Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Pierwsza wypłata, nieznajoma pani i brzoskwinie i inne anonimowe opowieści

43 561  
262   62  
Dziś przeczytacie m.in. o natrętnej kuzynce i jej prośbach o pożyczkę, poznacie sposób na dobre oceny ze sprawdzianów, będzie też zielona szkoła i wizyta w bazylice, a na koniec o bezmyślnej interwencji szkoły, która nie przyniosła nic dobrego.

#1.


Moi rodzice do bogatych nie należą, ja skończywszy technikum próbowałam znaleźć pracę w zawodzie - nic z tego. Decyzja - wyjazd za granicę, i powiem wam, wcale nie było mi lekko. Pracowałam u gospodarza na polu dosłownie 11 godzin na dobę, a następnie 4 godziny w magazynie, pokój dzieliłam z sześcioma dziewczynami. Harówka, spanie i tak przez sześć miesięcy. Oszczędzałam – nie palę, nie piję, więc uzbierałam sporą sumkę.

A teraz najlepsze: gdy wróciłam do domu, CAŁA rodzina sobie o mnie przypomniała, koleżanki zapraszały na kawę, tylko zawsze w okazywało się, że wszyscy mają problemy finansowe. A to jakaś awaria, a to choroba, a to już sama nie wiem. A mnie po prostu było przykro, bo gdy odmówiłam, okazywało się, że jestem chytrą suką. Pieniądze przeznaczyłam na rozkręcenie własnej firmy, niby nic wielkiego, ale pracuję na swoim.

Miałam dość docinków rodzinki, dlatego gdy ZNOWU kuzynka próbowała mnie przekonać, aby ją wspomóc (naprawdę nie miałam gotówki), wpadłam na pomysł. Moja kuzynka to taka dama, co pracą się nie splami. Zaproponowałam jej przy rodzinnym obiedzie, że załatwię jej pracę w Holandii. Dobre pieniądze, tylko trzeba się narobić (nie miałam takiej możliwości tak naprawdę). Jej mina bezcenna, jej rodzice namawiali ją, że to okazja, a ona wiła się ja piskorz i zaczęła się wykręcać.
Więcej o kasę nie poprosiła.

#2.

Kiedy dostałam swoją pierwszą wypłatę, pierwsze co zrobiłam to pobiegłam do sklepu z zabawkami i kupiłam swoją pierwszą lalkę Barbie. W wieku 22 lat spełniłam swoje marzenie z dzieciństwa. Zawsze chowam ją przed moim narzeczonym (mieszkamy razem), a gdy wracam z pracy, to ją wyciągam. Bawię się nią, żalę się jej jaki to miałam okropny i męczący dzień w pracy, rozmawiam... Ale nie martwcie się - lalka mi nie odpowiada.
Poza tym wszystko ze mną w porządku.

#3.

W szkole miałem trudny przedmiot jakim jest ''elektrotechnika'', którego uczył równie trudny nauczyciel. Jako że z 28 osób w klasie 16 dostało oceny niedostateczne na półrocze, postanowiliśmy na nowe półrocze kupić od starszej klasy klucz do sali tegoż właśnie nauczyciela (nie wiem, ile klas tak robiło).

Jako że wszystkie sprawdziany przed ukończeniem pracy chował do biurka, w nowym półroczu notorycznie robiliśmy ''podkłady'', tzn. pisaliśmy sprawdzian normalnie jak zawsze, po czym na następnej lekcji pisaliśmy ''gotowce'', by na przerwie można było pójść i podłożyć je we wcześniej wspomnianym biurku i wyjąć stare. Na jednej z lekcji na sprawdzianie dwóch kolegów, pewnych późniejszego podkładu, w odpowiedziach pisało co im przychodziło do głowy, byleby było widać, że coś piszą. Jeden napisał cały pacierz, inny jakieś wierszyki itd.

Tego dnia ów nauczyciel po naszej lekcji poszedł wcześniej do domu z naszymi sprawdzianami. Wyobraźcie sobie jego wzrok, którym patrzył na kolegów tydzień później, oddając nasze sprawdziany.

#4.


Gdy miałam może z 7 lat, mama uczulała mnie na nieznajomych. Wiedziałam, że nie mogę przechodzić sama przez ulicę, podchodzić do obcych, rozmawiać z obcymi, wsiadać do obcych samochodów i brać czegokolwiek od obcych ludzi.

Pewnego dnia bawiłam się z koleżankami na dworze, gdy zaczepiła nas starsza pani, dając nam reklamówki dużych brzoskwiń, żebyśmy zaniosły do domu. Wszystkim już się zaświeciły oczy od widoku tych owoców, jednak nie mi. Ja stwierdziłam, że skoro nie znam tej pani, to znaczy, że te brzoskwinie na pewno są zatrute i jak zjem jedną, to umrę... Z tego względu brzoskwinie zakitrałam pod krzakami, bo bałam się zanieść zatrute owoce do domu. Dwa dni później sprawa wyszła na jaw, bo starsza pani, jak się okazało jakaś sąsiadka, zapytała mamę, jak jej smakowały brzoskwinie... Dopytywana ze łzami w oczach przyznałam, że zostawiłam je w krzakach, bo przecież były od obcej osoby, a mama mnie zdrowo ochrzaniła, że zmarnowałam dobre owoce...

Nie mam serca jej tego powiedzieć, ale od tamtej pory wiedziałam, że jednego mnie uczy, a drugiego wymaga, więc nigdy już nie potrafiłam jej zaufać. Zwłaszcza że dla niej to przez lata był powód do żartów, jak to mała ja byłam przestraszona i wywaliłam dobre owoce...
Niby taka mała sytuacja, a ciągnie się ta sprawa za mną przez lata, no a mama wciąż nie rozumie, że jej zachowanie to była czysta hipokryzja.

#5.

Bory Tucholskie, zielona szkoła, 5 klasa podstawówki.

Jak to na zielonych szkołach bywa, mnóstwo zwiedzania. Wybraliśmy się więc wycieczką do miejscowości o nazwie Pelplin. Jest tam naprawdę piękna bazylika.
No ale dla dzieciaczków w tym wieku zwiedzanie takich miejsc to raczej żadna atrakcja tylko nudy, więc już na początku wycieczki kleryk, który nas tam oprowadzał, żeby wzbudzić naszą ciekawość powiedział, że zabierze nas do takiej czarnej czaszki, która spełnia życzenia, ale pod warunkiem, że będziemy grzeczni i uważnie go słuchali przez całą wycieczkę.

Dzieci grzeczne, czas na nagrodę. Zaprowadził nas pod taką marmurową ścianę z porozwieszanymi potężnymi kółkami na rogach (kojarzycie stare drzwi? Kiedyś takim czymś się pukało), no i oczywiście czarną metalową czaszką mniej więcej rozmiarów prawdziwej ludzkiej głowy na wysokości 160-170 cm.

Legenda głosiła, że jeśli ktoś tak mocno uderzy głową w tę czaszkę, że te 4 kółka „zadzwonią/zapukają”, to spełni się jego życzenie.
Od razu próbował zgasić nasz entuzjazm mówiąc, że próbowała tego masa ludzi i nikomu się to nie udało i wychodzili tylko z bólem głowy.

No cóż.. CHALLENGE ACCEPTED, a mi się bardzo podobała Paulinka, koleżanka z równoległej klasy... podszedłem... podskoczyłem... ZAJE****M...
Koledzy i koleżanki w śmiech, wychowawczyni zbladła jak ściana. Pielęgniarka od razu skierowała moją głowę na zimne kościelne kraty w celu złagodzenia skutku, którym był nieźle prezentujący się 3-4 cm róg niczym u jednorożca.
Gdy tak chłodziłem czółko i zbierałem ochrzan od nauczycielki, zapytałem śmiało pana przewodnika, który zresztą też był w niezłym szoku, czy zadzwoniło.
Odpowiedź zapamiętam do końca życia „Czy zadzwoniło? Cała bazylika się zatrzęsła, dziecko...”.

Skończyło się to wizytą u lekarza, dla pewności w szpitalu, i pizzą z bardzo sympatyczną i śliczną panią pielęgniarką, bo nie zdążyliśmy na zwiedzanie zamku w Malborku. Panią pielęgniarkę pozdrawiam serdecznie.

A Paulinka? Była moja...

#6.

Mama nauczyła mnie prostej zasady, mianowicie: Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Tak więc gdy kilka lat temu za dzieciaka chciałem być jak inni, to włączałem sobie aparat w telefonie i biegałem po osiedlu, niby szukając pokemony...

#7.

Mój wujek zawsze wszędzie się spóźniał. Niestety kilka tygodni temu zmarł - śmiercią nagłą, nikt się tego nie spodziewał. Zawsze mówił, że chciałby być pochowany w rodzinnej miejscowości (czyli na wsi kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania). Ostatnie pożegnanie odbyło się na dzień przed pogrzebem, ponieważ wujek został skremowany.

W dniu pogrzebu nikt nie jechał za trumną, i tak było daleko, a ostatnie pożegnanie już za nami. Wszystko umówione, dopięte na ostatni guzik - ludzie zjeżdżają się pod kościół. A wujaszka jak nie było, tak nie ma... Okazało się, że panowie z zakładu pogrzebowego wyjechali troszkę za późno i żeby nadrobić czas, postanowili pojechać skrótem... "Co się może stać, przecież mamy GPS"...
No właśnie, zasięg niestety padł w środku pola...

Koniec końców, wujek spóźnił się na własny pogrzeb.

#8.


Za dzieciaka byłam katowana w domu, pas wisiał na "miejscu honorowym", strasząc samym swoim widokiem. Czasem chowałam go w nadziei, że bez pasa nie będzie lania, niestety kabel od żelazka też mógł być, rura od odkurzacza także, więc nie udało się uniknąć "kar", np. za zbyt głośne chodzenie (podłoga drewniana, skrzypiąca, nie wolno było chodzić zbyt głośno, gdy tata spał). Przed szkołą nie jadłam nic, do szkoły nic nie brałam, nie dlatego, że nie miałam czego - miałam, ale bałam się wejść do kuchni, by zbyt głośno nie zamknąć szafki czy zbyt szybko otworzyć lodówki, jeszcze by obudziło tatę. Pracował na popołudnia, więc cały poranek to był horror.

W 6 kasie podstawówki zaprzyjaźniłam się z pewną dziewczynką, która była dość rozgarnięta jak na ten wiek, jej się zwierzyłam, poradziła mi, bym poszła do wychowawczyni prosić o pomoc, że ona mi pomoże i zabiorą mnie daleko od tego tyrana. Tak też zrobiłam, z nadzieją na koniec męki, marzyłam o domu dziecka.
Nauczycielka się przyjęła, razem poszłyśmy do pani pedagog, i po długiej rozmowie powiedziała, że mogę wrócić do domu i wszystko będzie dobrze.

Wiecie co zrobiło mądre "grono pedagogiczne"? Wezwali mojego tatę do szkoły i pytali, czy to prawda co opowiedziałam, oczywiście tatuś zaprzeczył i wrócił do domu. Tego dnia nigdy nie zapomnę, bił mnie tak długo, aż straciłam przytomność. Na tydzień zostałam w domu "chora", musiały mi zniknąć ślady z twarzy chociaż minimalnie. Po powrocie ze szkoły nauczycielka spytała, czy sytuacja w domu się poprawiła, odpowiedziałam, że tak i koniec przygody z pomocą ze strony szkoły.
Czemu odpowiedziałam, że tak? Zwyczajnie się bałam dalszego bicia, byłam pewna, że znów wezwą do szkoły tatę, a ja za to oberwę.

Teraz mieszkam za granicą. Lata mijają, a mnie nie obchodzi, czy oni się martwią, czy czasem myślą o mnie, dla mnie już nie istnieją, nie mamy kontaktu. Pracuję, wynajmuję małe mieszkanko. Mężczyzny w swoim życiu nie potrzebuję, boję się mężczyzn, nie czuję potrzeby miłości, związku czy czegoś podobnego. Mam psa, który jest moją rodziną. I tyle.
7

Oglądany: 43561x | Komentarzy: 62 | Okejek: 262 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

03.12

02.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało