Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

W 1984 roku, na pogrzebie pewnego mieszkańca Chile zjawiła się grupa sędziwych nazistów. Kim był człowiek, którego złożono do grobu?

81 609  
354   66  
Jest rok 1984. Na jednym z cmentarzy w Santiago – stolicy Chile, ma miejsce pogrzeb. Czterech mężczyzn o indiańskich rysach twarzy spuszcza do grobu trumnę z ciałem zmarłego na atak serca, schorowanego starca. Oko kamery filmującej tę ceremonię powoli ślizga się po stojących w zadumie żałobnikach i dosłownie na moment zatrzymuje się na dość niecodziennych, wyróżniających się z tłumu, postaciach. To grupka mężczyzn w podeszłym wieku. Jeden z nich ubrany jest w czarny sięgający ziemi, skórzany płaszcz…
W chwili gdy trumna gładko opada na dno mogiły, seniorzy prostują się i wykonują nazistowskie pozdrowienie, wrzeszcząc: „Heil Hitler!”. Cztery dekady po zakończeniu II Wojny Światowej zmarł bowiem człowiek wielce zasłużony dla III Rzeszy – wierny systemowi wojskowy, który jakimś cudem uniknął stryczka, mimo że miał na swoim koncie nawet i ćwierć miliona ludzkich istnień.

Od momentu, gdy Adolf Hitler i jego partia dostali się w Niemczech do władzy, jednym z naczelnych punktów ich planu było dokonanie "jakościowej" segregacji obywateli. W praktyce, wzorem spartańskich zwyczajów, usunąć należało jednostki chore, których leczenie wymagało dużych nakładów finansowych. Akcję tę przykryto oczywiście ideologicznym bełkotem opartym na teorii eugeniki negatywnej, według której, w trosce o czystość materiału genetycznego, pozbyć należało się osób niepełnosprawnych, z psychicznymi zaburzeniami lub po prostu niedołężnych, ślepych lub posiadających wyraźne deformacje fizyczne. W, jak to nazywano – „udoskonalaniu rasy” dużą rolę odegrały mobilne komory gazowe.


Zazwyczaj były to furgonetki ze specjalną, szczelną kabiną, do której wpuszczano tlenek węgla. Takie wehikuły często oklejano napisami i symbolami sugerującymi, że pojazdy te to np. ruchome punkty odwszawiania obywateli lub wręcz wozy dostawcze firmy zajmującej się wypiekiem słodkich bułeczek. Nieświadomi zagrożenia ludzie wsiadali do furgonetek, które przewoziły ich wprost na miejsce masowych pochówków, po drodze uśmiercając ich. W każdym razie większość z nich. Niektórzy czasem przeżywali ten koszmar i Niemcy musieli "przejażdżkę" powtarzać.
Tego typu rozwiązania były jednak stosunkową rzadkością i dopiero w 1941 roku niemieccy dygnitarze zdecydowali się na rozwój tej śmiercionośnej „technologii”.


Podobno powodem tego było zaproszenia Heinricha Himmlera na pokazową egzekucję Żydów z Mińska. Po tym pokazie jeden z głównych przywódców III Rzeszy miał puścić pawia i wyrazić swoje zgorszenie dla tego upiornego spektaklu. Uważał, że rozstrzelanie jest metodą wielce niehumanitarną i należy zrobić wszystko, aby zredukować stres u… zabójców oraz postronnych obserwatorów takiej kaźni. Plan był taki, aby wprowadzić „przyjemniejsze” metody egzekucji, więc próby z wysadzaniem skazańców w powietrze za pomocą ładunków wybuchowych, uznano za zły pomysł. Szybko przypomniano sobie jednak o ciężarówkowych komorach gazowych.


Prawdopodobnie pomysłodawcą wpuszczania spalin bezpośrednio do wypełnionej ludźmi, szczelnej komory ze stłoczonymi wewnątrz ofiarami, był Walter Rauff – porucznik SS pracujący w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy. Człowiek ten nie tylko usprawnił znaną już wcześniej metodę zabijania, ale i często osobiście odpowiedzialny była za masowe „transporty” więźniów takimi właśnie pojazdami. Skuteczność operacji prowadzonych przez Rauffa sprawiła, że w ostatnim etapie wojny został on wyznaczony do kierowania potężną akcją eksterminacji żydowskich obywateli w północnej Afryce.


Liczba zabitych przez mobilne komory gazowe ludzi mogła dojść nawet do 250 tysięcy. Nietrudno się więc domyślić, że w momencie, gdy III Rzesza dostawała łomot od Aliantów i klęska Niemców wydawała się już przesądzona, Walter miał prawo bać się o swój los. Koniec wojny zastał go w Rimini, gdzie kierował tajnymi operacjami Gestapo. Nazista trafił w ręce wroga i zamknięty został w jenieckim obozie we Włoszech.


Do dziś historycy zastanawiają się jakim cudem takiemu zbrodniarzowi wojennemu, jak Rauff udało się dać dyla z niewoli. Być może była to dobrze przygotowana akcja, w której brali udział nie tylko niemieccy i włoscy żołnierze, ale także i sobowtór Waltera, który mógł skutecznie zmylić Aliantów. Wiele też wskazuje na to, że w operacji ratowania nazistowskiego jeńca brał udział sam Alois Hudal – popierający Hitlera, katolicki biskup i agent III Rzeszy, który po zakończeniu światowego konfliktu załatwiał poszukiwanym zbrodniarzom lewe paszporty i wizy, a nawet finansował masowe przerzucanie Niemców do Ameryki Południowej. Kilka tysięcy takich przestępców trafiło np. do Argentyny, po tym jak Hudal przekonał sympatyzującego z ruchami faszystowskimi prezydenta – Juana Perona, że niemieccy imigranci są antykomunistycznymi zbiegami walczącymi z rozprzestrzeniającą się po Europie sowiecką zarazą.


Przez cztery lata Rauff ukrywał się we włoskich klasztorach, aby w 1949 roku przeniesionym zostać do Syrii, gdzie w Damaszku szybko „załatwił sobie” cieplutką posadę dowódcy niemieckich doradców prezydenta Husniego al-Zaima. Po bezkrwawym odsunięciu tego polityka od władzy, na kopach wyrzucono też z kraju jego nazistowskich pomocników. Na szczęście Walter mógł nadal liczyć na pomoc przyjacielskich, katolickich biskupów, którzy szybko załatwili mu wycieczkę do Ekwadoru, skąd po paru latach przeniósł się do Argentyny, a pod koniec lat 50. wylądował w Chile. Tam, jak się okazało – spotkał sporą społeczność niemiecką, w dużej mierze złożoną z uciekinierów z III Rzeszy. Rozpoczął pracę w firmie importowo-eksportowej i był na tyle pewny swojej nietykalności, że do 1962 roku przynajmniej dwa razy wrócił do Niemiec, w tym raz aby domagać się wypłacania mu wojskowej emerytury za służbę w marynarce III Rzeszy…


Czarne chmury nie zawisły nad jego głową nawet wówczas, gdy zachodnioniemiecki wywiad zlokalizował jego miejsce pobytu i zaczął domagać się od chilijskich władz wydania Rauffa. Wprawdzie Sąd Najwyższy z Santiago w 1964 roku odmówił aresztowania Niemca zasłaniając się przedawnionym prawem ekstradycyjnym, ale na wszelki wypadek Walter spakował walizki i przeniósł się do jednego z najdalej wysuniętych na południe miast świata – Punta Arenas, gdzie rozpoczął pracę w fabryce przetwórstwa rybnego. Jednak i tam został niedługo potem namierzony przez Niemców.
Co groziło Rauffowi? Pokazowy sąd, podczas którego, podobnie jak Adolf Eichmann, na oczach całego świata skazany by został na śmierć?? A może raczej czekał go „dyskretny” lincz z rąk żydowskich tropicieli zbrodniarzy wojennych? Nic z tych rzeczy. Walterowi włos z głowy nie spadł. Władze RFN zaproponowały mu fuchę, którą ten ochoczo przyjął. Został on pracownikiem Federalnej Służby Wywiadu RFN i jako Enrico Gómez odpowiedzialny był za zbieranie i przekazywanie zachodnioniemieckiemu wywiadowi informacji na temat kubańskich ugrupowań komunistycznych działających na terenie Chile. Ta absurdalna sytuacja byłaby pewnie nawet nie do pomyślenia, gdyby nie pomoc, którą Walter uzyskał od - Wilhelma Beissnera, swojego przełożonego, który – jak się okazało był kiedyś oficerem SS i znał Rauffa osobiście.


Za swoją służbę zbrodniarz wojenny zgarniał wypłatę, a oprócz tego dostał też 15 tysięcy marek „w prezencie”. Szybko okazało się, że raporty Waltera są niewiele warte i został on odwołany ze swojego stanowiska. Mimo to władze RFN nadal pozostawały z nim w kontakcie.
Na złapaniu i osądzeniu głównego twórcy furgonetek gazowych bardzo zależało Szymonowi Wiesenthalowi – znanemu, żydowskiemu tropicielowi ukrywających się niemieckich zbrodniarzy, którego jednym z największych sukcesów było pochwycenie wspomnianego Eichmanna. Gdy nowym prezydentem Chile został Salvador Allende, „łowca nazistów” skontaktował się z nim, aby podjąć kolejną próbę legalnego sprowadzenia Rauffa do Europy. Nowa głowa państwa napisała do Wiesenthala życzliwy list, w którym z wielkim smutkiem poinformowała go, że nie da się zmienić postanowienia Sądu Najwyższego z 1963 roku i o ekstradycji człowieka, który miał na swym koncie wymordowanie dziesiątek, jeśli nie setek, tysięcy osób, może on zapomnieć.

Szymon Wiesenthal ze zdjęciami Rauffa i opracowanej przez niego mobilnej komory gazowej

Próby zamordowania Waltera podejmował też Mosad. Jego agenci ugoszczeni nawet zostali w domu swojej niedoszłej ofiary, jednak ich plan z jakiegoś powodu nie wypalił. Być może dlatego, że w 1973 roku zbrodniarz trafił pod osobistą protekcję Augusto Pinocheta – przywódcy junty wojskowej, który na drodze zamachu stanu przejął władzę w Chile. Człowiek ten był z pewnością znacznie bliższy sercu Rauffa niż socjalista Allende. Dyktator, zaraz po objęciu władzy, zaczął przeprowadzać czystki w kraju. Chciał się pozbyć swojej opozycji, więc wytłukł ok. 3 tysięcy osób, 80 tysięcy trafiło do więzień, a 30 tysięcy poddano brutalnym torturom. Walter, z racji na swoje doświadczenie, dostał posadę doradcy w Narodowej Dyrekcji Wywiadu (DINA - Dirección Nacional de Inteligencia) – policji politycznej, której zadaniem było ściganie, mordowanie i torturowanie komunistycznych opozycjonistów.


Jak można się było spodziewać, również i w czasie reżimu Pinocheta nie udało się wymierzyć Walterowi kary za jego zbrodnie. Tymczasem sam Rauff znowu gdzieś zniknął. Tak na wszelki wypadek. Namierzony został dopiero w 1979 roku w Santiago. Zlokalizował go wówczas nie izraelski wywiad, ale brytyjski dziennikarz – William Bemister, który spotkał się z Niemcem, aby zrobić z nim wywiad. I chociaż wszyscy doskonale wiedzieli, gdzie przebywał człowiek, mający na sumieniu tysiące ludzkich żyć, nie udało się wyegzekwować od chilijskich władz ani ekstradycji, ani nawet przeprowadzić skutecznego zamachu na życie sędziwego już zbrodniarza. W 1984 roku, chory na raka płuc, dobiegający osiemdziesiątki, Walter dostał ataku serca i zmarł. Podobno do końca życia nie wykazał skruchy za swoje czyny, a jego pogrzeb, prawie 40 lat po zakończeniu II Wojny Światowej, stał się okazją do manifestacji ciągle żywych, sympatii nazistowskich przez grupę żyjących w Chile, niczym pączki w maśle, sędziwych SS-manów oraz sympatyzujących z nimi urzędników państwowych kraju rządzonego przez Pinocheta.

7

Oglądany: 81609x | Komentarzy: 66 | Okejek: 354 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

16.09

15.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało