Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Patologie polskiego budownictwa IV

71 733  
348   48  
Dziś będzie o remoncie grzybków inhalacyjnych i o tym, ile zarabiają żule.


Sekret grzybków inhalacyjnych

Pierwszą fuchą dla wujków był remont sopockich grzybków inhalacyjnych. Robiliśmy wprawdzie na takiej dużej budowie, ale pewnego dnia wpadli do pakamery wujkowie i cali podnieceni powiedzieli nam, że zabierają nas do uzdrowiska na wakacje. Cokolwiek miało by to oznaczać, czuć było, że się wujki nieźle dorobią na tej akcji z uzdrowiskiem, bo kiedy tylko chodziło o jakieś lepsze pieniądze, to wujki za każdym razem zacierali łapska i robili to tak długo i tak szybko tarli dłonią o dłoń, że z boku wyglądali jak taka wielka tłusta mucha nad gównem.

Sezon w pełni, a my idziemy Monciakiem w tych naszych łachmanach budowlanych. Wujek szedł kilka metrów za nami i wpierdzielał jakiegoś McDonaldsa. Nam oczywiście nie kupił, ale żeby nie być niegrzecznym, jak wchodził po te swoje macdonaldsowe kebaby, to grzecznie nas zapytał, czy przy okazji nie chcemy sobie czegoś kupić. Oho, tak, kurwa, na pewno, zwłaszcza w okolicznościach, kiedy jeszcze w piątek obciął mi i Lejsowi po 37 złotych od wypłaty. Wiec, tak, kurwa, chcemy, tylko za co?

Ręce nam odpadały od tych wszystkich gadżetów, które musieliśmy nieść, a które normalnie - podkreślam NORMALNIE - powinny były przyjechać pod sam grzybek samochodem. Ale wujkowie stwierdzili, że wakacje są i przejdziemy się po Monciaku, a skoro znaleźli już miejsce parkingowe, to skorzystamy i nie będziemy musieli krążyć po zapchanych bocznych uliczkach. Szliśmy wśród odjebanych turystów i na ich tle pewnie wyglądaliśmy jak jacyś menele w tych naszych budowlanych, prywatnych łachmanach. W tamtych czasach służbowe stroje robocze na budowie? Marzenie!



W końcu dotarliśmy do grzybków inhalacyjnych.

Ogrodziliśmy grzybka biało czerwoną taśmą, żeby turyści widzieli, że to koniec inhalacji i teraz my tu będziemy robić remont. Dostaliśmy od wujka jakiś nowy materiał o dźwięcznej nazwie MORTOFIL (brzmiało to co najmniej jak nazwa jakiegoś zboczeńca, ale nieważne).
Jak już grzybek był ogrodzony, to zaczęło się zamieszanie, bo co chwilę z pobliskiego sanatorium przychodziły dziadki i babcie i z wyraźną pretensją w głosie pytali, kiedy skończymy, bo oni chcą się tu inhalować. Niektórzy potrafili się awanturować, że akurat w czasie ich turnusu musieliśmy zagrodzić grzybka i kazali nam robić szybciej, bo oni chcą się przed końcem turnusu załapać na inhalacje solankowe. Jeden dziadek awanturował się, że nawet za Adolfa by coś takiego nie przeszło i dodał jeszcze, że wtedy dla takich jak my było odpowiednie miejsce.

Może nie powinniśmy się tym jakoś mocniej przejmować, ale ja miałem coś takiego, że jak się wokół coś złego działo lub ktoś był z czegoś bardzo niezadowolony, to jakoś tak się czułem temu współwinny. Więc generalnie było mi trochę przykro, kiedy ci starsi ludzie żalili się, że nie mają się gdzie teraz inhalować. Ale dostaliśmy swoje zadanie, więc wzięliśmy się do roboty. Wujek poszedł połazić po Sopocie, ale było ryzyko, że może się w każdej chwili pojawić, więc trzeba było po prostu robić. Malowaliśmy więc grzybki Mortofilem i co jakiś czas musieliśmy wysłuchać jakiegoś dziadka, że nie może się inhalować.

Słońce trochę zaszło, a my malowaliśmy fontannę grzybka.
Wtedy podszedł do nas żul.
- KIEDY SKOŃCZYCIE? – pyta zdziadziałym głosem żul. My odpowiadamy, że nie wiemy, a żul, że mamy to skończyć jak najszybciej i żeby mu papierosa dać. Opierdalał nas, że kto to widział, żeby w środku sezonu im taki numer wywinąć z tymi grzybkami. Dałem mu fajkę, chociaż miałem mało, ale dałem też Lejsowi i sam też wyjąłem sobie całą. W końcu nie ma to jak fajka z żulem, co nie? Zapytałem żula, co właściwie robi cały dzień, a żul mi na to:
- NO JAK, KURWA, CO? PRACUJĘ, ZAPIERDALAM OD RANA DO NOCY! – i powiedział to z taka pretensją, jakby moje pytanie już samo w sobie zaprzeczyło jego ciężkiej pracy. Zapytałem, co dokładnie robi i wtedy zaczął mi tłumaczyć. Okazało się, że taki żul to ma cały rok robotę i musi być nieźle ogarnięty, żeby móc być porządnym żulem.

W skrócie wygląda to tak:
Zimą żule jadą na Śląsk. Jest sezon grzewczy, więc zbierają z torów węgiel, co powypadał z wagonów w transporcie i potem żule to sprzedają. Kradną też węgiel ze składów stojących na jakichś bocznicach. Co najlepsze, wcale nie jest tak, że każdy żul może sobie pójść gdzie chce i nazbierać węgla ile chce. Oni mają swoje rewiry i jeden żul nie powinien drugiemu wchodzić na rewir, a jeśli już, to musi poczekać na swoją kolej i jeszcze często oddać właścicielowi rewiru jakiś procent tego, co nakradł. Wiosną żule zbierają głównie złom i na wiosnę każdy zjeżdża do siebie, w sensie do jakiegoś swojego rodzinnego miasta. Lato to jest sezon i czas wielkiego żniwa dla żulerki. Latem żule ciągną do kurortów. Najbardziej lubią Sopot i Zakopane. W Zakopcu chodzą przebrani za te wszystkie Puchatki i Prosiaczki, co to przytulają do zdjęcia dzieciaki i żądają kilka złotych od rodziców tych dzieci, a ci rodzice oczywiście płacą, wyobrażając sobie pod strojem Puchatka jakiegoś młodego studenta, chcącego dorobić sobie w czasie przerwy wakacyjnej.



Więc wychodzi na to, że jeśli ktoś ma takie zdjęcie z dużym Puchatkiem albo w objęciach Prosiaczka czy Tygryska, to raczej na pewno ma zdjęcie z jakimś skacowanym żulem. A najlepsze jest to, że sami rodzice fundowali swoim dzieciom takie pamiątki z wakacji i sami pchali swoje pociechy w ramiona skacowanych, umordowanych poprzednim wieczorem żuli.
I mówią, że nie szata zdobi człowieka...

W Sopocie żule tak samo robią z tymi przebierańcami, ale poza tym mają jeszcze wiele opcji. Na przykład obstawiają parkingi i wskazują wolne miejsce, a także zbierają puszki i butelki z plaży, a tego jest w sezonie od groma.
Jesień to znowu złom w rodzinnej miejscowości.

Zdziwiłem się, że żule są aż tak zorganizowani i zapytałem żula, ile wyciągają dniówki na tych swoich akcjach. Żul wyjął wtedy garść pieniędzy z reklamówki i przeliczył. Miał dokładnie dwieście siedemdziesiąt trzy złote i kilka żółtych. Żul powiedział nam, że to jego dzisiejsza dniówka, a jeszcze coś mu pewnie wpadnie, no i chciałby jeszcze, żeby mu ktoś kupił jedzenie. Miałem wtedy ochotę kopnąć w dupsko tego żula i zabrać m tego papierosa, co mu dałem, bo w takim układzie to on mnie powinien poczęstować, a nie ja jego. Moja dniówka w tamtym czasie przy sześciu złotych na godzinę (bo tyle już się wtedy dostawało) sięgała maksymalnie siedemdziesięciu złotych, o ile oczywiście została w całości wypłacona, a z tym, jak wiecie, bywało w budowlance różnie.



No to pytam żula, co robią z tymi pieniędzmi, a żul na to, że wszystko przepijają. Ile by nie zarobili, to wszystko muszą przepić - póki jest. Na pytanie gdzie piją, odpowiedział z rozbrajającą szczerością, że w śmietniku. Powiedział, że zajmują jakiś śmietnik i tam piją, póki nie wypiją wszystkiego co mają. Chlają do zeszczania się w gacie, dopóki nie będzie już co pić i czym szczać i rzygać. Wtedy, obszczani i obrzygani, a niejednokrotnie do tego wszystkiego jeszcze obsrani, idą spać.

A potem żul dodał jeszcze:
- I wcześnie rano tu przychodzimy na kacu, do tego grzybka. Wykąpać się i ciuchy uprać, póki turystów nie ma. A potem idziemy na plażę na puszki, wtedy schniemy, no i kto się przebiera za pluszaka, ten za pluszaka, a kto na parking, ten na parking.
Dodał jeszcze, że reszta gdzieś żebrze, a wieczorem znów zbierają się w śmietniku i tak przez cały sezon. A na koniec kazał nam ten żul szybciej te grzybki malować, bo nie będą się mieli gdzie wykąpać przez nas.

Potem polazł gdzieś, pewnie chlać, bo już się wieczór zbliżał i najpewniej zbliżał się już czas chlania. Do nas z kolei wrócili wujkowie, cali opaleni, bo chyba przeleżeli ten dzień na plaży. Zbieraliśmy graty i byliśmy źli, że znów będziemy musieli tachać drabinę i resztę gratów przez Monciak. Wtedy znów podszedł jakiś dziadek z siatką w ręce i zapytał, kiedy skończymy. Wujkowie go pytają, czy chciałby się poinhalować, a dziadek, wyjmując z siatki jakiś słoik, odpowiedział wujkom, że stąd jest najlepsza woda do ogórków...

A na koniec dnia, jak wujkowie podsłuchali moją i Lejsa rozmowę w busie, jak już wyjeżdżaliśmy z tego Sopotu, to słysząc, że zastanawiamy się, czy może nie lepiej byłoby w sezonie porobić z żulami na parkingu, to zdenerwowani powiedzieli nam, że wstydzilibyśmy się porównywać pracę u nich do żulerki.
- Taki żul to ma tylko jak ma, a wy u mnie macie co tydzień pewne i uczciwie zarobione pieniądze! Koniec dyskusji, chłopaki, bo was więcej na fuchę nie wezmę! - powiedzieli wujkowie, i jeszcze coś buczeli sobie pod nosem, że młode to głupie.

W poprzednim odcinku

35

Oglądany: 71733x | Komentarzy: 48 | Okejek: 348 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

27.10

26.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało