzewające tytoń. Pierwszy tego typu produkt pojawił się na rynku już 33 lata temu. W momencie gdy media biły na alarm, ostrzegając przed niebezpiecznymi skutkami palenia, firma RJ Reynolds zainwestowała 325 milionów dolarów w stworzenie „bezdymnego papierosa” – alternatywy, która wydawała się prawdziwym strzałem w dziesiątkę zarówno z etycznego, jak i czysto komercyjnego punktu widzenia.



Premier, bo tak zwał się ten towar, był gadżetem, który wyglądał jak zwykły papieros, ale w jego wnętrzu znajdował się twardy pojemniczek z niewielką ilością tytoniu oraz kulkami smakowymi. Wystarczyło podgrzać koniuszek za pomocą zapalniczki, aby pod wpływem ciepła uwolniły się nikotynowe opary.



„To smakuje jak gówno!” - tak brzmiała obiektywna ocena większości osób zaproszonych do podzielenia się opinią na temat tego przełomowego produktu. Mało tego – spora część użytkowników miała duży problem z „podpaleniem” tego papierosa. Potrzebna była do tego naprawdę dobra zapalniczka, a próby użycia zapałek kończyły się tym, że średnio przyjemny smak samego „e-papierosa” wyjątkowo paskudnie łączył się z oparami siarki i wielu użytkowników dostawało wówczas wymiotny odruch. Zmiażdżona krytyką firma RJ Reynolds wycofała swój przełomowy produkt z rynku zaledwie dwa miesiące od triumfalnego szturmu na sklepowe półki, a ogólne straty związane z papierosami Premier szacuje się na ponad 800 milionów dolarów.

#4. Microsoft Bob

Jaka jest najbardziej znienawidzona czcionka dostępna w windowsowych pakietach? Oczywiście odpowiedź może być tylko jedna. Comic Sans! Jej projektant Vincent Connare stworzył ją w 1994 roku na zlecenie Billa Gatesa, który planował umieścić ten font w swoim nowym programie operacyjnym. Ostatecznie jednak nie zrobił tego i premiera Comic Sans miała miejsce dopiero parę miesięcy później – trafiła do pakietu Windows 95. A szkoda, bo gdyby wszystko poszło zgodnie z zamierzeniami, „najgorsza” czcionka mogłaby mieć swój efektowny początek przy okazji wypuszczenia rynek najbardziej przypałowego produktu firmy Gatesa. Mowa o koszmarku zwanym Microsoft Bob.



Założenie stworzenia tego systemu operacyjnego było dość szczytne. W skrócie – chodziło o to, aby dać nieco mniej rozgarniętym użytkownikom komputerów interfejs, który miał zastąpić standardowy Menadżer programów. Osoba korzystająca z Boba przenoszona była do animowanego domu pełnego różnych przedmiotów – od zegara, przez leżący na biurku notesik z długopisem, aż po wiszący na ścianie kalendarz. Użytkownik miał się czuć bezpiecznie, miał odnaleźć w tym koszmarnie pstrokatym interfejsie frajdę z intuicyjnego klikania na różne elementy „wystroju” i uruchamiania przypisanych do nich programów. Na wypadek, gdyby nie udało się skojarzyć notesika z edytorem tekstu, pomocą służył gadający piesek Rover…

W tym kilkupokojowym „domu” użytkownik mógł czuć się niczym w Simsach - dano mu funkcję dowolnego umeblowania przestrzeni, po której miał się przemieszczać, dodawać nowe pokoje, a nawet zmienić wystrój na taki, który mógł odpowiadać jego estetycznej wrażliwości.



Niestety Bob został zmieszany z błotem już w dniu swojej premiery. Nikt nie chciał bowiem korzystać z programu, który wyglądał niczym praca domowa z plastyki wykonana przez przeciętnie utalentowanego szóstoklasistę. Ponadto system ten posiadał wyjątkowo wysokie wymagania sprzętowe i naprawdę mało było osób, które miały w swoich domach komputery o wystarczająco mocnych bebechach, aby to dziadostwo udźwignąć.

Niedługo potem na rynku pojawił się Windows 95 i przaśny, kulawy Bob, po zaledwie paru miesiącach od premiery, pospiesznie zniknął z półek, pozostawiając po sobie niesmak i duże straty finansowe na koncie jego twórców.

#5. Too Human

Pewnie słyszeliście o spektakularnej klęsce Atari, kiedy to w 1982 roku, wprost z kina, na domowe komputery przeniesiono przygody sympatycznego kosmity z filmu Stevena Spielberga?

Cóż, „E.T.” było grą wyjątkowo słabą i odniosła porażkę z oczywistego powodu. Inaczej natomiast było z produkcją pt. „Too Human”, która to zadebiutowała na Xbox 360 w 2008 roku. Pomysł na stworzenie podniosłej gry zahaczającej o nordycką mitologię był naprawdę niezły, a sam program powstawał przez osiem lat, co i rusz zmieniając platformy, na które miał być przeznaczony.



W 2005 roku twórcy „Too human” – Silicon Knights – podpisali umowę z Epic Games, na mocy której programiści mogli korzystać z silnika Unreal 3. Współpraca szybko jednak napotkała poważne przeszkody, bo niedługo potem ekipa z Silicon Knghts pozwała Epic do sądu za to, że wspomniany silnik był nieukończony. W odpowiedzi pozwana firma stwierdziła, że studio wiedziało o mankamentach programu, a na domiar złego użyło chronionego prawem autorskim kodu Unreal 3 we własnym silniku gry, tym samym naruszając własność intelektualną Epic.



Silicon Knights zostali dosłownie zgładzeni w sądzie. Nie dość, że firmę zmuszono do wypłacenia gigantycznych odszkodowań, to jeszcze nakazano im zniszczenie wszystkich niesprzedanych kopii gry oraz produkcji, nad którymi wówczas pracowano, a także wykasowanie z programów wszelkich śladów po kodzie należącym do Epic. W rezultacie Silikonowi Rycerze w 2014 roku ogłosili bankructwo.

A co z „Too Human”? Mimo że obiektywnie rzecz biorąc nie była to produkcja zła, to niestety rozczarowała wielu miłośników wirtualnej rozrywki. Po batalii z Epic i wynikających z tego stratach finansowych związanych z koniecznością wypłat odszkodowań i wprowadzania drastycznych zmian w kodzie programu, łączny budżet tej produkcji wyniósł ok. 100 miliona dolarów. Oczywiście pieniądze te nie zwróciły się twórcom „Too Human” i dziś ich dzieło uważane jest za jedną z największych klap w historii gier komputerowych.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6
3

Oglądany: 78855x | Komentarzy: 34 | Okejek: 246 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

26.10

25.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało