Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Czy sądzicie, że więzienie zmienia ludzi na lepsze? Dlaczego tak/nie?

34 957  
212   107  
Poniżej doskonały wpis z serwisu Quora autorstwa Krzysztofa Kotkowicza.

Październik 2003. Niemal 17 lat temu. Mam na karku mój pierwszy list gończy. Policja szuka mnie po całym Wrocławiu, bo nie stawiam się na wezwania prokuratury. Któregoś dnia dzwoni do mnie koleżanka i prosi, żebym wpadł po swoje rzeczy, które leżą u niej od kilku tygodni. Jest ok. 23:00, gdy stamtąd wychodzę. Planuję wyjść z klatki schodowej tylnymi drzwiami, bo mam bliżej na przystanek. Potykam się jednak na schodach i nadwerężam kostkę. Boli jak skurwysyn, a ja frontowymi drzwiami wychodzę wprost na czekających na mnie dwóch policjantów. Do dziś zastanawiam się, czy gdybym nie potknął się na tych schodach, to czy udałoby mi się stamtąd wyjść niepostrzeżenie?

Jeden mierzy z broni, drugi rzuca mnie na ziemię. Krzyczą, żebym się nie ruszał, mimo że i tak sparaliżował mnie strach. Twarz mam wciśniętą w chodnik, nie mam odwagi oddychać, czuję, jak w wykręcone do tyłu ręce wpija się opaska zaciskowa, a przez głowę przebiegają mi dziesiątki nieskładnych myśli.

Podnoszą mnie, wsadzają na tylne siedzenie radiowozu. Śmieją się, że poszło nadzwyczaj sprawnie. Jedziemy na komendę, a ja przez szybę radiowozu obserwuję miasto. Jestem totalnie oszołomiony, nie ogarniam co się dzieje, a tym bardziej nie wiem, co mnie czeka.
Trzy dni później, śmierdzący, z brudnymi zębami oraz opuchniętą nogą trafiam do na posiedzenie w sądzie. Tam dowiaduję się, że na co najmniej 3 miesiące trafię do wrocławskiego aresztu, bo istnieje obawa, że nadal będę się ukrywał. Kilka minut później po raz pierwszy zamyka się za mną więzienna brama. Policjanci przekazują mnie klawiszom, a ja przerażony i zagubiony idę z nimi brukowaną alejką do budynku administracji. Tam opisują mnie, robią mi zdjęcie, liczą moje pieniądze (całe 41 złotych), każą podpisać potwierdzenie przyjęcia rzeczy do depozytu i przekazują strażnikowi, by zaprowadził mnie do magazynu, gdzie dostaję pościel, naczynia i środki higieny osobistej. Stamtąd kolejny klawisz prowadzi mnie na oddział. Wrocławski areszt jest duży, ma cztery poziomy i cztery skrzydła. Zbudowany jest na planie krzyża. W centralnej części znajduje się klatka schodowa wraz z centrum dowodzenia, gdzie strażnicy obserwują obraz z kamer i kontrolują elektryczne zamki w kratach oddzielających oddziały. Z magazynu, który jest na samym dole, muszę iść na oddział, który jest na samej górze. Mam torbę ze swoimi rzeczami, trzy rozpadające się materace, dwa koce oraz mniejsze i większe graty. Do tego kuśtykam, ledwie stając na prawej nodze, więc w połowie schodów potykam się i niewiele brakuję, bym wybił sobie zęby o metalowy stopień. Upadam jednak dość szczęśliwie i jedyne, co mnie czeka, to spacer na sam dół po naczynia.

Na oddziale czeka mnie przeszukanie. Klawisz obmacuje wszystkie szwy w torbie, każe mi się rozebrać, wnikliwie przeszukuje spodnie, a na końcu każe mi zdjąć majtki i zrobić przysiad. Jestem skrępowany, nie wiem jak zareagować, patrzę się na kolesia jak na idiotę. Powtarza polecenie, wyraźnie zniecierpliwiony, cicho próbuję z nim dyskutować, pytam się po co mam to zrobić, aż dostaję z pięści w nerkę. Więcej nie dyskutuję.


Potem trafiam na rozmowę do wychowawczyni. Pyta się mnie, czy palę, czy jestem na coś chory i czy mam zamiar grypsować. Na moje pytanie, czym jest grypsowanie, w zasadzie mi nie odpowiada. Dowiaduję się natomiast, że nie chcę grypsować, bo mogę mieć przez to kłopoty i jest to niezgodne z prawem. W ten sposób zostaję frajerem.

Od wychowawczyni dostaję też karteczkę. Wynika z niej, że w Areszcie Śledczym najważniejsze jest moje bezpieczeństwo. Na wszelkie przejawy przemocy powinienem reagować, zgłaszając je oddziałowemu. Każda cela wyposażona jest w klapę, czyli przycisk, który uruchamia dzwonek i zapala lampkę nad drzwiami celi, która ma mi w tym pomóc.
Tak rozpoczęła się moja kilkuletnia przygoda z polskim systemem penitencjarnym. Łącznie w polskich aresztach śledczych i zakładach karnych byłem 4 razy. Każdy kolejny pobyt był dłuższy od poprzedniego. Gdy trafiłem do aresztu za pierwszym razem, miałem 20 lat i spędziłem tam 40 dni. Gdy ostatni raz opuściłem więzienie, miałem lat 27 i wychodziłem po 3 latach i 2 miesiącach.

Jednak ten ostatni pobyt bardzo mi pomógł poukładać sobie w głowie różne rzeczy (w tym moje ADHD i częściowo cPTSD). Przede wszystkim, większość mojego wyroku przepracowałem. Przy czym starałem się, by moja praca miała jakiekolwiek znaczenie - w ciągu ponad roku, gdy pracowałem w więziennej bibliotece, udało mi się doprowadzić do zmiany systemu dostarczania książek. Gdy zaczynałem, na każdy oddział raz na 3 miesiące było dostarczanych 100 książek. W Siedlcach na oddziale jest od 80 do 120 osadzonych i książki były dobierane w sposób bardzo losowy. Większość więźniów czyta wolno, ale są osoby, które potrafiły przeczytać 4–5 książek tygodniowo, a interesowało ich może 10-20% dostarczonego księgozbioru. Po kilku miesiącach, gdy wyjeżdżałem do innej jednostki, więźniowie mogli wybierać pozycje z katalogu ponad 2000 sztuk (na każdy oddział trafiał inny katalog), które dostarczane im były w ciągu tygodnia. Do każdego katalogu dołączone były recenzje książek pisane przez innych osadzonych, dzięki czemu więźniowie nie byli zmuszeni, by wybierać książki jedynie po tytułach i autorach. W wolnym czasie uczyłem się angielskiego, czytałem kilka książek tygodniowo, pisałem ogrom listów, chodziłem na siłownię, przeszedłem psychoterapię i zastanawiałem się nad tym, jak sprawić, by moje życie miało tyle samo sensu, co moja więzienna praca.

Jednak jednym z kluczowych momentów, który zmienił moje postrzeganie świata i sprawił, że zacząłem rozumieć znacznie więcej rzeczy, była sytuacja, w której mój wychowawca wezwał mnie do siebie w sprawie listu (w polskich zakładach karnych typu zamkniętego obowiązuje cenzura korespondencji), który chciałem wysłać do bardzo prawicowej gazety, w której skarżyłem się na polski system penitencjarny. Byłem trochę oburzony, na co mój wychowawca zapytał się mnie o poglądy polityczne. Odpowiedziałem mu wówczas, że nie interesuje mnie polityka, ale nie lubię PiS-u, bo zaostrzają kary i mają w dupie to, co się dzieje potem z więźniami. Wtedy wychowawca wręczył mi list, po czym powiedział, żebym sobie wyrobił jakieś poglądy polityczne, bo mogą mi się kiedyś w życiu przydać, chociażby do tego, żebym się więcej nie zbłaźnił. Trzy dni później przyniósł mi też listę książek, które były w więziennej bibliotece, a które wiązały się z bardzo zróżnicowanymi opcjami politycznymi. Dwa miesiące później został moim kierownikiem i odpowiadał za bibliotekę, więc przegadaliśmy całkiem dużo tematów.


W tym roku po 10 latach na wolności moje wyroki ulegną zatarciu. W ciągu tej dekady miałem okazję założyć firmę, jeździć po szkołach i bibliotekach i rozmawiać z dzieciakami, wystąpić z prelekcjami na Internet Beta i TEDxie, a w ostatnim tygodniu podjąć decyzję o wstąpieniu do Partii Razem, bo poglądy lewicowe są bliskie mojemu serduszku.

Uważam przy tym, że polski system penitencjarny nie próbuje pomagać więźniom i większość ludzi, którzy opuszczają zakłady karne, wychodzi gorsza niż w momencie wejścia do środka. Chciałbym, by na każdych 10 więźniów przypadał jeden wychowawca, który miałby dla nich czas i środki na pracę z nimi. Ale obecnie jest to niemożliwe i szansę mają nieliczni. Z drugiej strony, cholernie dużo zależy od nastawienia i szczęścia. Ja miałem i jedno, i drugie.
71

Oglądany: 34957x | Komentarzy: 107 | Okejek: 212 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

03.08

02.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało