Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Spełniłem marzenie o skakaniu ze spadochronem. Co musisz wiedzieć, jeśli też chcesz spróbować swoich sił?

24 298  
292   61  
PanSmok pisze: Podjąłem decyzję. Będę skoczkiem. Idę na kurs. No super – ale jaki?
Są dwie drogi na rozpoczęcie przygody ze skakaniem:
1. kurs na tzw. „linę”
2. kurs swobodnego spadania – tzw. AFF (ang. Accelerated FreeFall - przyspieszona nauka swobodnego spadania).

Opcja nr 1. Dużo tańsza, skacze się z niższych wysokości, po wyskoku spadochron otwiera lina przymocowana do spadochronu i samolotu (oczywiście po otwarciu spadochronu lina pozostaje przy samolocie). Bardzo ciekawa opcja dla tych, których kręci samo latanie na czaszy i tych, którzy po prostu chcą spróbować samodzielnego lotu na spadochronie. Jednak coraz trudniej znaleźć kluby szkolące tą metodą.

Opcja nr 2. Dużo droższa, ale od razu wysyłają cię na 4000 m z dwoma instruktorami i od razu uczysz się… latać. A właściwie spadać – bo do tego się ten sport sprowadza. Tutaj od razu dzieje się dużo i o ile interesuje cię spadanie jako takie, to jest to właśnie opcja dla ciebie. Postęp w technice latania jest NIEPORÓWNYWALNY do opcji nr 1.

Gdzie się szkolić?

Proste i pomoże w tym Google. Szukamy najbliższego aeroklubu, czy też organizacji stricte spadochronowej, sprawdzamy opinie, dzwonimy, poznajemy kadrę, umawiamy się na szkolenie teoretyczne i potem skaczemy. Warto jednak rozważyć opcje szkolenia się za granicą. W takiej np. Hiszpanii czy innych Stanach sezon skoczny trwa dużo dłużej, więcej dni z „gwarantowaną” pogodą. Piszę to z perspektywy osoby, która szkoliła się w Polsce i zaczynała późnym latem. Ze względu na kaprysy pogody szkolenie przeciągnęło mi się do późnej jesieni, a na lotnisku byłem prawie w każdy weekend. Nie do końca taką opcję polecam – choć ma ona swoje plusy, o czym może napiszę dalej…


Kolejna duża bariera do świata spadochroniarstwa to pieniądze

Jest to sport z tzw. wysokim progiem wejścia, czyli początki są drogie, wręcz cholernie drogie, potem jest taniej. Taka np. piłka nożna jest sportem z niskim progiem wejścia, bo potrzebujesz buty i piłkę, z czego zazwyczaj przynajmniej buty już masz. Czy znaczy to, że jest to tylko sport dla bogaczy? Nie. Ja będąc kawalerem z pracą na pełny etat (choć nadal mieszkając z rodzicami) i swoją własną, pożal się Boże, działalnością gospodarczą na tzw. drugą rączkę (bo z perspektywy czasu nie mogę tego inaczej określić), zbierałem na kurs prawie trzy lata. Parę lat już minęło, ale dzisiaj te 8-10 tysięcy MUSISZ mieć odłożone. Dlaczego aż tyle? Strefy zrzutu funkcjonują dzięki skokom tandemowym i kursom AFF. Te dwa typy klientów płacą za utrzymanie samolotów i strefy. Skoczek samodzielny to w pewnym sensie zło konieczne – tacy głównie kryją koszty paliwa. Z tego też powodu bilety dla tandemów i kursantów to tzw. bilety komercyjne i są DUŻO droższe niż bilety dla skoczka samodzielnego.

Ja zdecydowałem się na AFF. Tu pora na kolejne wyjaśnienie – ile dokładnie kosztuje kurs? Nie wiadomo. Dlaczego? Ano dlatego, że kurs trwa tak długo, aż opanujesz materiał. Dla jednego będzie to 7, a dla innego 15 skoków. Średnia to 9 skoków i na tyle kalkuluje się kurs. Mi zajęło to dokładnie tyle. Jednak trzeba mieć rezerwę, żeby móc wyłożyć pieniądze na ewentualnie brakujące 2-3 skoki. Jeżeli kurs zajmie ci więcej niż 15 skoków, to coś jest nie tak z tobą (lub z twoim instruktorem). Może trzeba popracować więcej na ziemi lub zmienić instruktora. Bywa.

Autor nie robił zdjęć, więc pochodzą one ze stron Aeroklubu Gdańskiego

Kondycja fizyczna. Średnia wystarczy. Waga – do 100 kilogramów, ale setka to już jest naprawdę nieprzekraczalne maksimum. Po tym, jak znalazłem sobie instruktora i zapytałem o kurs, ten spojrzał na moje kształty i wypalił krótko:
- Zrzuć 20 kilo, to pogadamy.

Ćwiczę różne dyscypliny od dziecka, mam prawie 2 metry wzrostu, ale szczupłym bym się nigdy nie nazwał. Prędzej opisałbym siebie jako murowany kibel. Jako że i tak byłem dopiero na etapie zbierania kasy, to przed kursem zrzuciłem 15 kg. Swoją drogą, bardzo dobry argument do jeszcze lepszego zadbania o siebie.

Badania lekarskie. Pierwszy garbik na drodze przyszłego Króla Przestworzy. Żeby móc skakać, trzeba mieć zrobione badania lotnicze klasy 3. Nagle okazuje się, że w całej Polsce można je zrobić tylko w 3-4 miejscach (może w międzyczasie się to zmieniło). Krew, mocz, prześwietlenie kręgosłupa w odcinku lędźwiowym, opinia psychiatry, zdjęcie dziadka z profilu i gipsowy odcisk pyty ojca. Musisz mieć wszystko.

Od redaktora Joe Monstera: i tak badania są o wiele prostsze niż kiedyś. Kiedy ja do nich podchodziłem w 2003 roku, wymagana była elektroencefalografia (badanie mózgu), które mi nie wyszło, bo na wykresach fal miałem "zmiany patologiczne". Cóż, była trauma, wyszedłem z niej tłumacząc sobie, że to dlatego, że przez całe badanie miałem w kieszeni włączoną Nokię 5110.

I tu wtrącenie – kolega jako zawodowy skoczek musi robić takie badania co parę lat. Kolejna wizyta:
- Nie mogę dać panu tych badań. Z pańską wadą wzroku i kręgosłupem pan się nie kwalifikuje.
- Pracuję jako mechanik samolotowy - skłamał. - My też potrzebujemy kategorię 3 (co jest prawdą).
- Na pewno nie potrzebuje pan tych badań do skakania?
- Skakania? A w życiu, ja mam lęk wysokości (prawda).

Dostał? Dostał.

Instruktor. Należy znaleźć i wybrać sobie instruktora. To trochę jak przy wyborze szkoły nauki jazdy – ale szukasz kogoś, komu powierzysz WŁASNĄ DUPĘ, wiec radzę nie działać pochopnie. Mojego instruktora poznałem przypadkiem, w czasie kiedy zbierałem na kurs postanowiłem „zrzucić” własnych rodziców, bo kiedy przyznałem się, że skoczyłem, to okazało się, że tata zawsze o skoku myślał, a dla mojej mamy skakanie było niespełnionym marzeniem młodości, bo jako młoda dziewczyna była aktywnym sportowcem, możliwości były, ale nie zgodzili się rodzice. Była okrągła rocznica ślubu... kasa to nie wszystko, długo się nie zastanawiałem.


Swoją drogą – że on się zgodził... Z jednej strony tata – prawie 2-metrowy, 100-kilogramowy byk, w drugim narożniku instruktor – maks 60 kilo żywej wagi, 160 cm w butach na obcasie i wyjątkowo wysokim kapeluszu. Człowiek składający się z samych ścięgien i mięśni, wnuk górala, syn górala, góral, ojciec małych góralątek. Nie zna strachu, nie zna znaczenia zwrotu „nie da się”. Jeden z tych gości, który kiedy usłyszy „tego się nie da zrobić”, odpowiada „potrzymaj mi piwo”. Dawid – zawsze będę Ci za to wdzięczny. Uwielbiam Cię. Kocham Cię (bez podtekstów). Masz miejsce w moim sercu. Kto zna ideę braterstwa, ten zrozumie. Prześmiewców ignoruję. Czniam na to.

No dobra. Kasa jest, waga jest, kondycja jest, instruktor i lekarz dali zielone światło – jedziemy z tematem.

Piątek wieczór – teoria. Razem z paroma innymi adeptami poświęcamy parę godzin, przyswajając wiedzę na temat tego, jak to wszystko wygląda, z czego się składa, co się zdarzy, co zdarzyć się może, co zdarzyć się nie powinno, co się zdarzyć w zasadzie nie ma prawa i co zrobić, kiedy gówno wpadnie w wentylator. 70% czasu poświęcamy na poznanie dogłębnej budowy i zasady działania wentylatora. Teoria, zdjęcia i filmy.

Sobota. Kupa. Prysznic. Golenie. Śniadanie. Skoki. W międzyczasie ze trzy nerwowe kupy. Okazuje się też, że jestem prawdziwą maszyną do sikania. Ale stresu zero ;-).

W okolicach czternastej Dawid podchodzi do mnie i mówi – ubieraj się, lecimy. W KOŃCU. Mam dość czekania.

Pierwszy skok jest z dwoma instruktorami. ZAWSZE. Wtedy 1200 zł, teraz nie wiem. Za jeden skok, majątek!!!

Jak to wygląda? Dwóch typów trzyma cię za bety od momentu przed opuszczeniem samolotu do momentu otwarcia spadochronu, a ty masz robić to, co ustaliliście na ziemi. Jeżeli będziesz zbyt zesrany, żeby samodzielnie otworzyć spadochron, jeden z nich zrobi to za ciebie. Po otwarciu spadochronu kontrolę nad tobą przejmuje typ na ziemi, który przez radio mówi ci prostymi słowami, jak lecieć, by trafić w lotnisko.

Jak to wyglądało w moim przypadku?

Skok tandemowy – luzik, teoria – luzik, po raz kolejny omawiamy skok i idziemy do samolotu – luzik, wznoszenie na wysokość – luzik. Otworzyły się drzwi i bardziej doświadczeni skoczkowie zaczynają wysiadać sami lub w grupach. I wtedy mnie trafiło. W ciągu dwóch uderzeń serca, z w miarę spokojnego stanu oczekiwania na skok przeszedłem do stanu, w którym napięły się chyba wszystkie moje mięśnie. Mózg postawił osiołka – tryb ratowania życia – próbujesz się zabić, a ja ci nie pozwolę. Nie doświadczyłem niczego takiego nigdy przed i nigdy po. Nie potrafię tego odpowiednio oddać. Każdy ruch ręką czy nogą to była walka z moim własnym ciałem. Mięśnie klatki piersiowej napięły się tak, że walczyłem o każdy oddech. Nie tyle podszedłem, co dowlokłem się jakoś do drzwi (a w zasadzie do dziury w burcie, bo drzwi były otwarte). Jeden z instruktorów wyszedł na zewnątrz samolotu (cały czas mnie trzymając), drugi trzymał mnie od wewnątrz samolotu, ja zająłem pozycję do wyjścia. Potwierdzenie od jednego, potwierdzenie od drugiego, skok. W czasie skoku byłem sztywny jak deska, ale wykonywałem to, co wykonywać miałem. Na plus – sam otworzyłem mój spadochron, na minus – po wylądowaniu instruktor stwierdził, że skok całkiem OK, ale byłem za sztywny – powtarzamy więc skok z dwoma instruktorami. Cholera, kolejny strzał po kieszeni.
W ten sam dzień zrobiłem jeszcze jeden skok – było dużo lepiej. Zapadła decyzja – następny skok tylko z jednym instruktorem.


Przed drugim skokiem instruktor długo nie wychodził ze swojej przyczepy. Wyszedł właściwie w ostatniej chwili. Ubrany w lateksowy odpowiednik Pokraka z „Pulp Fiction”, tylko bez ćwieków i łańcucha. No i w kasku. Natychmiast otrzymał owację na stojąco od całej skaczącej gawiedzi. W jakim celu? Ja duży, on nie za bardzo. Chciał mieć pewność, że „jakby coś się stało”, to będzie w stanie mnie w powietrzu dogonić. Ale ten widok zapamiętam do końca dni moich…

I tu zaczyna się szkolenie właściwe: udowadniając, że po wyskoczeniu z samolotu nie zachowujesz się jak małpa na dopingu i masz świadomość tego, co robisz, można zacząć opanowywać poszczególne elementy, składające się na ABC skoczka. Taki skok składa się z czterech elementów: omówienie ćwiczenia na ziemi, trening na ziemi, skok i analiza filmu ze skoku. Swoją drogą – genialny przykład dysonansu poznawczego:

Wiesz, co masz w czasie skoku zrobić, wiesz, co zrobiłeś, wiesz, czy ci wyszło czy nie – przecież tam byłeś! A tymczasem typ zwany roboczo instruktorem pokazuje ci po skoku film, na którym jakiś pajac ubrany podobnie do ciebie odpierd*la na niebie jakieś dziwne połączenie mongolskiego baletu i tańca świętego Wita, coś, co tylko przy dużej dozie optymizmu i w ogólnych zarysach PRZYPOMINA to, co miałeś zrobić i co ćwiczyłeś na ziemi. I wmawia ci, że ten baran na filmie to ty. Masakra. To, co tobie wydaje się, że zrobiłeś vs. to, co uchwyciła kamera – to dwie KOMPLETNIE RÓŻNE RZECZY. Szok i niedowierzanie.

Na tym etapie kurs może się wydłużać.
Zaliczyłeś ćwiczenie – przechodzisz dalej. Nie zaliczyłeś – powtarzamy. Następnie dochodzisz do momentu, kiedy instruktor mówi ci:
- OK, a teraz w ciągu jednego skoku proszę wykonać wszystko to, co zrobiliśmy do tej pory.
- Że co? To se ne da, pane Havranek!

Da się. Zazwyczaj wyskakujesz z 4000 m, wysokość otwarcia spadochronu to 1500 m. Sam byłem zaskoczony, że wykonałem wszystkie niezbędne figury i po sprawdzeniu wysokości po ostatnim wykonanym elemencie okazało się, że jestem na 2500 m. Pozostałe 1000 m to lot ze szczerzącym się, klaszczącym i pokazującym OK instruktorem. Wiesz, że ci wyszło.

Przy spadaniu z prędkością w okolicach 180 km/h wszelka werbalna komunikacja traci sens. No nie da się. Na początku kursu poznaje się podstawy swego rodzaju języka migowego. Wszelkie komendy, korekty sylwetki, polecenia mają formę gestów. Inaczej się nie da. Potem – w późniejszym życiu jako skoczek – kiedy w przepełnionym samolocie ktoś cię pyta, co robisz w skoku, to, zamiast drzeć japę (także w innym języku, jeśli skaczesz w Hiszpanii i główny wyrzucający jest rodowitym Hiszpanem, który o języku angielskim ma pojęcie mniej niż mgliste – pozdrawiam, Raul) pokazujesz gest Szponów Orła i wszyscy zainteresowani wiedzą, że lecisz sita. Pomocne.

Lądowanie. Podchodzi do ciebie instruktor:
- Gratulacje – zaliczyłeś kurs. Euforia. Przez manifest (taki barak, w którym planuje się skoki na całym świecie, nazywa się manifestem) – idzie komunikat:

- UWAGA, UWAGA!!! PanSmok ukończył kurs i jest SAMODZIELNYM skoczkiem.


Oklaski? Tak!

Fanfary? Tak!

Czujesz się jak Król Nieba?

Tak!

Jesteś nim?

Nie.

N I E.

Następne brutalne zderzenie z rzeczywistością. Możesz wykonać swój pierwszy SAMODZIELNY skok. Hura!!!

Jak coś spierd*lisz, to nie będzie przy tobie nikogo, kto zadba o twoją bezcenną d*pę i uratuje cię z opresji. Hura...? O w rzyć… Nagle zdajesz sobie sprawę, że teraz jesteś ODPOWIEDZIALNY SAM ZA SIEBIE.

Przytłaczające. Poza tym:

Kończąc kurs AFF, masz 10-15 skoków. Do momentu zrobienia licencji B (50 skoków, jeżeli idziesz amerykańską drogą licencji USPA) lub polskiego ŚK (świadectwo kwalifikacji) jesteś taki ni pies, ni wydra.

Jesteś samodzielnym skoczkiem – ale cały czas podlegasz opiece instruktorskiej. Co to znaczy? Do momentu wyskakania 50 skoków i zrobienia licencji przed KAŻDYM skokiem musi sprawdzić cię licencjonowany instruktor (czy możesz skoczyć, czy dobrze się ubrałeś, czy wszystko masz itd., itp.) oraz zaakceptować plan skoku. W praktyce – jesteś skazany/a na strefę, w której robiłeś/aś kurs, bo NIKT ze zdrowym rozsądkiem nie weźmie na swoje bary odpowiedzialności za nieznanego i młodego skoczka. W wyjątkowych sytuacjach jedziesz na inną strefę, pokazujesz papiery, a oni, zanim pozwolą ci skoczyć, dzwonią najpierw do twojego instruktora i pytają, czego można się po tobie spodziewać. Wywiad działa.


Na tym etapie skakanie okazuje się ZNACZNIE TAŃSZE – jeśli masz już swój sprzęt. Bo może się okazać, że jest miejsce w samolocie, ale tobie brakuje kombinezonu (bo ktoś go używa), wysokościomierza, kasku lub gogli (bo ktoś używa). I dupa. Nie skaczesz. Miejsce w samolocie jest – ale nie lecisz, bo nie masz sprzętu. Fajnie by było mieć swój…

Kombinezon do skakania. Na Strefie spotkacie wielu fajnych ludzi ubranych w fikuśne stroje po parę tysięcy każdy. Moda? Nie. One mają swój sens, ale na późniejszym etapie skakania. Na tym etapie, na jakim jesteście, kombinezon mechanika ze sklepu z odzieżą BHP robi robotę. Nie wygląda epicko, ale kosztuje 80 pln i na ten moment wyszkolenia i umiejętności wystarczy.
Wysokościomierz. Z tym gadżetem są najczęstsze problemy – tu warto zainwestować, bo analogowy wysokościomierz będzie służył w zasadzie jako backup do końca twoich dni (jako skoczka), kask i gogle – z tym są zazwyczaj najmniejsze problemy – ale warto mieć swoje. Nie kosztują majątku. I nie trzeba się prosić.

Nadchodzi czas, aby zrobić licencję samodzielnego skoczka

Po kursie wykonujesz parę samodzielnych skoków, aby jeszcze lepiej zapoznać się z żywiołem i przyzwyczaić do idei samodzielnego skakania. Potem najlepiej jest się podpiąć pod jakąś grupkę latającą formacje płaskie (to taka formacja, gdzie dwie lub więcej osób wyskakują razem i wykonują w czasie spadania uprzednio zaplanowane figury – ja cię łapę za prawą nogę, puszczam, potem ty się obracasz i łapiesz mnie za lewą, puszczasz, potem łapiemy się za ręce itp., itd.).


Wszystko OK, pod warunkiem, że masz w miarę standardowe rozmiary. Jesteś za lekki – formacja spada szybciej, a ty nie możesz ich dogonić, bo nie wiesz jak. Jesteś za ciężki – mijasz formację jak kojot Wile E. ze Strusia Pędziwiatra, który spada z urwiska, trzymając kowadło. Gdzie ty jesteś kojotem, a kowadłem twoja ciężka dupa – oczywiście w przenośni. Słodko nie było.

Jak już wspominałem, robiłem kurs późnym latem / jesienią. Warunki pogodowe zmienne. W takie dni uświadamiasz sobie, że słowo spadochroniarstwo pochodzi od greckiego Spados Chronos – bądź cierpliwy.
Za duży wiatr – siedzisz, bo masz mniej niż 50 skoków, więc nie możesz skakać (w praktyce siedzą wszyscy uczniowie), za nisko chmury – siedzisz, zbliża się deszcz lub jest SZANSA na deszcz – siedzisz, pogoda OK, ale brak miejsca w samolocie, bo skaczą tandemy i AFF-y – siedzisz, nie możesz załatwić wysokościomierza – siedzisz, pogoda OK, ale nie ma spadochronu do wypożyczenia, bo używa go student lub potrzebuje go w następnym wylocie – siedzisz. W Irkucku znów zaobserwowano niedźwiedzia – siedzisz.
Ta lista nie ma końca.

Jeszcze w czasie kursu w jeden z takich dni (wieje) siedzę sobie w kawiarni z innymi młodymi skoczkami przeklętymi przez aurę i czekam na nadejście popołudnia (pod wieczór wiatr ma tendencję do uspokajania się – może coś się uda wyskoczyć), sączę nie wiem którą tego dnia kawę, kiedy nagle wpada mój instruktor:

- Dzie się wucys? 15 minut cię szukam. Jesteśmy w następnym wylocie. Ubiroj się. Ino CHYŻO!
- Ale limit 50, wieje…
- To JA decyduję, kiedy skaczesz, a kiedy nie. Ich (innych studentów) by cofało przy lądowaniu (ląduje się pod wiatr). Z twoją ciężką dupą dasz radę. RUCHY!

Tego dnia król latał, a reszta zazdrośnie obserwowała, czekając na zmianę aury. Tak że na kursie nie znasz dnia ani godziny…

Większa część kursu to omawianie sytuacji awaryjnych

Cały czas masz gdzieś głęboko z tyłu głowy niespokojną, świdrującą myśl: kiedy to trafi na mnie. Czy dam radę? A co, jak ten drugi też się nie otworzy? Taki korniczek cierpliwie ryjący w potylicy tunelik zwątpienia. W jeden z takich beznadziejnych mglistych dni, kiedy siedziałem na lotnisku i czekałem na cud, zawlokłem się z nudów do namiotu układalni (tam, gdzie układa się między skokami spadochrony) i natknąłem się na riggera (po polsku to będzie chyba mechanika spadochronowego), jak przekładał zapas. W zależności od kraju i panujących w nim przepisów, spadochron zapasowy musi być przekładany raz lub dwa razy do roku. Spadochron główny układa się pomiędzy skokami w max 10 minut. Zapas układa się parę godzin. Miałem okazję prześledzić prawie pełny proces przekładki zapasu. Gość stosował specjalne aluminiowe listwy tak, aby każda zakładka składanej czaszy miała dokładnie taką samą szerokość. Do tego obciążniki, aby nic się nie przesunęło, jakieś płytki, zaciski, napinacze… pieprzone spadochronowe origami. Dosłownie. Tego dnia zyskałem wewnętrzną pewność, że co by się nie zadziało – zapas mi zadziała. Kornik zdechł. A przynajmniej bardzo się poddusił.

W końcu robisz swoje 50 skoków i występujesz o ŚK lub amerykańską USPA B!

Wychodzisz spod opieki instruktorskiej! W końcu Samodzielny SKOCZEK!!! Król Nieba? A chu*a tam…

Ale o tym kiedy indziej.

Oglądany: 24298x | Komentarzy: 61 | Okejek: 292 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

17.10

16.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało