Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Straszna zemsta zza grobu króla Kazimierza IV Jagiellończyka

31 544  
235   22  
Wielki Książę Litewski, król Polski Kazimierz IV Jagiellończyk nakazał umieścić w swojej krypcie napis: „Niszczyciel tego dzieła będzie przeklęty”. Pięćset lat później 15 naukowców, spośród tych, którzy otworzyli komorę grobową króla i weszli do środka, zmarło jeden po drugim. Tak powstała legenda o „klątwie Jagiellończyka”, analogiczna do „klątwy Tutanchamona”.

Czy Kazimierz IV rzeczywiście przestrzegał potomnych przed otwieraniem swego grobowca, kiedy nakazał umieszczenie w krypcie kolejnego napisu: „Czy nie wiesz, że ręce królów sięgają daleko?”.
Fragment nagrobka Kazimierza IV Jagiellończyka

Piątek, trzynastego.

W piątek 13 kwietnia 1973 r. polscy naukowcy przewiercili ścianę komory grobowej Wielkiego Księcia Litewskiego i Króla Polski Kazimierza IV (1427-1492), znajdującej się w Kaplicy Świętokrzyskiej na Wawelu w Krakowie. Decyzję o zbadaniu szczątków króla podjęto pod koniec 1972 roku, kiedy rozpoczęto prace budowlane w jednej z głównych świątyń dawnej stolicy Królestwa Polskiego i Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Otwieranie grobów na Wawelu przez długi czas nie było niczym niezwykłym. Na przykład od XVII wieku trumna kanonizowanej królowej Jadwigi była wielokrotnie otwierana: w 1887 r. dla artysty Jana Matejki oraz w 1949 i 1976 r. w celu ustalenia poziomu bezpieczeństwa szczątków. W 1902 r. ekshumowano czwartą żonę Jagiełły, Zofię Holszańską, matkę Kazimierza IV.
I dopiero po otwarciu komory grobowej jej syna połowa uczestniczących w tym wydarzeniu badaczy zmarła w przeciągu następnych 10 lat. Wyglądało to bardzo tajemniczo, gdyż zdrowi mężczyźni w średnim wieku padali ofiarą nieznanej siły.

Naukowcy mieli zbadać szczątki pod kątem, czy nie zostały uszkodzone podczas II wojny światowej. Prace pod kierunkiem profesorów Jerzego Szablowskiego i Alfreda Majewskiego miał nadzorować z ramienia Kościoła ksiądz Franciszek Walancik.

I oto 13 kwietnia 1973 r. ówczesny główny archeolog wawelski Stanisław Kozieł wspólnie z Janem Myrlakiem, przy udziale Władysława Brożka i Jana Mazura przewiercili ścianę o grubości 90 cm, za którą znajdowała się komora grobowa. Mały otwór (2 cm) nie pozwalał zobaczyć, co jest w środku. Tu swoją pomoc zaoferował inżynier budowlany Jan Myrlak, wielki miłośnik archeologii – obiecał skonstruować lampę.


Kto pierwszy tam wejdzie, ten pierwszy zejdzie.

Następnego dnia naukowcy otrzymali urządzenie zwane „kocim okiem”. Składało się z długiego przewodu, na końcu którego znajdowała się bateryjka i mała żaróweczka. Jednak to urządzenie nie dawało pożądanego rezultatu. Przez dziurę w ścianie widać było tylko kilka kawałków drewna, a gra cieni rozbudzała wyobraźnię.

Po licznych nieudanych próbach udoskonalenia techniki obserwacyjnej, 7 maja archeolodzy postanowili usunąć jeden z kamiennych ciosów w ścianie grobu. Wejście do komory grobowej Kazimierza IV stało otworem. Pozostało czekać na oficjalne pozwolenie władz kościelnych.
Ale zainteresowanie badawcze zwyciężyło – obecni zdecydowali, że chcą obejrzeć grób przed otrzymaniem pozwolenia. Jedynym, który kategorycznie wypowiedział się przeciwko takim działaniom, był Stefan Walczy. Próbował odwieść kolegów, czytając fragmenty książki o wykopaliskach z grobowca Tutanchamona. Minęło pół wieku, odkąd „klątwa faraona” odebrała życie dwudziestu badaczom. Ostrzeżenia te zostały jednak potraktowane jako żart.

Przez długi czas archeolodzy nie mogli zdecydować, który z nich zostanie pierwszym gościem komory grobowej. „Kto pierwszy tam wejdzie, ten pierwszy zejdzie” – powiedział do inżyniera Czesława Dobosza Stefan Walczy i podszedł do otworu w murze. Za nim podążył archeolog Stanisław Kozieł.

Za zgodą papieża.

W komorze grobowej panował chaos: drewniana trumna rozpadła się na dwie części, z których jedna wisiała w powietrzu na wysokości prawie metra, a druga leżała na podłodze. Kości osoby dorosłej znaleziono rozrzucone chaotycznie: czaszka była przewrócona i znajdowała się w jednym stosie z kością ramienną, miednicą i kilkoma kręgami. Z królewskich regaliów od razu zwracał uwagę fragment miecza. Wszystko to świadczyło o tym, że badacze byli pierwszymi osobami, które odwiedziły ten grób.

Oficjalne pozwolenie na zbadanie zawartości komory grobowej i przeprowadzenie prac konserwatorskich uzyskano 19 maja od krakowskiego kardynała Karola Wojtyły, przyszłego papieża Jana Pawła II.

Komora grobowa miała wymiary 300x120 cm, na ścianach dostrzec można było abstrakcyjne rysunki wykonane węglem drzewnym lub grafitem. Był tylko jeden realistyczny – pszczoła.

Trumna, wykonana z jednego kawałka drewna, miała długość 220 cm, wysokość około 55 cm i szerokość w najszerszym miejscu 60 cm Początkowo stała na podwyższeniu o wysokości 80 cm. Z biegiem czasu metal, z którego wykonano wsporniki, zniszczyła korozja, drewno skruszyło się ze starości, a cała zawartość wysypała się na podłogę, zamieniając się w bezładnie rozsypane kości, w środku których tkwiła rękojeść miecza, który również nie wytrzymał próby czasu. Z królewskich regaliów znaleziono części berła i masywny złoty pierścień.

Pochówek okazał się bardzo skromny. Jeszcze bardziej zaskakujący był brak bogatego stroju królewskiego. Żeby to wyjaśnić, należy cofnąć się do 1492 roku.


Śmierć Kazimierza.

W 1492 roku 65-letni (wtedy był to już bardzo podeszły wiek) Kazimierz Jagiellończyk podróżował przez ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Po drodze zaczął mieć napady biegunki. W jej leczeniu bernardyni zalecali spożywanie pieczonych gruszek i czarnego chleba. Niestety to lekarstwo nie pomogło na długo. Kazimierz został zmuszony do pozostania w Grodnie. Bolało go serce i spuchły nogi. Medyk królewski Jakub z Zalesia próbował wszystkich środków, ale nie był w stanie pomóc: „Panie, powiem szczerze, że nie widzę dla waszej Wielmożności ratunku”. 7 czerwca 1492 r. król zmarł we śnie.

Kazimierz IV Jagiellończyk

Kondukt żałobny ruszył w 700-kilometrową drogę z Grodna do Krakowa. Cały miesiąc w nieznośnym upale. W przeddzień wyprawy nagie ciało zmarłego owinięto karmazynowym altembasem i pokryto warstwą niegaszonego wapna. Od góry wieko trumny przykryto tkaniną złożoną w osiem warstw, pokrytą gliną i żywicą. W środku umieszczono wszystkie atrybuty królewskie, jakie miał przy sobie Kazimierz.
Podróż zajęła jednak ponad cztery tygodnie i to w upalne dni, co skutkowało częściowym rozkładem zwłok. Biorąc pod uwagę wszystkie te okoliczności, najprawdopodobniej nie zaryzykowano otwarcia trumny po przybyciu do Krakowa.


Klątwa Jagiellończyka.

Po czterech miesiącach badań, 18 października 1973 r., w obecności kardynałów Stefana Wyszyńskiego i Karola Wojtyły, szczątki Kazimierza IV i jego żony Elżbiety, zwanej „matką królów” (urodziła mężowi 13 dzieci, jej czterej synowie zostali królami), zostały ponownie pochowane.

W ciągu następnego roku zmarło trzech uczestników badania: 12 czerwca 1974 r. z powodu krwawienia mózgu zmarł Feliks Dańczak, 28 czerwca – inżynier Stefan Walczy, 6 sierpnia – inżynier Kazimierz Hurlak. Rok później, 17 maja 1975, inżynier Jan Myrlak zmarł z powodu pęknięcia tętniaka. W sumie do 1983 roku zmarło 15 ekspertów. W 1983 roku zmarł również ksiądz Walancik. Tak powstała opowieść o „klątwie Jagiellończyka”.

Tajemnica klątwy.

Wśród badaczy grobowca Kazimierza IV znajdował się również mikrobiolog Bolesław Smyk. Wcześniej był on przekonany, że krypta, która była zamknięta od prawie 500 lat, nie stanowi realnego zagrożenia dla zdrowia. Ale kolejne wydarzenia, które miały miejsce po ich pierwszej wizycie w komorze grobowej, świadczyły o czymś innym.

Po kilku godzinach przebywania w pobliżu królewskich szczątków naukowcy zaczęli odczuwać bóle głowy, serca i słabą koordynację ruchów. Sam mikrobiolog prawie zemdlał. Nie mógł spać i miał problemy z koncentracją przez następne dwa tygodnie. Praca w takim stanie stała się niemożliwa. Naukowiec nawet nie zaprzątał sobie głowy klątwą. Objawy wskazywały na ciężkie zatrucie. Ale czym?

30 lipca Bolesław Smyk pobrał próbki z kości kolana zmarłego. Wstępne badania nie dały żadnych rezultatów, dlatego postanowiono pozostawić materiał na jakiś czas w termostacie.

Jakie było ich zdziwienie, gdy okazało się, że wyhodowano kolonie bakterii i pleśni! To była prawdziwa sensacja, o której poinformowała cały świat Agence France-Presse 26 listopada 1973 r.: „W szczątkach odkryto bakterie nieznane nauce. Eksperci badający komorę grobową Kazimierza IV odkryli mikroorganizmy, które przez ponad 500 lat znajdowały się w stanie anabiozy”.

Jak się później okazało, właśnie tutaj tkwił klucz do złego stanu zdrowia i kolejnych zgonów wśród naukowców. Pobrane próbki zawierały pleśń (kropidlaka żółtego), która wywołuje aspergilozę. Ze wszystkich trucizn biologicznych ten związek organiczny jest najsilniejszym czynnikiem rakotwórczym. Duże dawki powodują nieodwracalne uszkodzenie wątroby, powodując nieuchronną śmierć w ciągu kilku dni. Niskie stężenia hamują układ odpornościowy, uszkadzają DNA i aktywują onkogeny, czyli prowokują rozwój raka.

Wyjaśniła się zatem tajemnica „klątwy Jagiellończyka”. W komorze grobowej Kazimierza IV wybuchła swego rodzaju „bomba biologiczna” o opóźnionym działaniu, której ofiarami było 15 osób.


Postscriptum

Warto zauważyć, że nie wszystkich uczestników otwarcia królewskiego grobu dosięgła „klątwa Jagiellończyka”. Stanisław Kozieł (archeolog badający grobowiec) czy profesor Zdzisław Marek (analizujący kości króla) mieli bezpośrednią styczność z bakterią, a mimo to okazała się dla nich niegroźna. Na pytanie skierowane do Stanisława Kozieła i dziennikarza Zbigniewa Święcha (autor książki „Klątwy, mikroby i uczeni"”), w jaki sposób oparli się działaniu klątwy, odparli, iż staropolskim zwyczajem uodparnialiśmy się w miarę możliwości(cytat za prof. Z. Markiem).

7

Oglądany: 31544x | Komentarzy: 22 | Okejek: 235 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

26.10

25.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało