Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Ochota na loda, ciężkie życie z teściową i inne anonimowe opowieści

67 148  
255   50  
Dziś w anonimowych opowieściach m.in. dominująca cecha charakteru, gdzie jechać na wakacje oraz najlepszy prezent urodzinowy dla dziewczyny.

#1.


Gdyby ktoś mnie kiedyś spytał jaka jest moja cecha dominująca, bez wahania odpowiedziałabym "Naiwność".

Mała dziewczynka, żyjąca sobie spokojnie w mieście wojewódzkim na zachodzie kraju i jej jeszcze mniejsza przyjaciółka z klatki obok. Spędzałyśmy ze sobą większość czasu i byłyśmy pewne, że zostaniemy przyjaciółkami niczym Ania Shirley i Diana Barry. Niestety - jedną z nas, konkretnie mnie, wywiało kilkadziesiąt kilometrów od miasta. Rodzice postanowili, że wyprowadzamy się na wieś, do mojej prababci, którą po śmierci wujka nie miał się kto opiekować. Ale przecież prawdziwej przyjaźni nic nie zniszczy, prawda? Pisałyśmy do siebie listy, wysyłałyśmy ręcznie robione witraże czy mini paczuszki z łańcuchem na choinkę. Opowiadałyśmy o zajęciach w scholi, o tym, że chłopcy są głupi, a potem, że coraz fajniejsi. Tak było do czasu rozpowszechniania internetu. Epulsy, nasze-klasy... I na listy Marcie zabrakło czasu. Ja na swojej wiosce o czymś takim jak internet mogłam pomarzyć i serduszko mi pękało na myśl, że straciłam tak cudowną przyjaciółkę.

W końcu, po kilku latach bez kontaktu, spotkałyśmy się, zupełnym przypadkiem. Okazało się, że mamy sporo wspólnych znajomych, mimo dzielących nas kilometrów. W międzyczasie wyjechałam do Anglii, mimo odległości kontakt bardzo się polepszył i po trzech latach dostaję wiadomość, która wynagrodziła wszystkie lata, kiedy nie miałyśmy kontaktu. Marta bierze ślub. Marta mnie zaprasza! Marta prosi, bym była jej świadkiem! Cała w skowronkach zgadzam się i zaczynam przygotowania.

Nastał ten wielki dzień. Czekamy w domu na fotografa, korzystam z chwili spokoju i zmykam do łazienki. To, co usłyszałam po powrocie, zwaliło mnie z nóg. Świadek pana młodego pyta Marty kim jestem ja. Na to ona:
- Ha, ha, Anka? (z szyderą w głosie). Mieszkałyśmy kiedyś na jednym osiedlu, ale potem wolała pasienie krów od życia w mieście. Gdyby nie to, że mieszka za granicą, to w życiu bym jej nie zaprosiła, ale wiem, że mi się opłaci. Trochę wstyd mieć druhnę pastucha, ale co zrobisz, są rzeczy ważne i ważniejsze...

Wiecie co jest najlepsze? Że miała rację. Przez pół roku zbierałam każdy odłożony grosz, żeby wsadzić do koperty. Uzbierały się dwie moje miesięczne wypłaty, około 13000 zł. Dodatkowo w ramach niespodzianki wykupiłam parze młodej wycieczkę do Barcelony, datę mieli wybrać sobie sami.

Wymknęłam się z domu Marty. Po drodze zgarnęłam mojego narzeczonego. Pojechaliśmy prosto do biura podróży. Trzy dni później zwiedzaliśmy Barcelonę.

Nigdy nikomu nie powiedziałam o tym, jak bardzo mnie wtedy upokorzyła.
Marta, jeśli to czytasz, wiedz, że nigdy nie pasłam krów. Ba, nie mieliśmy nawet gospodarstwa. I wiesz co? Kij ci w oko, cholerna materialistko.

#2.

Umówiłem się z pięcioma kumplami, że podczas naszego wspólnego urlopu spędzimy tydzień w jakimś polskim zakątku, który wspólnie wybierzemy na drodze demokracji. Zasada była taka, że każdy z nas miał zapisać na kartce nazwę miasta. Jeśli przynajmniej dwa by się powtarzały się, to tam właśnie mieliśmy się udać. Natomiast w wypadku, gdyby każda miejscowość była inna, losowanie należałby powtórzyć, wpisując inne nazwy interesujących nas lokacji.

Na szczęście nie trzeba było tego robić. W pierwszym losowaniu, wynikiem pięć do zera, wygrał… Radom. Każdy z nas, wychowanych na internetowych memach kretynów, uznał, że śmiesznym żartem będzie wpisanie na karteczce tego akurat miasta.

#3.

U mojej teściowej trwa remont, w związku z tym jest u nas od kilku dni.

Niektóre kwiatki z jej zachowania: do wszystkich szamponów, mydeł, odżywek, płynów do naczyń itp. podolewała wody (bo za gęste i na dłużej będzie). Nie spuszcza wody po sikaniu i nam sugeruje to samo (oszczędność wody). Gasi nam światło w WC, sama też tam po ciemku siedzi (prąd drogi). I nie myje rąk po skorzystaniu z WC.
Wyłączyła mi piekarnik podczas pieczenia ciasta, pralkę podczas prania, zupę podczas gotowania (prąd i gaz za darmo nie jest). Notorycznie grzebie w śmieciach, sprawdzając, czy nic wartościowego nie wyrzucamy i potrafi narzekać na zbyt grube obierki czy resztkę masła rozmazaną na opakowaniu. Według niej za często pierzemy, myjemy się, odkurzamy, zmywamy, oglądamy telewizję...
W wolnych chwilach sterczy w oknie i krytykuje (na szczęście po cichu) naszych sąsiadów, ich stroje, samochody, zakupy i pory wychodzenia/wracania do domu. Oraz ich psy i dzieci.

Mój mąż od kilku dni ma dziwnym trafem "dużo nadgodzin", ja niestety pracuję w domu, co jest kolejnym powodem do narzekań teściowej (bo to nie praca, taka w domu, przy komputerze). Bo prąd, woda, gaz...

Za dwa tygodnie jedzie do sanatorium, może jej nie zabiję do tego czasu.

#4.

Ratujmy Ziemię, mówią.
Sadźmy drzewa, bo to ważne.
Używajmy 2 listki papieru toaletowego, bo przecież marnujemy papier. Itp. Itd.

Dzisiaj wyrzuciłam 27 książek po około 300 stron każda, bo są ze "starej podstawy programowej".

#5.


Akcja sprzed momentu. Czekałem w kolejce do kasy w jednym z dużych supermarketów. W pewnej chwili zauważyłem, że za mną stanęła jakaś staruszka trzymająca w dłoniach konserwę. Jako że miałem trochę więcej zakupów, życzliwie zaproponowałem, aby starowinka przeszła przede mnie. Seniorka nader wylewnie podziękowała mi obrzuciła hasłami „Niech cię Bóg błogosławi, dziecko!” i stanęła przede mną. Urocza reakcja leciwej pani bardzo poprawiła mi humor. Po chwili jednak mina mi zrzedła, bo do babuleńki dołączył jej równie leciwy mąż, taszcząc ze sobą wózek wypchany zakupami po czubek...

#6.

Historia ta wydarzyła się ok. 9 lat temu. Byłem wtedy słodkim ośmiolatkiem, który razem z koleżankami i kolegami miał wiele głupich pomysłów.
Ja, jako przykład "hot 8", oczywiście nie mogłem nie mieć tej jedynej kobiety swojego życia.

W tamtych czasach modna była gra, która nazywała się Futrzak. Wiecie, taka futrzana kulka, która odpowiadała na pytania. Akurat złożyło się, że mój najlepszy przyjaciel posiadał owego Futrzaka w swoim telefonie. Była tam taka opcja "Co kupić dziewczynie" i po wciśnięciu przycisku Futrzak odpowiadał, co można swojej lubej kupić.

Akurat zbliżały się urodziny mojej ukochanej. Nie wiedziałem, co mam jej podarować. Moje myśli chwiały się pomiędzy lalką a pierścionkiem. Do urodzin zostawało coraz mniej czasu, a ja nadal nie wiedziałem co zaoferować mojej kobiecie. Postanowiłem poradzić się Futrzaka. Poprosiłem kolegę o pożyczenie telefonu, bo szybko muszę zadzwonić do mamy coś jej powiedzieć. Wziąłem ten telefon, odszedłem na bok i odpaliłem Futrzaka, pytając o prezent. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy Futrzak odpowiedział "Bielizna". Pomyślałem "Bielizna? Co to w ogóle jest?" i po szkole zapytałem mamy. Odpowiedziała mi, że są to po prostu majtki.

Jako lekko zakłopotany chłopiec stwierdziłem, że na następny dzień pójdę do pobliskiego sklepu i kupię majtki mojej dziewczynie. Niestety nie mogłem znaleźć odpowiedniego modelu i zdecydowałem wrócić do domu.

Gdy byłem w domu zorientowałem się, że moja dziewczyna urodziny ma już następnego dnia, a ja nie mam prezentu. Postanowiłem zaryzykować i wyruszyłem w stronę szafy mojej mamy w poszukiwaniu idealnej pary majtek i znalazłem te jedyne: czerwone koronkowe stringi.

Następnego dnia dumny szedłem do szkoły wiedząc, że znalazłem idealny prezent. Od razu gdy zauważyłem moją dziewczynę poszedłem w jej stronę. Niestety prezentu nie udało mi się przekazać, bo zadzwonił dzwonek na lekcje.
Po wejściu wszystkich do sali postanowiłem działać. Podszedłem do mojej kobiety, złożyłem życzenia i dałem jej zwinięte w ręce majtki.

Wyobraźcie sobie minę nauczycielki i reszty dzieci, kiedy moja dziewczyna rozłożyła te stringi i podniosła je do góry, robiąc dziwne miny.

Do tej pory cholernie się wstydzę tego co zaszło i czerwienię się jak burak, gdy rodzina lub znajomi mi to wypominają.

#7.

Kilkanaście lat temu miałam mojego pierwszego chłopaka. Sprawy między nami robiły się coraz gorętsze, aż pewnego dnia wylądował u mnie w mieszkaniu pod nieobecność moich rodziców. Byliśmy już w trakcie gry wstępnej i wszystko wskazywało na to, że sprawa się ostro rozkręci...

W pewnym momencie z lekko uchylonego okna dał się słyszeć charakterystyczny dźwięk furgonetki Family Frost. Pamiętacie? To taka firma zajmująca się obwoźną sprzedażą lodów. Usłyszawszy melodyjkę wydobywającą się z głośniczków w pojeździe, mój chłopak krzyknął radośnie i chwyciwszy w garść swoje ubrania poleciał w stronę drzwi, desperacko próbując po drodze naciągnąć na tyłek spodnie. Zostawił mnie nagą, rozpaloną na łóżku i poszedł na lody! A najlepsze jest to, że już nie wrócił, bo jak sam potem mówił: „Najadł się pistacjowych i odechciało mu się przytulania”.

Niedługo potem zerwaliśmy, ale gdy przypominam sobie to wydarzenie, to do dziś czuję się zażenowana tą sytuacją.

#8.

W dzieciństwie raz miałam pewien sen, prawdopodobnie najbardziej wyraźny ze wszystkich, które pamiętam. W podstawówce podejście rodziców do mojej nauki było dość poważne, więc często zdarzało mi się uczyć się czy odrabiać dodatkowe prace domowe późnym wieczorem. Tak też zaczynał się ten sen, a przynajmniej od tego momentu zaczyna się moja pamięć o nim. Siedzę przy biurku w przedpokoju jedynie przy świetle lampki, moja mama myje jeszcze naczynia w kuchni połączonej z przedpokojem dużym przejściem. W kuchni nie pali się światło, bo po co marnować prąd, skoro światło lampki jeszcze tam jakoś dociera, więc mama robi to w półmroku. Mimo wszystko to dość zwyczajna sytuacja w moim domu w tamtych czasach, nic nadzwyczajnego.

Po jakimś czasie trwania tych czynności z korytarza coś przychodzi i staje w drzwiach. To jedyny element, którego nie pamiętam zbyt wyraźnie; wiem jedynie, że to była uśmiechająca się postać starej kobiety, która wyglądała dosyć abstrakcyjnie, trochę jak namalowana na jakimś mrocznym obrazie. Ale gdyby ktoś poprosił mnie o dokładne opisanie czy naszkicowanie jej, nie potrafiłabym.
Postać nic nie robi, nic nie mówi, jedynie stoi w drzwiach i uśmiecha się do mnie. Pamiętam, że się wtedy przestraszyłam i w związku z tym postanowiłam, iż będę udawać, że jej nie widzę i skupię się na zajęciu. Po chwili postać idzie do kuchni bardzo powolnym krokiem. Staje w rogu pomieszczenia - tam, gdzie było najciemniej - dalej się uśmiechając i nie robiąc nic poza tym. Mimo strachu (a może właśnie ze względu na strach) idę do kuchni po mamę, która tylko podchodzi do mnie i patrząc się na coś, co nas odwiedziło, pyta się szeptem w lekkim niedowierzaniu: "Ty to widzisz?".
Te słowa do dzisiaj bardzo wyraźnie rozbrzmiewają mi w głowie, gdy tylko przypomni mi się tamten sen.

Na tamtym momencie moja pamięć się urywa, ale pamiętam, że byłam bardzo śpiąca, więc możliwe, że po prostu poszłam spać, chociaż spanie w śnie wydaje się nietypowe. Mimo że jako dziecko miałam dość dużo koszmarów czy innych dziwnych snów i wiele z nich powtarzało się po kilka razy, to ten nigdy nie przyśnił mi się ponownie. Na tym historia by się zakończyła, ale to nie koniec.

Od tamtego snu minęło już dobrych kilkanaście lat i dopiero jakiś czas temu powiedziałam o nim komukolwiek. Rozmawiałyśmy z moją mamą na różne luźne tematy przy wolnej okazji i jakoś tak mimowolnie temat zszedł na to, że zaczęłam opowiadać jej o śnie, jako że z jakiegoś dziwnego powodu pamiętam go dosyć szczegółowo do dzisiaj.

Nigdy bym się nie spodziewała, że moja mama nagle spoważnieje i powie mi:
"To nie był sen. Ja też to pamiętam".
10

Oglądany: 67148x | Komentarzy: 50 | Okejek: 255 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

16.09

15.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało