Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

"Kiedy madka jedzie na urlop" – analizujemy list oburzonej urlopowiczki, która zrobiła awanturę we Władysławowie

75 747  
190   126  
Z przedstawiciela inwazyjnego nadmorskiego insekta zwanego homo balticusem można robić sobie niewybredne żarty i obśmiewać przedziwną logikę jego zachowania. Problem zaczyna się jednak wówczas, gdy ktoś jadąc do kurortu położonego nad polskim morzem ma pretensje do całego świata o to, że mu gruby Janusz parawanem akwen zasłania. To trochę tak, jakby czepiać się bacy, że oscypki sprzedaje. Ostatnio serwis Onet Kobieta zaserwował nam dramatyczny list napisany przez oburzoną panią, która to miała nieprzyjemność wylądować we Władysławowie. Śmiało można rzec, że w tekście tym prezentuje się najgorszy typ polskiego turysty, czyli roszczeniowa „madka” na wakacjach.
O tzw. madkach, czyli przedstawicielkach płci pięknej cierpiących na niewyleczony zespół pieluszkowego zapalenia mózgu, powiedziano już bardzo dużo. Warto jednak podkreślić, że większość upierdliwych cech tego niedającego się lubić stworzenia drastycznie wzmaga się, kiedy posiadaczka mniej lub bardziej podrosłego „bombelka” jedzie na urlop. Wówczas to, zgodnie z wyobrażeniem takiej istoty, cały świat powinien w poddańczym geście pomiatanego parobka dbać o madczyny dobrostan. Zaraz zresztą sami się o tym przekonacie, czytając fragmenty listu, którym oburzona nadmorskim kurortem przedstawicielka płci pięknej podzieliła się ze światem.

W tym roku pojechałam z córką do Władysławowa. Przypadek. Po prostu usłyszałam, że w ośrodku Cetniewo we Władysławowie są wolne miejsca. (…) Idę na plażę, mijam panów, za przeproszeniem, szczających nie tylko na wydmy, ale i pod samym ośrodkiem Cetniewo. Jest ogrodzony, więc tuż przed ogrodzeniem. Zwracam uwagę: „Panowie, dziecko patrzy! Nie wstyd wam?!”. Ale to było pytanie retoryczne, bo panom nie wstyd. Nieprzerwanym strumieniem moczu po prostu moje uwagi „olewają”.


Jeśli chodzi o nędzną „jakość” polskich turystów, to śmiało można uznać, że istnieją dwa centralne punkty słynące z gęstego wysypu wszelkiej maści pijanego januszerstwa i sebiksowego robactwa: Mielno i Władysławowo, zwane przez większość bywalców Władkiem. Autorka listu udała się do tego drugiego miejsca, sugerując się tym, że w okolicy były kwatery z wolnymi pokojami, a nie opiniami ludzi, którzy mieli wątpliwą przyjemność „odpoczywania” w tym nadmorskim piekiełku. Jadąc do Władka i okolicznych kurortów, trzeba się liczyć z widokiem grubych urlopowiczów, którzy z braku dostępu do szaletu szczają na drzewo. Z drugiej jednak strony – cóż począć? Taki już urok tego miejsca, a jedynym rozwiązaniem byłoby postawienie większej ilości bezpłatnych kibelków i wlepianie mandatów za zaśmiecanie lasu.
Nadmienię, że znacznie większym problemem są walające się na wydmach pieluchy, podpaski i chusteczki porozrzucane przez zalegające na piasku panie. Podsumowując: marzyła pani o spokojnym urlopie nad Bałtykiem? Trzeba było jechać np. do Karwieńskich Błot! To urocza wieś, która nie jest zbyt popularna wśród spasionych piwożłopów i ich rodzin, bo do plaży trzeba dojść drogą nieco dłuższą niż 50 metrów.
Ach, i jeszcze ten argument „dziecko patrzy!”. Tak jakby jakiś małolat był angielską królową i miałby się zgorszyć zwykłą ludzką czynnością fizjologiczną. Czynnością, która w cywilizowanym miejscu powinna być "załatwiona" w szalecie, ale przecież Władek to miejsce dalekie od cywilizowanych zachowań i żaden szanujący się, ubzdryngolony brzuchacz nie będzie tracił czasu i pieniędzy na szczanie w jakimś toi-toi'u.

Wchodzę na plażę i szukam miejsca, gdzie położymy z córką swoje ręczniki, cieniutkie jak prześcieradła, o dosyć mikrych rozmiarach. Z trudem przeciskamy się przez tłum plażowiczów – parawaniarzy. Lecą bluzgi: „kur**!” i „ja pier***ę!” i tak co kilka metrów. Zapach. Gdy tak przedzieramy się przez plażę, dolatuje do nas nie zapach morskiej bryzy, tzn. też, ale dominuje nad nim jednak zapach piwa. A dźwięki mew i szum fal zagłuszane są przez syk otwieranych puszek. Polacy na plaży palą i piją na potęgę.


Czyli tak: z ciągnącej się przez 843 kilometry polskiej linii brzegowej pani wybrała niewielki jej odcinek w okolicach najbardziej obleganego przez turystów miasta, a następnie wbiła się na plażę jednym z głównych wejść i ze zgrozą odkryła, że są tam ludzie. Ciekawe, czy wkładając rękę do wrzątku podobnym zdziwieniem zareagowałaby pani na to, że woda parzy? Rozumiem, że przedzierając się przez ten tłok liczyła pani na to, że turyści będą leżeli w ciszy tylko po to, aby mogła pani relaksować się przy dźwiękach morza szumu i ptaków śpiewu? Rajski spokój... We Władku? Też coś!

Znajdujemy miejsce, ale gdy się rozkładamy, z trudem mieszcząc się między innymi, widzę, że państwo, którzy rozłożyli się przede mną, ustawili parawan nie w kwadrat, ale wzdłuż linii brzegowej, a po chwili zaczęli dostawiać do niego drugi parawan, a koniec tego „szalika” utworzyli z namiotu, który blokuje przejście do wody. (…) - Pana parawany i namiot zasłaniają mi całe przejście do wody, a co gorsza, widok na moje dziecko. (…). A że mam chyba histrioniczną osobowość, to po chwili cała ta afera mnie tak nakręciła, że postanowiłam zrobić „spektakl”. A niech mnie wszyscy dookoła słyszą! Miałam nadzieję, że ktoś się włączy do tej dyskusji, np. jacyś rodzice albo samotna matka, która i tak ma zawsze oczy dookoła głowy, a na plaży musi mieć podwójnie. Ale wszyscy milczeli i tylko mnie obserwowali.


A jednak, zamiast przespacerować się i oddalić od tłumu, odważyła się pani znaleźć dla siebie mikroskopijny kawałek plaży, gdzieś między stopami jednego urlopowicza a głową drugiego, nadal naiwnie wierząc, że wszyscy plażowicze nagle zamilkną, a widok na morze zarezerwowany będzie tylko i wyłącznie dla pani? Owszem – parawaniarze to bałtycka plaga gorsza niż te wszystkie czterokołowe rodzinne rowerki rozbijające się po deptakach, jednak w dalszym ciągu jest to standardowy atrybut homo balticusa. Tam gdzie jest dużo ludzi, tam większa szansa na spotkanie parawanów. I doprawdy wszyscy mają w zadku to, że nie będzie pani widziała swojej pociechy, która płonąc ze wstydu, udaje się wpław na spotkanie ze szwedzkim dobrobytem. Podejrzewam, że nikt nie włączył się do dyskusji, aby nie przerywać interesującego spektaklu, który przegonił nieco nudę bezczynnego, wielogodzinnego leżenia plackiem na gorącym piasku. Podsumowując - nie chcesz uczestniczyć w figurowym parawaniarstwie, nie jedź do Władka!

Zadzwoniłam do straży miejskiej. (...) Poskarżyłam się na to, że parawaniarze tak się rozkładają, że utrudniają widoczność na plaży i rodzice nie mogą mieć na oku swoich dzieci, jeśli nie stoją przy nich w wodzie. (…) Dyżurny strażnik wysłuchał mnie grzecznie i powiedział, że mnie rozumie, ale nic nie może zrobić. „Nie ma na to żadnego paragrafu, żadnych przepisów prawnych” – powiedział.


Wyobrażacie sobie co by było, gdyby na polskich plażach swój komisariat miała specjalna jednostka nadmorskiej żandarmerii, stworzona tylko i wyłącznie po to, aby reagować w sytuacjach, gdy jakiś urlopowicz poczuje się dotknięty zachowaniem innego turysty? Już widzę, jak funkcjonariusze rzucają się na pięcioletniego Antka po tym, jak ten zabrał grabki Stasiowi, a matka tego ostatniego zrobiła scenę na całą okolicę. „Gleba, kurwa! Będziesz miał czas na przemyślenie swojego występku, gówniarzu! Dwa tygodnie spędzisz w celi z gitami, żrąc jedynie suche gofry!”. Albo kiedy podpity pan Wiesio, zwijając się na obiad, przypadkiem sypnie piaskiem na czyjąś jagodziankę, a oddział antyterrorystyczny momentalnie dotrze na miejsce quadem i dla przykładu utopi skurwiela w morzu. Ha, już widzę jak bohaterski zastęp funkcjonariuszy specjalnym taranem wyważa dziurę w parawanie, aby dostawszy się na drugą stronę, zamienić opalającą się tam rodzinę w sałatkę z buraków i odsłonić widok na morze oburzonej madce, która chce widzieć swoje, bawiące się zdechłą meduzą, purchlę.

Uznałam, że ludzi nie zmienię, więc muszę sama coś zmienić. Wzięłam ze sobą rozkładane krzesło (nie leżak), by, gdy siedzę na podwyższeniu, mój wzrok sięgał nad parawanem do morza. Niestety, moje dziecko było tym strasznie skrępowane. „Mamo, ludzie się na nas gapią i nas obgadują. To przez to, że robiłaś aferę” – powiedziała córka parę razy.


Wszystko jasne. Gdy zabiera się na plażę leżak, wózek z dziecięciem, trzy termosy, dwa materace, przenośny grill i mały zestaw hutniczy do wytapiania szkła, to rzeczywiście jedyną opcją jest szukanie miejsca jak najbliżej głównego deptaka. Na przyszłość sugeruję wziąć jedynie ręczniczek oraz butelkę wody mineralnej, aby móc bez większego wysiłku przeczłapać w poszukiwaniu nieco mniej zaludnionego zakątka na plaży. Sam tak robię i szczerze polecam tę metodę.
Podziwiam natomiast stoicki spokój pani córki. Osobiście spaliłbym się ze wstydu, wykopał sobie w piasku norkę i siedział tam, czerwony niczym zjarany słońcem brzuch opasłego emeryta smażącego się na słońcu. Doprawdy, nie chciałbym być w skórze brzdąca, którego rodzicielka, na oczach setek znudzonych homo balticusów, robi awanturę jakiemuś nędznemu parawaniarzowi i oczekuje poklasku ze strony innych przedstawicieli tej nadbałtyckiej fauny.
I znowu: chcesz uniknąć zawłaszczających każdy milimetr plaży pasożytów, nie jedź, kurła, do Władka!

Przed powrotem do Warszawy poszłyśmy jeszcze raz na plażę we Władysławowie. W jednej z restauracji siedzieli panowie z gołymi torsami. A przed wejściem, na sofie, jakaś kobieta w bikini. Gdy już odeszłyśmy na taką odległość, że nie mogła mnie usłyszeć, skomentowałam do córki wygląd tej kobiety. Uważam się za tolerancyjną, ale postanowiłam zrobić uwagę dotyczącą zdrowia tej pani. Ale szybko zostałam zbesztana. „Mamo, co ty mówisz?! Każdy może być w bikini. Niezależnie od wagi!” Zawstydziłam się i dodałam że nieważne, czy ktoś jest chudy, czy z nadwagą, po prostu nie wypada siedzieć z gołą klatą czy w bikini przy stoliku czy na sofie należącej do restauracji.


Ależ pani córka ma absolutna rację. Czemuż to typ z gołym torsem miałby nie wchodzić do nadmorskiej knajpy, kiedy z nieba nawala bezlitosny żar? Czy jest jakiś regulamin nakazujący gościom każdej smażalni zakładania na siebie fraków? Jest pani nad polskim morzem! Tutaj faceci eksponują swoje piwne bebzole, a otyłe baby wylewają się ze swoich (zdecydowanie za małych) bikini. Takie widoki są normalne w większości nadmorskich kurortów na całym świecie i poza pretensjonalnymi, awanturującymi się „madkami” nikomu to nie przeszkadza. Jadąc do najbardziej obleganej modnej nadbałtyckiej mordowni, każdy urlopowicz wyraża niepisaną zgodę na dobrowolny udział w tym rollercoasterze ludzkiego zezwierzęcenia. I obawiam się, droga pani, że nie pomoże tu ani robienie parawaniarzom awantur, ani zasłaniane dziecku oczu, kiedy jakiś pijak szcza na jałowiec, ani oburzanie się na zbyt dużą ilość nieidealnych ludzkich ciał pochłaniających odmrożonego, smażonego na ubiegłorocznym oleju, turbota. Myślę, że za rok powinna pani zostać w cywilizowanym” mieście, bo wakacje we Władku wyraźnie pani szkodzą...

212

Oglądany: 75747x | Komentarzy: 126 | Okejek: 190 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

17.10

16.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało