Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Ta zagadka do dziś nie została rozwiązana - czy 62 lata temu w Gdyni rozbiło się UFO?

30 787  
164   32  
Była 5 rano 21 stycznia 1959 roku, kiedy zaspani marynarze i robotnicy pracujący portu w Gdyni zobaczyli na niebie wielką pomarańczowo-czerwona plamę światła. Tajemniczy obiekt przeleciał łukiem nad akwenem zostawiając za sobą świecącą smugę. Na oczach oniemiałych gapiów z wielkim hałasem uderzył w wodę dosłownie 30 metrów od mola. Świadkowie tej niezwykłej sceny mówią, że ta jeszcze przez kilka minut gotowała się z głośnym sykiem, a pod taflą widać było światło. Obecni na pokładzie jednego ze statków statku marynarze wspominali potem, że mieli naprawdę sporo szczęścia i że niewiele brakowało a płonący obiekt wyrżnąłby w ich zacumowaną w porcie jednostkę.
Port nie śpi nawet o tak niebożej, zimowej godzinie, więc świadków tej „katastrofy” było całkiem sporo. Władysław Kuczyński – operator jednego z dźwigów upierał się, że obiekt, który wpadł do wody miał około metra średnicy i przypominał płonącą kulę. Inny z gapiów porównał ten przedmiot do płonącej, dwustulitrowej beczki. „Nic z tych rzeczy!” - twierdził kolejny ze świadków, który zaklinał się, że stał w miejscu, z którego najlepiej widać było całe zdarzenie, a chwilę przed zderzeniem z zimnym Bałtykiem, tajemnicza rzecz przemknęła dosłownie parę metrów od niego – „To był stożek o średnicy półtora metra i długi na metrów cztery! A przelotowi towarzyszył donośne dzwonienie.”. Znalazło się też kilku świadków wewnątrz portu, którzy raportowali, że otoczony świecącą aureolą obiekt przez długi czas leciał nisko nad ziemią w kierunku Gdyni.


Jako że przedmiot spadł blisko portu, wkrótce kilku pracowników statku „Dąbrowski” odważyło się zbadać miejsce kolizji. Na dnie spoczywał dziwny cylindryczny pojemnik. Wyciągnięto go na brzeg, jednak nikt nie odważył się go otworzyć. Według marynarzy miał on być wypełniony rdzawym płynem znacznie cięższym od wody. Dylematy o tym co zrobić z tym przedziwnym przedmiotem szybko przerwała wizyta panów z Komitetu do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego, którzy pojemnik skonfiskowali. W 1996 roku jeden z inżynierów, którzy brali udział w oględzinach tego znaleziska, udzielał wywiadu japońskiej stacji NHK. Stwierdził on wówczas, że być może przedmiot, który marynarze wyciągnęli z wody wcale nie miał nic wspólnego z tą sprawą. W tamtym czasie dno gdyńskiego portu pełne było wszelkiej maści śmieci pozostawionych jeszcze przez Niemców, którzy przecież mieli tam swoją bazę wojskową. Być może uderzenie ciężkiego przedmiotu mocno poruszyło grubą warstwę mułu, co odsłoniło spoczywający tam pojemnik. Wewnątrz niego mogła znajdować się zarówna broń chemiczna, jak i materiały radioaktywne, więc w sumie to dobrze, że zostało to zabrane zanim ktoś zabrał się do bliższych oględzin tego dziadostwa…


Punktem zwrotnym w sprawie niewyjaśnionej „kosmicznej katastrofy” było pojawienie się nowych świadków. Państwo Płonczkier, mieszkańcy Gdyni, dwa dni po tym, jak dziwny obiekt umilił poranek pracownikom portu, zgłosili się do redakcji „Wieczoru wybrzeża”, aby opowiedzieć dziennikarzom o dziwnym zjawisku, które zaobserwowali na niebie. Świetlisty przedmiot miał przelecieć nad miastem, a nawet zatrzymać na parę chwil gdzieś w okolicy placu Kaszubskiego oraz nad magazynami przedsiębiorstwa Posti. Według ich opisów latający intruz miał kształt płaskiego dysku i zachowywał się tak, jakby czegoś szukał.
Plotki zaczęły się szybko rozchodzić, a wkrótce pojawiło się mnóstwo nowych świadków, którzy upierali się, że świetlista rzecz, która przeleciała nad Gdynią była pojazdem z innej planety.


Pierwsze fachowe badanie portowego dna przeprowadzono 29 stycznia. Wówczas to grupa nurków przeczesała miejsce „rozbicia się UFO” i zamiast wraku znalazła wielometrową warstwę mułu, w którym mógł kryć się nie tylko kosmiczny pojazd, ale i Bursztynowa komnata oraz szczątki Yeti.
Sprawą zainteresowali się też pracownicy Wydziału Geologii i Muzeum Ziemi PAN, którzy mieli wypłacić 1000 zł nagrody za zlokalizowanie i wyciągnięcie z wody tajemniczego obiektu.
W 1960 roku przeprowadzono kolejne, tym razem znacznie dokładniejsze, badania przyportowego dna. Pieczę nad tymi poszukiwaniami trzymał dr Jerzy Pokrzywiński z Państwowej Akademii Nauk. Za pomocą specjalnych maszyn usunięto sporą część osadu z dolnych partii basenu. Jako że i tym razem nie wyciągnięto z wody niczego, co mogłoby przypominać kosmiczny wehikuł, uczeni uznali, że w wodę uderzył niewielki meteoryt. Nie ma co szukać sensacji, proszę się rozejść!


Nikt jednak rozchodzić się nie zamierzał. Od momentu, kiedy świetlisty przedmiot z hukiem zderzył się z wodą minął rok, a w międzyczasie historia urosła już do rozmiarów legendy.
Według osób sceptycznych wobec oficjalnych badań, pojazd (oczywiście) nie pochodzący z Ziemi został dość szybko podniesiony z dna morza i wywieziony z miasta w nieznanym kierunku przez żołnierzy Północnej Grupy Sił oraz KGB. Wrak trafić miał do bazy wojskowej w Bornym-Sulinowie, a stamtąd przerzucono go do Rosji.
Na komisariat Milicji Obywatelskiej zgłosiło się też dwóch strażników, którzy patrolowali okolice portu. Donieśli oni, że spotkali jednej z pobliskich plaż ciężko ranną, mocno poparzoną humanoidalną istotę czołgającą się w stronę lasu. Stworzenie to miało być ubrane w kombinezon wykonany z niebywale wytrzymałego materiału. Przybysz usiłował w dziwnym, nieznanym nikomu, języku nawiązać kontakt z ludźmi. Wkrótce na miejscu zjawili się żołnierze i zabrali poturbowanego kosmitę do szpitala wojskowego w Gdyni.


Zaskakujące jest to, że nasi lokalni ufolodzy zarazili tą sprawą zachodnich miłośników takich historii. I tak też wkrótce, w zagranicznej prasie pojawił się opis rzekomej reanimacji kosmity, który wyzionął ducha w polskim szpitalu, po tym jak lekarze zdjęli mu z ręki tajemniczą klamrę. Zwłoki obcego zamrożono i wywieziono do Moskwy. Tam też trafić miał wspomniany wrak pojazdu oraz ciało drugiego z przybyszów, którego znaleziono wewnątrz wyciągniętego z wody spodka.

Warto też wspomnieć o jeszcze jednym „foliarskim” wątku dotyczącym tej sprawy. Otóż pewien gdański polityk, jakiś czas temu przywołał historię opowiadaną przez swojego ojca, który to odbywał służbę wojskową w bazie marynarki wojennej w Gdyni. Według niego Rosjanie mieli testować w latach 50. przejęte od Niemców latające spodki. Te były ponoć przechowywane w Kaliningradzie. Eksperymentalne, latające pojazdy miały zostać zbudowane w tajnych laboratoriach Ahnenerbe – nazistowskiej organizacji badawczej, która zlecała m.in. prowadzenie okrutnych eksperymentów na więźniach z obozów koncentracyjnych.


Pod koniec lat 90., kiedy odtajniono wiele archiwów z czasów PRL-u, japońscy dziennikarze, bardzo zainteresowani „polskim Roswell”, usiłowali znaleźć jakieś dokumenty, które mogłyby potwierdzić historie krążące na ten temat. Jak pewnie się domyślacie – poszukiwania te nic nie dały.

Co zatem rozbiło się 60 lat temu w wodach gdyńskiego portu? Czy był to meteoryt? Niekoniecznie. Całkiem sensowne wyjaśnienie incydentu, którego bezpośrednimi świadkami, jakby nie patrzeć, były dziesiątki osób, dotyczy pewnego wydarzenia, które miało miejsce po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny. Otóż 18 grudnia 1958 roku z przylądka Canaveral wystrzelono nową jednostkę pocisku balistycznego Atlas-B. Dzięki temu wynalazkowi udało się wynieść na orbitę SCORE - protoplastę współczesnych satelitów komunikacyjnych. Obiekt ten, przez krótkie fale radiowe, wysyłał na Ziemię nagrane wcześniej życzenia świąteczne od prezydenta Eisenhowera:
„Mówi Prezydent Stanów Zjednoczonych. Dzięki niesamowitemu postępowi nauki, mój głos dociera do Was z satelity krążącego w przestrzeni kosmicznej. Moje przesłanie jest proste: poprzez to niezwykłe medium przekazuję Wam i całej ludzkości amerykańskie życzenie o pokoju na Ziemi i pomyślności dla wszystkich ludzi”.
Według oficjalnych informacji satelita, dokładnie 21 stycznia wpadł do Atlantyku gdzieś w okolicach Wyspy Świętej Heleny. Jest jednak pewna teoria, według której statek zboczył ze swego kursu i spadł w zupełnie innym miejscu. To dość interesująca plotka – szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę datę powrotu satelity do ziemskiej atmosfery oraz fakt, że satelita miał kształt stożka – a taki przecież opis tajemniczego obiektu pojawił się wśród zeznać świadków incydentu, do którego doszło w pobliżu portu w Gdyni...


Źródła: 1

4

Oglądany: 30787x | Komentarzy: 32 | Okejek: 164 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.10

19.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało