Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Stary urwał od internetu, mewy na sterydach, bananowe drzwi i inne historie z życia wzięte

69 375  
364   32  
Stary urwał od internetu, mewy na sterydach, bananowe drzwi i inne historie z życia wzięte. Historie na faktach... pandemicznych, czyli codzienność działu obsługi klienta (tym razem podparta zdjęciami prosto ze zdarzeń).
Witajcie, drodzy bojownicy. Właśnie kończę zaliczenia kursów BHP online z zakresu przenoszenia ciężkich przedmiotów (manual handling) oraz obsługi szlifierek kątowych (abrasive wheels). Zostały już tylko: praca na wysokościach i obsługa drabin oraz pierwsza pomoc. Tak się jakoś zdarzyło, że większość certyfikatów wygasła w tym samym czasie i aby legalnie kontynuować zatrudnienie, trzeba mieć pierdyliard papierków na wszystko.

Jest ciepły letni wieczór, sąsiad po 5 minutach rozciągania przedłużacza uświadomił sobie, że jednak ma kosiarkę spalinową. Ja zastanawiam się, czy mu pokazać jak odkręcić kranik od paliwa, czy spokojnie poczekać, aż w końcu urwie linkę startera (przynajmniej wieczór na balkonie minie w ciszy).

Wychylając zimne piwo za wasze zdrowie, uświadomiłem sobie, iż minęło trochę czasu od ostatniego wpisu. Na szczęście życie pisze najlepsze scenariusze i wystarczyło trochę poczekać, by samo podsunęło gotowe historie. Po tygodniach zawodowej posuchy względnie nudnych (powtarzalnych) zgłoszeń, nadszedł czas znoszenia pandemiczmych obostrzeń i zaczęło się…

#1. Zenek analityk (nie czytać do śniadania)

Żeby nie było, nie mam osobiście nic do Zenonów. Ot, na potrzeby opowiadania imię tymczasowo zmienione, by ukryć właściwą tożsamość bohatera.

Pan w przedziale wiekowym mniej więcej 35-40 wiosen. Bardzo spokojny człowiek pracujący jako broker lub analityk dla firmy handlującej walutami, opcjami walutowymi czy też kontraktami ETF. Tyle na szybko zdążyłem zauważyć i zrozumieć ze słupków wykresów widniejących na sześciu olbrzymich monitorach wystających ze ściany, spiętych w całość niczym duży ekran giełdowych rankingów.

Zenek, uziemiony pandemicznym zakazem ruszania się z domu, pracował w czeluściach własnej sypialni. Zgłosił jakieś nudne usterki w stylu zwykłe pęknięcia na łączeniach płyt czy silikon odłażący we wnękach okien.

Od progu zrozumiałem, że to jednak nie będzie nudny przypadek.
Pierwsze wrażenie wprowadzające co najmniej dysonans poznawczy. Część służbowa, czyli sypialnia, w jako takim ładzie. Pozostałe zakamarki lokum, czyli salono-kuchnia w wystroju z ery lat 50., dobrze zakonserwowana pod grubą warstwą kurzu, którego przypadkowe dotknięcie zmieniało kolor mebli na bardziej żywy.

Pan nie wchodził zbytnio w drogę, zajęty światem wskaźników korelacji dolara do juana. Coś jednak wisiało w powietrzu. Już miałem się zwijać, gdy poprosił o "fachowy rzut oka na problem w łazience".

Ten tekst nigdy nie zwiastuje nic dobrego, więc ze spuszczonym wzrokiem podążyłem za gospodarzem niczym prowadzony pod pluton egzekucyjny. Spodziewałem się kolejnych zacieków po zalaniu lub nieszczelnego silikonu, ale to co zobaczyłem przywołało wspomnienia z letnich kolonii w Murzasichlu w '93.



Tak przebarwionej fugi nie widziałem dawno. Zacieki na wannie też nie należały do świeżych. Prawdopodobnie nigdy jej nie mył odkąd się wprowadził.



Widok średnio przyjemny, a trzeba sprawdzić, czy pod tymi wykwitami nie dzieje się nic złego, co mogłoby sugerować uszkodzenia w wyniku długotrwałych mikronieszczelności.



Szybki skok do sklepu za rogiem po specyfiki do łazienek i po 5 minutach diagnoza: schludnie, choć na... czyli brudas w praktyce. Żadnych wycieków.



Kurtyna? Może on w tej wannie prał brudne pieniądze, żeby przepuścić przez giełdę i stąd ten osad? (taki branżowych suchar).

PS Czerwono-różowo-pomarańczowy osad widoczny na zdjęciach to efekt zbyt wysokiej zawartości tlenków żelaza w twardej wodzie, co nie zmienia faktu, że klient nigdy nie mył wanny.

#2. Zimny sen



Nie każde wezwanie do przypadku to zaplanowane poprawki po budowlańcach, dużą część obowiązków stanowią inspekcje, podczas których trzeba dotrzeć do źródła problemu.

Pewna sympatyczna pani od jakiegoś czasu zgłaszała niewydolność systemu ogrzewania w liczbie dwóch grzejników zainstalowanych w sypialni na górnym piętrze. Dodać trzeba, iż sypialnia ulokowana na poddaszu, czyli standardowy zabieg patodeweloperki w celu upchnięcia dodatkowego pokoju w bryle budynku. Prawdopodobnie projektowanego jako parter plus piętro, finalnie powiększonego o dodatkową sypialnię z własną łazienką, do której trzeba pokonać dwie długości klatki schodowej. Wiadomo, większy metraż to automatycznie wyższa cena i lepsza marża dewelopera.



Tyle tytułem wstępu.
Pani klientka narzekała też na hałas dobiegający z pustki między ściankami bocznymi a linią dachu oraz odczuwalny przeciąg niewiadomego pochodzenia, który pojawiał się w miesiącach zimowych. Żyła sobie tak miła pani w nieświadomości całokształtu, aż pewnego słonecznego dnia zjawiłem się u niej w celu dokonania pomiarów i dochodzenia dziury w całym. Niewiasta do rozsądnych należała i przed moim przybyciem wykosztowała się na profesjonalny raport, który zawierał zdjęcia z termowizyjnego skanera, aby ułatwić kierunek poszukiwań.

Dla mnie stało się jasne w czym problem, gdy spojrzałem na same zdjęcia i niebieski kolor wokół wszystkich ważnych struktur ścianek działowych i dachu, ale by dopełnić formalności, należało te ścianki otworzyć. Nie spodziewałem się jednak, że ekipa składająca dom do kupy pojechała po bandzie tak ostro.

Po wycięciu sporych fragmentów ścianek działowych okazało się, że w pustkach hula wiatr, a całe ocieplenie dachu i owych przestrzeni, łącznie z ociepleniem sufitów sypialni środkowego piętra, zwyczajnie nie istnieje, bo nikt się nie pofatygował, żeby je tam umieścić (pomijając przypadkowe fragmenty wełny wrzucone tam na sztukę).



W takim układzie wspomniane wcześniej grzejniki mogłyby równie dobrze być rozgrzane do czerwoności, a pokój i tak pozostawałby zimny niczym szopka na narzędzia w ogrodzie.

Sprawa podobno nadal w toku, bo umieszczenie ocieplenia w zbudowanym już i zamieszkałym domu będzie kosztowne i niełatwe. Oby się pani doczekała do następnej zimy.
Ktoś jednak ten dom "klepnął" przy odbiorze, a podwykonawca odpowiedzialny za montaż ocieplenia najwyraźniej z tych "gwarancja do bramy, a potem się nie znamy".

Ciekawe, u kogo te materiały sprawdzają się, ocieplając garaż czy dobudówkę.

#3. Bananowe drzwi wejściowe



Krótka informacja w postaci „Podjedź do klienta, jak będziesz w pobliżu. Coś nie tak z drzwiami, szarpie się z nimi, żeby domknąć”. Spoko, przyjąłem do wiadomości, więc pukam do tych nieszczęsnych drzwi, będąc akurat na osiedlu.

Otwiera przyjaźnie nastawiony pan, który się miota w zeznaniach, bo w sumie to on nic nie wie, żona zgłaszała. No cóż, sprawdzić trzeba, skoro zgłoszenie przyjęte, a ja na miejscu.
Pan nie protestuje. Zaczyna się cała procedura oglądania drzwi krok po kroku. Zawiasy są w liczbie trzech, wszystkie sprawne. Szyna zamka i rygle blokujące drzwi w futrynie sprawne, klucz obraca się w zamku bez oporów, uniesiona klamka wysuwa rygle bez zacięć.
Niby wszystko w porządku, ale próba zamknięcia drzwi kończy się szarpaniem i koniecznością dociśnięcia do futryny. Czyli pani żona miała rację.



Szybki rzut oka na odstępy między zamkniętymi drzwiami a futryną. Drzwi jakby trochę obwieszone, trzeba sprawdzić, czy rygle swobodnie wchodzą w gniazda futryny. Niestety nie, są wyraźne ślady tarcia na styku metalowych powierzchni, czyli trzeba będzie się temu przyjrzeć bliżej.

20 minut kombinacji alpejskich, zmian kątów zawiasów, regulacji gniazd i nic. Futryna trzyma pion i poziom, ale... Halo, halo, panie naprawiaczu, nie sprawdził pan samych drzwi. Idę zatem wygrzebać z czeluści vana dwumetrową łatę, by sprawdzić skrzydło, i moje przypuszczenia niestety okazują się trafne. Prawie 20 mm odchyłu na 200 cm to sporo ponad możliwość nastaw zawiasów i gniazd. Nic dziwnego, że dolny rygiel zamka nie wchodził swobodnie w futrynę.



Drzwi prawdopodobnie uszkodzone w transporcie lub w trakcie przechowywania na budowie. Nie ma opcji, żeby się tak wypaczyły już po zamontowaniu. Jak zwykle ktoś w ciemno klepnął odbiór albo po prostu po kilku piwach standardy jakości się mocno wygięły – jak te drzwi.

Montaż w stylu: „Panie, przyzwyczają się i będzie”.

#4. Mewy na sterydach



Kto choć raz był zaatakowany przez agresywną mewę na jednej z brytyjskich plaż, ten się w cyrku nie śmieje. Te latające złodupce potrafią całą hordą napaść na plażowiczów, by wyrwać jedzenie. Spotkać można specjalne tabliczki z ostrzeżeniami i zakazem dokarmiania. Poddani Elżbiety mają jednak te zakazy w głębokim poważaniu i wyrzucając ptaszyskom resztki pożywienia (zamiast ruszyć tłusty zad 5 metrów do najbliższego śmietnika), sami zachęcają je do agresywnych zachowań.

Najwyraźniej wysokokaloryczna dieta sprawia, że ten gatunek nabrał supermocy i przy okazji apetytu na plastik.

Wezwanie w stylu niedorzecznych: „Panie, przyjedź i pomóż, bo mewy mi rynnę za....brały”.
Rzadko wśród klientów zdarzają się pranksterzy, więc i tym razem sprawę trzeba było potraktować poważnie.



Na miejscu okazało się, że klientowi zginął końcowy fragment rynny, krótki odcinek zaraz za rurą spustową. Nagrania z monitoringu wskazały opierzonych sprawców, którzy odlecieli z łupem w nieznanym kierunku.

Trzeba było się zatem wdrapać na górę, by zmierzyć kształt profilu i wyruszyć na poszukiwania zakupu części zamiennych. Na szczęście mewy zostawiły w spokoju uchwyty, bo praca na tej wysokości, mając do dyspozycji tylko jedną rękę, to nic przyjemnego (drabinowe BHP i zdrowy rozsądek nie pozwalają na pracę bez trzech punktów podparcia, a że moja trzecia noga za krótka, by złapać się skutecznie drabiny na wysokości pasa, to nic nie poradzę).



W sklepie numer jeden, popularnej sieciówce w stylu Castoramy, nie mieli na stanie takich profili, więc trzeba było rozpocząć kolędę po kilku najbliższych. Dobrze, że zabrałem ze sobą na przymiarkę profil z drugiego końca dachu, bo okazało się, że w handlu funkcjonują co najmniej trzy różne modele - od sporo mniejszych, po takie bardzo zbliżone, lecz nadal nie pasujące do tego systemu.

Efektem poszukiwań był 4-metrowy odcinek (bo tylko takie zostały) i konieczność docięcia brakującego elementu.



Niby nic poważnego, ale chciałbym zobaczyć te mewy w akcji, jak wyrywają z zaczepów dosyć twardy kawałek plastiku. Śmiem przypuszczać, że od samego początku ten końcowy odcinek trzymał się jak wszystko w nowych domach – na dobre chęci, ślinę i słowo honoru.

#5. Ptaków śpiew



Wczesny ranek. Powiadomienie w telefonie służbowym zwiastuje nową wiadomości e-mail. Jedna z administratorek metodą kopiuj/wklej przekazuje emocje klientki: „Proszę kogoś przysłać pilnie, ptak wpadł do ściany, mój pies wymiotuje tynkiem, a stary urwał od internetu”.



Myślę sobie zaspany jeszcze - no gruba impreza była jak nic. Zapowiada się ciekawy dzień.

Niczym strażak na służbie, pędzę do vana, rozlewając kawę po drodze, i gnam ile fabryka dała.

Na miejscu okazuje się, że:
  • Budowlańcy nie pomyśleli, żeby zabezpieczyć właściwie wywietrzniki poddasza pod okapem dachu na ścianie szczytowej i po jakimś czasie zaczęły tam gniazdować ptaki (jakiś pospolity gatunek). Prowizoryczna siatka przymocowana profesjonalnie zszywkami okazała się mieć zbyt duże odstępy, żeby skutecznie powstrzymać małe ptaki.
  • Jedno z piskląt nieszczęśliwie wypadło z gniazda do pustki między szkieletem domu a ścianą zewnętrzną, na sam dół (dom w technologii szkieletowej z pustką między właściwym szkieletem a ścianą zewnętrzną)
  • Pies właścicieli, słysząc kwilącego nielota, wpadł w szał i zaczął drapać ścianę, próbując dostać się do źródła dźwięku. Był przy tym tak skuteczny, że wygryzł spory kawałek poszycia ściany. Kolejnym krokiem były widowiskowe regipsowe konwulsje biednego czworonoga.
  • Zniszczeń dopełnił sam właściciel, który za namową małżonki wszczął misję ratunkową pisklęcia, otwierając ścianę na wysokości gniazdka telefonicznego (tak, tego samego, do którego wpięty był modem/router wi-fi). Użył do tego przypadkowych narzędzi, które akurat miał pod ręką. Głównie młotka i małego stolarskiego łomu do wyciągania gwoździ.


Tak naprawdę wystarczyło wybić dwie cegły na zewnątrz żeby dostać się do tego pisklaka, ale klient nie miał pojęcia, że tak się da, więc narobił zniszczeń na miliony monet i cały dzień roboty łatania wszystkich uszkodzonych warstw.

Trudno tutaj winić klienta za akcję we własnym domu. Punkty za ułańską fantazję w otwieraniu wewnętrznego szkieletu domu jak najbardziej zasłużone.



Podsumowując: sądząc po zachowaniu domowników i mowie ciała, chyba największym dramatem dla nich był tymczasowy brak internetu.

To już koniec na dziś, jak tylko nazbiera się nowego materiału, podzielę się wrażeniami.
Wybaczcie słabą jakość zdjęć, ale możliwości techniczne służbowego telefonu porównać można do fotografowania rzepą z Familiady, więc chętnych zapraszam do obejrzenia mojej codzienności z nieco innej perspektywy - Instagram konto: ag_kent

Dla uzupełnienia całokształtu i zrozumienia o co chodzi z moimi wypocinami, zachęcam do zapoznania się z poprzednimi artykułami:

- Pani klientka w stroju Ewy, czyli co może pójść nie tak, kiedy naprawiasz ludziom domy
- Klienci sektora VIP. Dziurawe skarpetki, instaksiężniczka i gów***na historia
- Śmiertelnie niebezpieczne domy, czyli rosyjska ruletka rękoma deweloperów
10

Oglądany: 69375x | Komentarzy: 32 | Okejek: 364 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

07.12

06.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało