Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Pantera: 40 lat od debiutu Kowbojów z Piekła

25 484  
158   38  
Jest kwiecień 1994 roku. Na szczycie listy Billboard 200 w ostatnich tygodniach panuje prawdziwy kiermasz rozmaitości: mianem najlepszych amerykańskich bestsellerów pochwalić się mogą chociażby płyty Alice In Chains, Soundgarden, Toni Braxton, Mariah Carey czy... Szwedów z Ace Of Base. Do tego stylistycznego misz-maszu definiującego lata dziewięćdziesiąte idealnie pasuje zatem „Far Beyond Driven” Pantery.
Krążek, który po 20 latach od wydania został nazwany przez magazyn Revolver „najcięższym albumem debiutującym na pierwszym miejscu” i który tak naprawdę był... początkiem końca Pantery.



Nawet mając w pamięci sprzyjające metalowej ekspansji realia lat dziewięćdziesiątych, Pantera ze swoją brutalnością weszła do mainstreamu razem z futryną. I choć nie była to grindująca miazga spod znaku Napalm Death, Carcass czy Extreme Noise Terror, ich głośne i bezkompromisowe brzmienie zradykalizowało (przy dużej promocyjnej pomocy MTV i ich ówcześnie flagowego programu „Headbangers Ball”) w kwestii muzycznej małolatów na całym świecie. Ale historia zespołu z dużym kotem w nazwie zaczęła się znacznie wcześniej – należy cofnąć się do 1981 roku, kiedy to kilku nastolatków w teksańskim Arlington postanowiło chwycić za gitary, spełniając się jednak w gatunku nieco odmiennym od uwielbianego w ich rodzinnych stronach country.

Korzeń zespołu, na wczesnym etapie działalności znanego jako Gemini i Eternity, tworzyli bracia Abbottowie – charakteryzujący się niepowtarzalnym brzmieniem perkusista Vinnie Paul oraz przykuwający szczególną uwagę ponadźwiękową prędkością na gryfie młodziutki gitarzysta – Darrell „Diamond”. Pantera, jeszcze korzystająca z glamowego image i czerpiąca z kissowo-vanhalenowych rozwiązań brzmieniowych, konsekwentnie próbowała przebijać się do świadomości słuchaczy wydając trzy pierwsze płyty rok po roku, począwszy od debiutanckiego „Metal Magic” zaprezentowanego w 1983 roku, na którym pojawił się już kolejny członek kanonicznego składu – Rex „Rocker” Brown (na szczęście po niedługim czasie basista zrezygnował z tej obciachowej ksywki).


Po wydaniu tej młodzieńczej trylogii doszło do kluczowego rozstania: szeregi kapeli opuścił wokalista Terry Glaze. Czy należało jednak z tego powodu rwać szaty? Nie do końca. Na portalu Allmusic można przeczytać współczesną recenzję drugiego w chronologii krążka „Projects in the Jungle”: partie wokalisty zostały nazwane „atakującym ucho piskami i robotycznymi krzykami”, a ociekające seksem i metalem teksty „kretyńskimi”. I rzeczywiście, jest w tym sporo racji... Swoje trzy grosze w temacie dorzucił nawet Rex Brown: „Stary wokalista? Cholera, to szybko dążyło donikąd. Nie nadawał na tej samej częstotliwości co nasza trójka. Ten koleś nigdy w życiu nie pracował!”. Po latach basista przyznał też, że nienawidzi „pierdolonych piosenek” takich jak „Nothin' On (But the Radio)” z debiutu. „Dopóki nie śpiewa tam Phil, nie jest to Pantera” – Brown subiektywnie, w mocnych słowach, podsumował status wczesnej odsłony grupy.



Gdy do zespołu dołączył wywołany do tablicy dziewiętnastoletni Philip Hansen Anselmo, pewnie mało kto spodziewał się, jak diametralnie zmieni to całą sytuację. I choć premierowy zwiastun ich współpracy – „Power Metal” – w dużej mierze kontynuował drogę obraną na otwierającej historię Pantery trylogii, pozwalał już odczuć odświeżający wpływ świeżej krwi składającej się z charyzmy i warunków głosowych Phila. Nie sposób nie wspomnieć też o istotnej roli, którą w rozwoju Pantery odegrał Jerry „Eld'n” Abbott – ojciec braci założycieli kapeli. To w jego studiu Pantego Sounds nagrywane były płyty grupy, a sam ojczulek na czterech pierwszych wydawnictwach pełnił rolę producenta. Dziś jednak wczesny etap wydaje się być oddzielony grubą linią od „nowoczesnej” odsłony metalowych kowbojów z Teksasu. W przeciwieństwie do wielu starych krążków łatwych do ponownego zmonetyzowania po latach, wczesne longplaye Pantery nigdy nie doczekały się reedycji, stając się jednocześnie regularnym artefaktem internetowych aukcji. Nic zresztą nie wskazuje, żeby ten stan rzeczy miał się kiedykolwiek zmienić – na początku 2021 roku Brown zdecydowanie wykluczył ewentualność wznowień porównując słuchanie starych płyt do przeglądania zeszytów ze szkoły średniej.

Rodzinny, założony przez samych muzyków label Magic Music Records nie oferował zbyt dużych zasięgów. Przełomem dla Pantery był zatem transfer do majorsa. Wybór Atco Records jawił się jako konieczność, ponieważ wielkie wytwórnie nie były zainteresowane tymi młodymi, choć przecież bardzo doświadczonymi, metalowcami. Przedstawiciel Atco zobaczył jednak na koncercie ich potencjał i... już w 1990 wydany został (nagrany ponownie w Pantego Sounds) album „Cowboys From Hell”, przez wielu traktowany jako rzeczywisty debiut Pantery. Działo się to dosłownie na chwilę przed tym, jak Metallica zaprezentowała „Czarny Album”, a reguły gry w rockowym światku zmieniała – choć raczej nie na długo – grunge'owa rewolucja. Czas zdecydowanie nie sprzyjał hairmetalowym reminiscencjom... Choć nie był to pierwszy wspólny materiał kwartetu znanego z „Power Metal”, cztery elementy po raz pierwszy w pełni zazębiły się, dając wprost porażający efekt. Do klasyki gatunku przeszły już takie kawałki jak tytułowe „Cowbowys From Hell”, „Cemetery Gates” czy „Psycho Holiday” – potężne, tnące niczym żyletka riffy Darrella, skala głosu Phila, zmiatająca wszystko z powierzchni ziemi dudniąca perkusja Vinniego oraz przewracający flaki bas Rexa oznajmiły światu, że oto nadeszła nowa siła metalu. Pantera zawitała też po raz pierwszy do Europy, występując między innymi przed półmilionową publicznością w Moskwie na festiwalu Monsters of Rock wspólnie z AC/DC czy Metallicą.


Już patrząc na okładkę wydanego w 1992 roku „Vulgar Display Of Power” możemy domyślać się, jaka będzie zawartość płyty. Zdjęcie przedstawiające gościa przyjmującego cios na twarz (za przyjęcie 30 bomb na szczękę „model” miał dostać 10 dolarów, co po latach zdementował sam fotograf tłumacząc to ujęcie inscenizacją) idealnie korespondowało z takimi uderzeniami jak „A New Level”, „Fucking Hostile” czy „Rise”. Największy przebój to jednak oparty na uzależniającym motywie gitarowym (Darrell po raz ostatni podpisał się jako Diamond) „Walk”. Było to kolejne postawienie kroku w stronę własnego, brutalnego brzmienia, ale też ugruntowanie mainstreamowego sukcesu. Płyta, która według jej twórców miała być najmocniejszym krążkiem świata, dorobiła się podwójnej platyny i od momentu pojawienia się w sklepach zaczęła być stałym gościem przeróżnych rankingów ze słowem „best”. Wystarczy dodać, że 25 lat po premierze czasopismo Rolling Stone umieściło „Wulgarny Pokaz Siły” (tytuł płyty to cytat z filmu „Egzorcysta”) na 10. miejscu listy 100 najlepszych metalowych albumów wszech czasów.


Pantera dość odważnie odeszła od utrwalanego (także przez siebie) w latach osiemdziesiątych glamowego wizerunku kudłatego, natapirowanego metalucha z podmalowanymi oczami. Darrell pozbył się diamentowej ksywki zostając bezkompromisowym Dimebagiem, a cała grupa zamiast karykaturalnych trwałych i spandeksowych strojów postawiła na dziary, trampki, krótkie spodnie, bródki i kraciaste koszule narzucone na gołe klaty. Phil przeprowadził też rewolucję fryzurową – podczas, gdy reszta zespołu pozostała tradycyjnie długowłosa, wokalista ogolił się na łyso, dumnie prezentując wytatuowaną głowę – do tej pory wśród metalowych wokalistów glacą świecił chyba jedynie Rob Halford, który przecież nie miał większego wyboru w kwestii zaczeski. Jak wspominał po latach Anselmo, chciał odciąć się od wizerunku Davida Lee Rotha czy Dee Snidera, kierując się bardziej w stronę hardcore'owej estetyki spod znaku Agnostic Front czy Black Flag.



Grupa poszła, nomen omen, za ciosem wydając zaledwie 2 lata później wspomniane na początku „Far Beyond Driven”. Jako mało znaną ciekawostkę warto nadmienić fakt, że pierwotnie okładkowe wiertło wkręcające się w głowę miało być wycelowane w... odbyt. I choć były to muzyczne szczyty grupy („I'm Broken”, „Becoming”, „5 Minutes Alone” czy cover sabbathowego „Planet Caravan”), personalnie dochodziło do coraz większej liczby nieporozumień odbijających się na życiu zespołu. Anselmo coraz bardziej pogrążał się w heroinowym nałogu, który stał się „owocem” jego długotrwałych problemów z plecami (to z kolei efekt scenicznych szaleństw i energetycznego stage divingu), na które nie pomagały ani tradycyjne medykamenty, ani nawet alkohol.

Minęły kolejne 2 lata i grupa przedstawiła swoje następne dziełko – „The Great Southern Trendkill” z wężem na okładce. Już pierwsze dźwięki płyty zwiastują prawdziwą apokalipsę, a wrzask otwierający numer tytułowy wprowadza w apokaliptyczny klimat najbardziej mrocznego dzieła kwartetu. Kontynuacja wewnętrznego rozkładu jednak sukcesywnie postępowała – mieszkający w Nowym Orleanie wokalista nagrywał swoje partie z dala od reszty zespołu, w studiu należącym do Trenta Reznora z Nine Inch Nails. Niezbyt chętnie też dzielił się z resztą kapeli, nie do końca świadomą skali problemu, swoimi narkotykowymi doświadczeniami...


Pantera tuż po premierze „The Great Southern Trendkill” wyruszyła w trasę koncertową wspólnie z White Zombie oraz Eyehategod. Jednym z przystanków tournée nazwanego (w nawiązaniu do starego horroru) „Pojedynek Potworów” było Dallas. Po występie odbywającym się 13 lipca 1996 Anselmo przedawkował i, jak sam wspomina, był martwy przez około 5 minut. Śmierć w starciu z Philem okazała się jednak bezradna. Po mającym miejsce w zespołowym busie „zmartwychwstaniu” i krótkiej wizycie w szpitalu frontman Pantery wydał oświadczenie, w którym tłumaczył, że... wcale nie jest uzależniony od heroiny. Zapewniając, że tak łatwo nie umrze, błyskawicznie wrócił na „potworną” trasę. Co więcej, już 8 sierpnia rozpoczęła się właściwa koncertowa promocja nowego albumu, która trwała aż do grudnia 1997. Anselmo uczestniczył w każdym z wydarzeń, dając z siebie wszystko. Definitywne wyjście z twardych dragów (wliczając w to znienawidzony metadon) zajęło jednak wokaliście blisko dekadę, co w bezpośredni sposób jeszcze bardziej wpłynęło na i tak kiepskie relacje wewnątrz zespołu.



Ostatnim studyjnym akcentem Pantery było wydane w 2000 „Reinventing The Steel”. Przełom mileniów dziś możemy wspominać jako czas, kiedy uszy rozpieszczonych latami dziewięćdziesiątymi ortodoksów krwawiły raz po raz ze względu na wszechobecny atak numetalowej „alternatywy” spod znaku Crazy Town czy Papa Roach. Pożegnalny – choć w momencie premiery nikt nie raczej zdawał sobie z tego sprawy – materiał autorów „Walk” ukazał się w czasie, gdy cybernetyczna rzeczywistość wdzierała się drzwiami i oknami do coraz liczniejszych elementów rzeczywistości, a popowa papka zalewająca sprzyjające jeszcze niedawno metalowi muzyczne media stawała się coraz bardziej nie do zniesienia. Żeby nie był gołosłownym – tego samego dnia w sklepach pojawiło się „No Strings Attached” NSYNC, które niejednego małoletniego metalheada przyprawiało o srogi ból zębów. Łabędzi śpiew Pantery brzmiał dojrzale, jednak trudno pozbyć się wrażenia, że „Reinventing The Steel” nigdy nie wymyśli stali na nowo. Przy utworach takich jak „Yesterday Don't Mean Shit” czy „Goddamn Electric” (z gościnną partią gitary Kerry'ego Kinga ze Slayera) łatwo było dorobić się zawrotów głowy od headbangingu, a teksty nierzadko stanowiły ukłon w stronę starych fanów, wychowanych na Black Sabbath oraz napędzanych whisky i dymem.


Polskim miłośnikom Pantery serce zabiło szybciej, gdy wreszcie ogłoszony został ich pierwszy koncert w naszym kraju. Co prawda trasa Extreme Steel trwała już kilka miesięcy, a forma coraz bardziej skłóconej grupy nie powalała na kolana (Rex Brown narzekał na długość tournée porównując relacje w zespole do rozpadającego się małżeństwa), występ zaplanowany na 25 września w katowickim Spodku (ze Slayerem w roli supportu!) wzbudził ogromne zainteresowanie. Pantera była już w Dublinie, gdzie miał odbyć się pierwszy europejski występ w ramach Extreme Steele, kiedy dowiedziała się o zamachach na World Trade Center. Cała europejska promocja „Reinventing the Steel” została oczywiście odwołana. I choć ostatni raz grupa pokazała się razem na scenie w japońskiej Jokohamie 26 sierpnia 2001, oficjalny koniec Pantery datuje się na 2003, kiedy to zgrzyty pomiędzy Abottami a Philem stały się zbyt poważne, by mówić o kontynuacji działalności w jakiejkolwiek formie. Jak jednak dzieje się w przypadku sławnych i bogatych zespołów, perspektywa reaktywacji często usuwa w niepamięć (a przynajmniej w pełen dukatów cień) wcześniejsze nieporozumienia. W końcu po latach potrafili dogadać się nestorzy z Black Sabbath, a Dave Mustaine wystąpił na jednej scenie z Metallicą...

8 grudnia 2004 miało jednak miejsce zdarzenie, które zszokowało cały świat i definitywnie przekreśliło szanse na powrót klasycznego składu Pantery. Damageplan – zespół, który tuż po rozpadzie macierzystej kapeli założyli Dimebag i Vinnie – grał koncert w Columbus w Ohio. Wydawało się, że będzie to po prostu jedna z wielu niewielkich metalowych imprez – na publiczności pojawiło się zaledwie 250 osób. Jednak już po kilku dźwiękach otwierających występ gwiazdy wieczoru (podczas, o ironio, utworu „Breathing New Life”) Dime stanął twarzą w twarz z Natanem Gale'em – cierpiącym na schizofrenię byłym Marine o imponującej posturze, który wbiegł na scenę z półautomatyczną Berettą kaliber 9 i z odległości metra wystrzelił w jego stronę cztery razy. Dwudziestopięciolatek, obwiniając gitarzystę za rozpad swojej ukochanej kapeli, uroił sobie, że Pantera ukradła jego teksty piosenek i tożsamość. Darrell, ranny w policzek, ucho, tył głowy i rękę, nie miał szans na przeżycie. Publiczność zamarła w szoku. Niektórzy początkowo myśleli, że była to część show, ktoś zaczął reanimować swojego idola. Ktoś inny w przerażeniu wykrzyczał „Zadzwońcie na 911”, co niewyraźnie można usłyszeć na nagraniu z klubu. Na pomoc było już jednak za późno. Dimebag zmarł w wieku 38 lat.


Podczas strzelaniny zginęły jeszcze trzy osoby – szef ochrony Damageplan, pracownik lokalu oraz jeden z fanów. Ofiar mogłoby być więcej, gdyby nie James Niggemayer – policjant, który patrolował okolice miejsca koncertu i zjawił się w klubie dwie minuty po otrzymaniu telefonu. Gale, który w magazynku miał jeszcze 35 nabojów, kilka chwil później sam osunął się na ziemię. W tym całym zamieszaniu mundurowemu udało się zastrzelić napastnika, jednak dzielny gliniarz przypłacił to zespołem stresu pourazowego i w efekcie zrezygnował ze służby, przez długi czas uczęszczając na terapię. Skojarzenia z Beatlesami nasuwają się same – dokładnie 24 lata wcześniej John Lennon został zastrzelony w Nowym Jorku przez Marka Chapmana – psychofana Czwórki z Liverpoolu... Zewsząd płynęły kondolencje, a zapłakany Anselmo umieścił w sieci film, w którym mówił o zmarłym koledze w samych superlatywach, nazywając go bratem. Phil w krótkim wideo przyznał też, że świadomość braku odpowiedniego pożegnania z kumplem z zespołu „zabija go”.


Rodzina Dimebaga – na czele z Vinnie Paulem – nie zgodziła się jednak, żeby wokalista mógł wziął udział w pogrzebie. Anselmo niedługo przed strzelaniną zasugerował w wywiadzie z Metal Hammerem, że Darrell „powinien solidnie dostać”. Długoletnia partnerka Dimebaga, Rita Haney, postanowiła jednak wybaczyć Philowi. Co więcej, sama spróbowała – bezskutecznie – załagodzić konflikt pomiędzy dawnymi kumplami. Perkusista Pantery niespodziewanie zmarł na serce w 2018 roku, nigdy nie zakopując topora wojennego z Philem (oraz z Rexem, z którym także na przestrzeni lat się poróżnił). Podczas uroczystości pożegnalnych starszego z braci wyemitowany został krótki filmik, w którym Anselmo zapewnił o swojej miłości do przyjaciela z młodych lat.

Anselmo wzbudzał zresztą znacznie więcej kontrowersji. Jeszcze w czasach „Far Beyond Driven” trafił przed oblicze sądu za pobicie koncertowego ochroniarza, a podczas koncertu w Seulu w 2001 roku potrafił wpleść do utworu „Walk” słowa „white power”. To zresztą jego niejedyny zahaczający o rasizm incydent – na poświęconej Dimebagowi imprezie w 2016 ponownie krzyczał o białej sile, tym razem wymachując uniesioną prawą ręką. Początkowo tłumaczył się, że był to inside joke dotyczący... białego wina, jednak po oburzonych głosach ze świata metalu i nie tylko zdecydował się wystosować kolejne przeprosiny. „Mam wyjebane na kolor skóry, narodowość, religię czy cokolwiek. Żyj i, kurwa, pozwól żyć” – zapewniał w jednym z wywiadów. Dyskusje wywoływała także flaga konfederatki, obecna na sporej części panterowego merchu, a nawet jednej z płyt. Anselmo i Brown ponad dekadę po rozpadzie grupy przyznali jednak, że to umieszczanie jej nie było dobrym pomysłem. Odcinając się od flagi przekonywali, że nie chodziło wcale o nienawiść, a inspirację Lynyrd Skynyrd. Ale mówiąc o Philu nie należy skupiać się wyłącznie na negatywach. Żeby nie być zbyt poważnym, warto chociażby wyróżnić jego warsztat komediowy, widoczny chociażby w internetowym miniserialu Metal Grasshopper.


Na uwagę zasługują również liczne poboczne projekty, w które zaangażowali się muzycy Pantery. Anselmo już w 1991 roku rozkręcił superprojekt Down, w skład którego później wszedł też Brown. Phil udzielał się też w takich grupach jak między innymi Arson Anthem, Necrophagia i Christ Inversion (jako gitarzysta), wydzierając się jednocześnie w Superjoint Ritual, Viking Crown czy Scour. Jego aktywność poza macierzystą grupą była tak naprawdę jednym z czynników przesądzających o rozpadzie Pantery, zblokowanej twórczo przez inne zobowiązania wokalisty. Pozostała trójka nagrała zaś wydaną już po śmierci Darrella rebeliancką southernową mieszankę country i metalu pod szyldem Rebel Meets Rebel – obowiązki wokalisty pełnił doświadczony kowboj spoza prawa, David Allan Coe, jeden z idoli Dimebaga. Vince po tragicznym rozpadzie Damageplan dołączył do Hellyeah, w którym bębnił aż do śmierci.


Osobiste spojrzenie na dzieje zespołu przedstawił 8 lat temu Rex Brown – aktualnie wydający muzykę pod własnym nazwiskiem – w nierzadko gorzkiej dla braci biografii „Official Truth: 101 Proof”. Ta niezwykle interesująca opowieść niestety nie ukazała się do tej pory w naszych księgarniach – polscy wydawcy, czas wreszcie naprawić ten brak!

Choć od prawie 20 lat nie ma szans, by na scenie zobaczyć ogromny napis Pantera, Phil Anselmo wykonuje na koncertach z grupą The Illegals repertuar swojej starej kapeli, składając jej należny hołd. I choć ta historia nigdy nie będzie miała happy endu, a pojawiające się w metalowej prasie plotki o ewentualnej reaktywacji Pantery (z ewentualnym gitarowym udziałem Zakka Wylde'a) po śmierci Vinniego całkowicie straciły sens, wokalista widzi szansę ponownego połączenia sił z Brownem. „Kocham Rexa. Zawsze będziemy braćmi. Pojawienie się wspólnie na scenie czy zagranie kilku koncertów razem nie jest wykluczone – to może się zdarzyć” – przyznał Anselmo.
4

Oglądany: 25484x | Komentarzy: 38 | Okejek: 158 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

16.09

15.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało