Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

6 filmów z koszmarnymi błędami i dziurami fabularnymi

71 867  
296   87  
Te kinematograficzne dzieła uwielbiamy i nie ma sposobu, aby wytknięcie nawet największej, najbardziej rażącej dziury fabularnej zniszczyło nam przyjemność z seansu. A jednak, wypada uczciwie przyznać, że produkcje, które uznajemy za doskonałe, nie są wolne od dość rażących błędów, więc dziś odstawimy sentymenty na bok i popastwimy się trochę nad naszymi ukochanymi filmami.

„Terminator 2 – Dzień sądu” - płynny, podróżujący w czasie metal?

Druga część „Terminatora” wcale taka święta nie jest, ale o kontrowersyjnych decyzjach Jamesa Camerona na pewno kiedyś jeszcze sobie opowiemy w oddzielnym artykule. Nie zmienia to faktu, że produkcja z 1991 roku to ze wszech miar wyśmienite kino. Spośród wielu nieścisłości, które wyłowi z tego seansu fan pierwszego filmu o „Elektronicznym mordercy”, szczególnie rzuca się w oczy techniczna kwestia skoków w czasie, które to odbywa zarówno przestarzały terminator o twarzy austriackiego osiłka, jak i jego nowocześniejszy przeciwnik.

W produkcji z 1984 roku Kyle Reese – żołnierz, który cofnął się w czasie, aby bronić przed T-800 przyszłą matkę przywódcy ruchu oporu w wojnie z maszynami – opowiada, że tylko podróżnicy pokryci organiczną tkanką mogą odbywać takie skoki. Problem w tym, że w „Terminatorze 2” z wehikułu czasu skorzystał T-1000, czyli robot w całości wykonany z płynnego metalu.


„Dzień Niepodległości” – kosmitów rozwalić można starym jabłuszkiem

Prosta niczym kompozycje Zenka Martyniuka historia o dzielnych amerykańskich herosach walczących z inwazją kosmicznych oprawców to gwarancja czystej, bezmyślnej radochy. Od takich produkcji nie oczekuje się specjalnie rozbudowanej wielowątkowej fabuły oraz przesadnego realizmu. Są jednak pewne granice głupoty, którą epatuje się z ekranu. Widz może i oczekuje prostackiej rozrywki, ale idiotą nie jest i nie lubi, kiedy filmowcy próbują przepchnąć motywy, które aż rażą swoim skrajnym debilizmem. W „Dniu Niepodległości” dowiadujemy się, że pojazdy pochodzących spoza naszego Układu Słonecznego obcych, wrogich nam istot, których rozwój technologiczny pozwolił im stworzyć olbrzymie statki zdolne do pokonywania nieprawdopodobnych wręcz kosmicznych odległości, są w pełni kompatybilne z Macintoshami produkowanymi w 1995 roku na Ziemi. Wystarczy zwykły PowerBook 5300 – laptop o procesorze 100 MHz i 64 MB RAM-u, aby skutecznie „zhakować” ufo.



„Bez twarzy” i bez sensu

Według wielu „Bez twarzy” to jeden z najdoskonalszych akcyjniaków w historii kina. Jestem skłonny się pod tym podpisać, bo faktycznie – dzieło Johna Woo to idealna, złożona z wyważonej ilości strzelanin i bójek, humoru oraz uroczej lekkości mikstura, która wchodzi równie lekko, co zimne piwko w upalny, letni dzień. Mamy tutaj prawego stróża prawa, który pragnąc zlokalizować ukrytą w mieście bombę, przybiera tożsamość swojego śmiertelnego wroga, zamieniając się z nim (dosłownie) na twarze.


Można by było przymknąć oko na to, że przeszczepy twarzy to bardzo skomplikowana procedura chirurgiczna, na której efekty trzeba czekać latami, a i tak są one dalekie od ideału. W filmie operacja odbywa się w mgnieniu oka i przypomina bardziej założenie przez bohaterów masek niż poddanie się szalenie ryzykownemu zabiegowi, w którym połączyć ze sobą należy nie tylko skórę, ale naczynia krwionośne, mięśnie i nerwy, mając nadzieję, że odpowiednio dobrane leki sprawią, że organizm nie odrzuci przeszczepu.


Jak jednak wspomniałem – przymknijmy na to „uproszczenie” oko. Największym bublem jest tu scena, w której policjant o twarzy granego przez Nicolasa Cage’a złoczyńcy próbuje udowodnić swojej ukochanej, że jest jej mężem, a nie zwyrodniałym terrorystą. W tym celu bohater przedstawia jej wyniki badania swojej krwi. Jej grupa – jak tłumaczy – różni się od grupy krwi przestępcy… Tymczasem zgodność tego elementu pomiędzy biorcą a dawcą jest przecież absolutną podstawą w transplantologii.

„Podziemny krąg” – kto by chciał...?

Ten film wymiata i ogólnie jest to jedna z tych produkcji, do których chętnie się wraca, ale… Kto, do jasnej cholery, chciałby wstąpić do „fight clubu” założonego przez jakiegoś szalonego typa, który bije się sam ze sobą na parkingach?


„E.T.” – gdyby tylko umiał latać...

Grupa pochodzących z odległej planety botaników ląduje w okolicach Kalifornii, aby zebrać próbki ziemskiej flory. Nagła obława rządowych agentów sprawia, że przybysze muszą się ewakuować. Jeden z ufoludków ma pecha, bo zagapiwszy się na miejskie światła, nie zdąża dobiec do lądowiska i statek odlatuje bez niego. Ach, gdyby tylko ta nieszczęsna, pozaziemska istota potrafiła latać… Mogłaby wówczas dogonić swoich kompanów i wskoczyć na pokład pojazdu, zanim ten na dobre opuściłby ziemską atmosferę.
Cóż, pod koniec filmu dowiadujemy się, że kosmita nie tylko latać umie, ale i bez trudu może zmusić do lewitacji grupę dzieciaków na rowerach.


„Indiana Jones i ostatnia krucjata” – kłopotliwa literka

Osobiście, ze wszystkich czterech (jak dotąd) części przygód słynnego archeologa, największy sentyment mam do tej właśnie części. Jest tu wszystko, czego oczekiwać by można po tego typu kinie – poszukiwanie religijnych artefaktów, romans z aryjską szlaufą, walka z nazistowskimi sukinsynami oraz podniosła muzyka Johna Williamsa. Do tego strzałem w dziesiątkę było wprowadzenie do historii ojca głównego bohatera, który nie tylko dodaje filmowi przyjemnej lekkości, ale i stanowi piękny kontrast dla awanturniczego, wiecznie pakującego się w kłopoty Indy’ego. „Ostatnia krucjata” ma jednak pewien mały szkopuł, który może (tylko) odrobinę obrzydzić nam seans, kiedy zwrócimy na ten „fakap” uwagę. Pamiętacie fragment filmu, w którym Jones, chcąc ratować swego ciężko rannego tatę, musi podjąć się kilku ryzykownych „prób”, których zaliczenie doprowadzi go do Świętego Graala pilnowanego przez starego krzyżowca?



Napicie się wody z tego mitycznego kielicha gwarantuje cudowne ozdrowienie i życie wieczne. Tak powiadają. Jednym z wyzwań, przed którymi staje Indiana, jest przejście po udekorowanych literkami kafelkach. Bohater musi stąpać tylko po tych, które układają się w imię Boga. Archeolog myli się jednak i zapomina, że w czasach templariuszy nie używano litery „J”, więc boska nazwa brzmieć powinna „Iehowa”.


W tym momencie pojawiają się dwie wpadki. Po pierwsze – Indiana lecąc w otchłań w ostatniej chwili chwyta się dwóch najbliższych kafelków i szczęśliwie wychodzi z tarapatów. Problem w tym, że literki na nich się znajdujące to „L” i „Y”, których przecież nie ma w słowie „Iehowa”, więc również i te kamienne kafle powinny spaść razem z trzymającym się ich kurczowo bohaterem. Drugą wpadką jest tu fakt, że litera „J” w ogóle nie powinna się tam znaleźć. Świątynia, w której ma miejsce akcja tego fragmentu filmu, zbudowana została w okolicach XI-XII wieku, czyli przynajmniej jakieś sto lat przed tym, jak znak ten zawitał do łacińskiego alfabetu.


Źródła: 1, 2, 3, 4
26

Oglądany: 71867x | Komentarzy: 87 | Okejek: 296 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

16.09

15.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało