Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Polskie mity historyczne

64 929  
557   272  
Oto przykładowy wybór naszych polskich mitów historycznych. Zdeformowanych, przekłamanych albo po prostu fałszywych opowieści, mających czule głaskać nasze narodowe poczucie wartości. Lepiej dla wszystkich zainteresowanych, gdy głosimy i uczymy się prawdziwej historii niż zlepku propagandowych hasełek.
I żeby wszystko było jasne: to wszystko nie oznacza, że jako Polacy nie mamy powodów czuć się dumni. Przynajmniej jeśli uważamy, że człowiek ma prawo czuć dumę z osiągnięć ludzi, z którymi nie ma nic wspólnego poza używaniem tego samego języka. Owszem, dzieje naszego kraju pełne są kart chwalebnych i godnych szacunku. Tak podbudowani właśnie tym bardziej nie powinniśmy zakłamywać reszty i pokazywać siebie jako gigantów czy aniołów.
No to jedziemy, zapnijcie pasy.

Cud nad Wisłą



My Polacy jesteśmy karmieni wizją niemal cudownego zwycięstwa nad potęgą bolszewicką latem 1920 roku. Miało to być rozgromienie przeważających, znacznie silniejszych wojsk komunistycznych. No bo przecież skoro wyszły z ogromnego imperium sowieckiego, to jak nie miały być silniejsze od naszych. Ale nie były.

Myśląc o wojnie polsko-bolszewickiej, widzimy ją przez pryzmat olbrzymiej potęgi ZSRR w późniejszych latach, gdy pokonał on III Rzeszę albo stawiał czoło USA podczas Zimnej Wojny. Ale tu mówimy o roku 1920, kiedy Rosja była o wiele, wiele słabsza. Przemysł dopiero raczkował i jego produkcja nie zaspokajała potrzeb armii, władza sowiecka była nieokrzepnięta, a część terytorium kontrolowana przez inne siły. Wciąż jeszcze toczyła się równolegle wojna z wojskami Białych, zwłaszcza na południowej Ukrainie. W efekcie na froncie polskim Armia Czerwona wcale nie miała, jak nam się to z reguły wydaje, przewagi liczebnej. Obie strony skierowały do walki mniej więcej tyle samo żołnierzy. Co więcej, my mieliśmy jednocześnie przewagę w lotnictwie, czołgach i zaopatrzeniu. Dużym atutem był też wywiad, który dzięki złamaniu kodów wojskowych przeciwnika dostarczył w kluczowych momentach wiarygodnych informacji. Kiedy stało się jasne, że nasi chłopi, robotnicy i socjaliści opowiadają się w większości za Polską, to wszystkie elementy (poza liczbą żołnierzy na remis) przemawiały za szansami strony polskiej, a nie sowieckiej. W gruncie rzeczy latem 1920 roku Armia Czerwona goniła już resztką sił. Jeszcze przed Bitwą Warszawską część jej dowódców chciała wycofania wojsk nieco na wschód, aby odpocząć i nadrobić choć trochę braków w zaopatrzeniu.

Tragikomiczne i wiele mówiące o naszej polskiej mentalności było upowszechnienie się nazwy "Cud nad Wisłą" jako określenia Bitwy Warszawskiej. Była ona na początku satyrycznym określeniem, wymyślonym przez prawicę dla podkreślenia, że skoro nawet nielubiany przez nich i według nich nieudolny Piłsudski zdołał pognębić bolszewików, to musiał być cud. Ale Polacy zasadniczo nie dostrzegli ironii i ochoczo podchwycili nowe określenie. Tak jakby uważali się za ofermy, dla których odepchnięcie równie jak my silnego przeciwnika bez pomocy Najjaśniejszej Panienki było niemożliwe.

Kopernik-była-kobietą był Polakiem



Wielki astronom, sprawca rewolucji w światowej nauce, był Polakiem. Wszyscy to wiemy.
Ale czy na pewno?

Zacznijmy od tego, że ludzie w jego czasach mieli inne niż nasze pojęcie narodowości. Nie było jeszcze wtedy takim sztywnym gorsetem, opinającym nasze poczucie tożsamości. Ludzie ogólnie uzależniali ją od kraju, w którym akurat mieszkali. Zazwyczaj czuli się nie członkami narodu, tylko poddanymi tego lub tamtego króla, księcia czy biskupa - zgodnie z tym, gdzie akurat żyli.

Wiele osób usiłowało dowieść jego polskości. Stawka była wysoka, przecież ten astronom mógłby zostać wtedy uznany za najsłynniejszego Polaka w całych dziejach. A już na pewno w świecie nauki. Niestety, im głębiej kopać w życiorysie Kopernika, tym to doszukiwanie się polskości staje się trudniejsze.

Jego ojciec pochodził z małopolskiego mieszczaństwa i w naszym współczesnym rozumieniu z pewnością był Polakiem. Ale matka nosiła mało polskie nazwisko Watzenrode. Oczywiście była ona Niemką. Co więcej, nie mamy żadnego dowodu, że Kopernik w ogóle znał język polski. W każdym razie w domu rodzinnym Koperników mówiono po niemiecku, a nie po polsku.

Wielu próbowało ratować sytuację, przypominając jego udział w obronie Olsztyna przed armią krzyżacką. Że skoro pracował przeciwko nim, to po prostu musiał czuć się Polakiem. Ale Kopernik współbronił Olsztyna, bo podczas podziału państwa zakonnego jego zwierzchnik - biskup olsztyński - opowiedział się za przyłączeniem do Polski. Gdy Krzyżacy próbowali zmienić to argumentem siły, nasz bohater wraz z innymi ludźmi biskupa przeciwdziałał temu, gdyż tak nakazywał im ich szef.

Jak zatem powinniśmy patrzeć na Kopernika? Ano tak, że nie wiemy jak go przypisać pod względem narodowości - ani czy w ogóle mamy prawo to czynić. Najuczciwiej by było albo uznać go za pochodzącego z mieszanej rodziny polsko-niemieckiej, albo za osobę nieidentyfikującą się z żadnym narodem - dość typowego dla ówczesnej nauki "obywatela całego świata".

Jałtańska zdrada



Z czym Polakowi kojarzy się Jałta? Wiadomo. Brytyjczycy i Amerykanie sprzedali nas sowietom. Tak, alianci z pewnością zlekceważyli swoje zobowiązania sojusznicze. Tylko że jak zwykle sprawy okazują się bardziej skomplikowane, gdy im się bliżej przyjrzeć.

Brytyjczycy już w 1942 roku sygnalizowali naszym władzom, że mogą nie być w stanie ochronić naszej wschodniej granicy. W miarę upływu czasu coraz wyraźniej mówili, że sojusz z ZSRR będzie wymagał oddania Stalinowi przynajmniej części wschodniej Polski i że Związek Radziecki uzależnia swoje pozostanie w wojnie od przyklepania zysków terytorialnych. Ryzyko separatystycznego pokoju ZSRR z III Rzeszą istniało i było realne. A gdyby oba mocarstwa dogadały się, to dla wolnego świata oznaczałoby katastrofę. Trudno wierzyć, że USA i Wielka Brytania mogły samodzielnie rzucić na kolana Hitlera, skoro front wschodni angażował około 70% wszystkich lądowych sił III Rzeszy. Nie wiemy, ile Brytyjczycy i Amerykanie wiedzieli o tajnych rozmowach radziecko-niemieckich, poza celowo nagłośnionymi trzecimi z kolei. Ale te dwie dyktatury faktycznie próbowały się dogadać. Pod koniec 1942 roku, tuż przed Stalingradem, sowieci proponowali pokój na zasadach powrotu do granic sprzed hitlerowskiej inwazji. Zaś w 1943 roku, będąc już stroną ewidentnie przeważającą, oferowali Niemcom pokój pod warunkiem powrotu granic z 1914 roku, czyli sprzed I wojny światowej.

W zamian za utracone ziemie na wschodzie mieliśmy otrzymać nabytki na zachodzie kosztem Niemiec. Rzeczywiste uzgodnienia w tej kwestii zostały uczynione na konferencji w Teheranie, czyli jeszcze 15 miesięcy przed Jałtą. I każdy kto chciał słuchać, słyszał to bardzo wyraźnie. Niestety nasze władze na emigracji (podobnie jak dowódcy Armii Krajowej w Polsce) uszy sobie zatkały. Mimo wszystkich sygnałów od Brytyjczyków, odmawiali oni przyjęcia do wiadomości niewygodnych faktów. Byli pewni, że po wojnie nasza wschodnia granica pozostanie niezmieniona lub w ostateczności dokona się mało istotnych korekt. Na nic innego się nie godzili i długo nic innego nie wydawało się im nawet realne.

Nieustający upór i polityczna ślepota naszych władz powodowały narastającą irytację brytyjskich i amerykańskich dyplomatów, wliczając w to też Churchilla. W końcu odsunęli oni polski rząd emigracyjny na boczny tor uznając, że to ludzie kompletnie oderwani od rzeczywistości i że nie da się z nimi w żaden sposób dojść do porozumienia. Władze radzieckie zacierały ręce i starały się podsycać taki tok myślenia. W efekcie kiedy zapadały ostateczne decyzje, nikt ich z nami nie uzgadniał i zapewne źle na tym wyszliśmy. W każdym razie brytyjskie wczesne propozycje powojennych granic Polski były o wiele korzystniejsze od tego, co ostatecznie stało się naszym udziałem.

Ten betonowy upór naszych polityków, generałów i dyplomatów był tym bardziej zaskakujący, że musieli oni przecież doskonale pamiętać, jak sami złamaliśmy porozumienie sojusznicze z Ukraińcami niewiele ponad 20 lat wcześniej. Trudno pojąć skąd się brała niewzruszona wiara, że nasi alianci nie zostawią nas na lodzie, gdy będzie im to potrzebne.

Można by powiedzieć, że granica granicą, ale mocarstwa zachodnie sprzedały też naszą niepodległość, godząc się na nasze uzależnienie od ZSRR. Tylko że także i to nie jest prawdą, a w każdym razie nie całą. Władze brytyjskie naciskały na przeprowadzenie w oswobodzonej Polsce wyborów, które miały zadecydować o losie kraju. Chyba nikomu tam nie mieściło się w głowie, że wybory owszem, się odbędą, ale zostaną tak perfidnie i ordynarnie sfałszowane. Kilka miesięcy po konferencji jałtańskiej, tuż przed końcem wojny, Winston Churchill doszedł do wniosku, że radzieckie przyrzeczenia są mało warte i nakazał przygotowania do wojny z ZSRR o Polskę. Była to operacja Unthinkable ("Nie Do Pomyślenia"). Jeśli jesteś czytelniku zainteresowany szczegółami, zapraszam do trzeciego rozdziału innego mojego tekstu "Zamachy, twierdza widmo i III wojna światowa - plany z czasów II wojny światowej, które nigdy nie weszły w życie".

Kircholm - polska wiktoria



Zapytani o największe militarne zwycięstwo dawnej przedrozbiorowej Polski, najczęściej odpowiemy chyba "bitwa pod Wiedniem". Choć należałoby powiedzieć, że było to zwycięstwo koalicji, bo chociaż decydujący cios zadała polska husaria, to nie mogłaby ona w ogóle zaatakować, gdyby nie uprzednie wyparcie najlepszej tureckiej piechoty ze wzgórz na równinę przez cesarskich i południowoniemieckich piechurów. Tak czy owak, duże szanse na drugie miejsce w tym rankingu największych zwycięstw miałaby bitwa pod Kircholmem. Rzeczywiście był to olbrzymi, budzący podziw sukces - tyle że nie polski.

Toczona od 1600 roku wojna Szwecji z Rzeczpospolitą stała pod znakiem kolejnych porażek Skandynawów. O ile radzili sobie w działaniach manewrowych albo oblężeniach, to bitwy - pod Kiesią, pod Kokenhausen, pod Białym Kamieniem lub pod Rakiborem - niezmiennie kończyły się ich klęskami. W 1605 roku mimo to zdołali zagrozić największemu miastu Inflant, czyli Rydze. Na ich drodze stały tylko o wiele słabsze siły Rzeczpospolitej - kraju bogatego, ludnego i rozległego (miała 7,5 miliona mieszkańców wobec jednego miliona Szwecji i Finlandii łącznie), ale toczonego przewlekłymi chorobami egoizmu szlacheckiego i wywołanymi tym wiecznymi pustkami w skarbcu.

Działo się tak pomimo elementarnego interesu szlachty litewskiej w utrzymaniu Rygi przy Rzeczpospolitej. Opierała ona swoją zamożność na sprzedaży płodów rolnych za granicę, a przez Rygę przechodziło blisko ćwierć tysiąca statków rocznie. Dla Wielkiego Księstwa Litewskiego Ryga była tym, czym Gdańsk dla Polski - oknem na świat, fundamentem handlu i zamożności klasy rządzącej. Mimo to Litwa nie zdołała się porządnie zmobilizować w obronie Inflant. Wystawiła niewielu żołnierzy, dla których w dodatku stale brakowało pieniędzy na żołd. Skutkowało to niskim morale, rozchodzeniem się armii, oraz licznymi maruderami, bezlitośnie plądrującymi kraj. W Polsce było jeszcze gorzej. Nasza szlachta nie wykazywała w ogóle zainteresowania obroną Inflant. Uważała to za wewnętrzną sprawę Litwy. Nie tylko nie chciała na to płacić albo sama wyruszyć w pole, ale w ogóle nawet nie słuchała wieści z wojny ze Szwecją.

Szwedzi mieli własne problemy. Każda bitwa z siłami litewskimi kończyła się ich porażką. Doszło do tego, że aby zwerbować cudzoziemskich żołnierzy - głównie Niemców, Holendrów i Szkotów - musieli im obiecać, że nie będą musieli walczyć w otwartej bitwie przeciwko Litwinom. Mimo tego zdołali utworzyć kilkunastotysięczną armię i dotrzeć z nią pod mury Rygi.
Głównodowodzącym siłami litewskimi był Jan Karol Chodkiewicz, wschodząca gwiazda wojskowości Rzeczpospolitej. Ten litewski arystokrata po klęsce rokoszan w bitwie pod Guzowem w 1607 roku doprowadził do ocalenia pokonanych buntowników, nawet osobiście mu wrogiego Janusza Radziwiłła. Obawiał się bowiem wzmocnienia się w Rzeczpospolitej strony polskiej kosztem litewskiej. Nie, Chodkiewicz i inni litewscy dowódcy nie czuli się Polakami ani nawet jednocześnie Polakami i Litwinami.

Pod Kircholmem stanęło naprzeciw siebie około 11-12 tysięcy żołnierzy armii szwedzkiej i 4350 żołnierzy armii litewskiej, z czego 40% stanowiła husaria. Oprócz niej walczyło 400 Kozaków, 400 Petyhorców (czegoś w rodzaju litewskiej wersji lżejszej husarii), 350 Tatarów oraz lokalna szlachta inflancka. Chodkiewicz dowodził centrum armii, a skrzydłami inni litewscy szlachcice - Tomasz Dąbrowa i Jan Sapieha. Bitwę zaczęła szarża doborowych 300 husarzy pod komendą litewskiego porucznika Wincentego Woyny i 300 rajtarów kurlandzkich. Skutecznie zaatakowali oni ogromne, czterotysięczne zgrupowanie piechoty szwedzkiej. Wkrótce potem 910 żołnierzy lekkiej jazdy od Tomasza Dąbrowy sprawnie pokonało tysiąc rajtarów szwedzkich, których ucieczka zdezorganizowała szyki reszty piechoty. Najbardziej zacięta walka rozgorzała nad rzeką Dźwiną, gdzie obie strony rzuciły swoje rezerwy. Lecz gdy nadwyrężona wcześniejszymi walkami pierwsza linia piechoty szwedzkiej wystawiona została na ostrzał podciągniętych dział i piechoty litewskiej, bitwa ostatecznie przerodziła się w rzeź uciekających Szwedów.

Litwini doliczyli się ostatecznie około setki zabitych po własnej stronie i około 7 tysięcy u przeciwnika. Ale jak to często bywało w dziejach Rzeczpospolitej, zwycięstwo w bitwie kircholmskiej (za które swoje gratulacje przesłali nawet papież, cesarz, sułtan turecki, szach perski i król angielski) nie zadecydowało o losach wojny. W roku następnym armia w Inflantach rozpadła się. Przy wodzu pozostało tylko kilkuset ludzi, a cała reszta wycofała się z powrotem na Litwę i zawiązała konfederację, żądając wypłacenia zaległego żołdu. Rok 1607 stał pod znakiem pasma zwycięstw szwedzkich, a Chodkiewicz podobno myślał o wysadzeniu wszystkich zamków inflanckich i samego siebie w jednym z nich. Wojnę ostatecznie wygrała Szwecja, zajmując niemal całe sporne terytorium. A po latach Polacy, których przodkowie kompletnie zlekceważyli te zmagania i których one nie obchodziły, traktują Kircholm jako ogromne zwycięstwo oręża polskiego.

Ciąg dalszy nastąpi...

53

Oglądany: 64929x | Komentarzy: 272 | Okejek: 557 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

25.06

24.06

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało