Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Zrozumieć filozofa, czyli tęgie łby nieco przystępniej: Leibniz

11 424  
36   36  
Ponoć byli w historii świata ludzie, którzy wiedzieli wszystko, a ściślej rzecz ujmując - było ich trzech i znali się na wszystkim, na czym w ich czasach można było się znać. Co już samo w sobie brzmi jak kuriozum, ale raczej takie określenia traktować należy z przymrużeniem oka. A może jest w tym nieco prawdy?

Prawda zawsze tkwi tam, gdzie jest - można by rzucić mimochodem w tłum, otworzyć piwko i delektować się poruszeniem zbiegowiska, który zaraz zaczyna drążyć, przekonywać i uzasadniać własne racje co do umiejscowienia jej. A przecież z prawdą jest jak z seksem: bardziej zajmująca jest droga do finału niż sam finał, który jest ulotny, a dla niewiast nawet czasem złudny…

Natomiast co się tyczy tych trzech osobistości, które rzekomo wiedziały wszystko, to za pierwszą z nich uważa się Arystotelesa, drugą jest Leonardo da Vinci, a trzecią nasz dzisiejszy gość - Gottfried Leibniz*. Pogląd ten ma już swoje lata, więc moglibyśmy pokusić się o nowsze stwierdzenie, iż jest takich osobowości o jedną więcej. I to nawet z nieporównanie większą wiedzą od trzech poprzednich. Tym czwartym do brydża byłby niewątpliwie Wujek Google.

Wróćmy jednak do rzeczywistości naszej podróży przez świat wolnomyślicieli. Stoję właśnie nad burtą statku, wypluwam z siebie co jeszcze zostało do wyplucia i taki osłabiony zwracam się do Niemca, który podszedł i zagaił rozmowę, jakoby ktoś mu o mnie opowiadał:

Ja: Kto o mnie gada? Co za plotkarstwo wszędzie… - zachwiałem się nieuważnie, prawie upadając.
Leibniz: Podobno minęliśmy się w drzwiach przesławnego męża Spinozy, kiedy pan go odwiedzał, dosłownie parę chwil po waszej rozmowie przybyłem do niego w odwiedziny. [Faktycznie Niemiec utrzymywał bliskie kontakty ze Spinozą i nawet go odwiedzał - przyp. aut.]
J: Ach, ten poczciwiec, tęgi łeb, to trzeba mu przyznać - ucieszyłem się na samo wspomnienie i ponownie się zachwiałem.
L: Pan lepiej złapie mnie za rękę i wejdziemy pod pokład, bo tam mniejszych dolegliwości można się spodziewać.

Tak też zrobiliśmy. Kiedy już usadowiłem się na jednej ze skrzyń, poczułem ulgę. Faktycznie na dole mniej bujało, no i panujący mrok kojąco tępił zmysły.

J: Ech, czasem ten nasz świat potrafi dać w kość, prawda? - Nie mogłem odmówić sobie prawa do narzekania, bo kto tego nie lubi? - Czy nasz świat jest najlepszym z możliwych? Czasem w to wątpię... [Owo pytanie zadał swojej filozofii sam Leibniz, mając wywiedzioną już rację - przyp. aut.]

L: Ciekawe pytanie, bardzo ciekawe - przyznał, zapalając fajkę i jakby szykując się do dłuższej rozprawy. - Jestem wszelako przekonany, że istnieje nieskończona ilość światów możliwych, spośród których Bóg wybrał najlepszy, gdyż nie czyni on niczego, co nie byłoby zgodne z najwyższą racją. Zatem gdyby ten świat nie był najdoskonalszy z możliwych, Bóg by go nie stworzył, proste. Swoją drogą, ciekawe jest, że raczej istnieje coś niż nic, prawda? - zaśmiał się rubasznie.

J: Lecz czy doskonałość nie jest przymiotem stałym? W sensie: świat powinien od początku do końca być identycznie doskonały, a przecież łatwo zauważyć, że się rozwija, staje coraz doskonalszy.

L: Proszę pana, w doskonałym świecie możliwe jest dalsze doskonalenie, bo stagnacja byłaby niedoskonałością wręcz. A doskonalić świat w ogóle można, a nawet należy poprzez doskonalenie samego siebie, czyli jednostki.

J: W jaki sposób niby?

L: Nie ma jakichś ogólnych reguł doskonalenia się, musi się ono dokonywać w każdej jednostce odpowiednio do jej natury. I nie można z tego rezygnować tylko dlatego, że nie znajdujemy, czego akurat szukamy, a co znaleźć przecież możemy w każdej chwili
- to jest bardzo pomocna zasada do pobudzania w sobie chęci do ciągłego rozwoju, doskonalenia się, nie uważa pan?

J: Jasne, śliczny coaching. - Pochwaliłem zadowolonego z siebie filozofa. - No ale dobrze, że pan wspomniał o jednostce, bo skoro świat jest tak doskonały, to skąd w nim tyle zła i niedoskonałości w szczegółach?

L: Jasna sprawa, że znajdą się pewne niedoskonałości czy zło pod wieloma postaciami, jak np. grzech, cierpienie i ograniczoność skończonego bytu; jednakże te defekty potrzebne są dla tym większej doskonałości całości. Gdy jednak nie jesteśmy zdolni przyjrzeć się całości ustroju świata, to taki układ nam zgrzyta. Dowodzi to tylko naszej, ludzkiej ułomności, nie świata. Grzechów, które rzeczywiście się zdarzają, Bóg ani chce, ani nie chce, lecz tylko je dopuszcza. - Popatrzył na mnie z uwagą, by sprawdzić, czy aby na pewno go jeszcze słucham. - Jeden z objawów doskonałości naszego świata to nasza wolność, która, co naturalne, pociąga za sobą możliwość błędu i grzechu, ale to nic, proszę pana, bowiem równocześnie wolność jest dobrem tak wielkim, że świat bez niej, a co za tym idzie: bez błędu i grzechu, byłby światem mniej doskonałym niż nasz. Natomiast to rozum jest duszą wolności i to od niego zależy, ile tego zła/błędu wytworzymy.

J: Trudno mi sobie to jakoś oględnie ułożyć w głowie, mam wrażenie, że jedno przeczy drugiemu i się zapętla w nieładzie… - podrapałem się po głowie z zawstydzenia.

L: Proszę pana, zjawiska są sobie bardzo bliskie, nawet gdy pozornie nie mają nic wspólnego ze sobą, jak dajmy na to: zło i dobro. W przyrodzie nie ma skoków, zatem między dobrem i złem musi być szereg pośrednich zjawisk, które dopiero małymi kroczkami dochodzą do tych skrajnie różnych. W takim razie między złem a dobrem występuje nieprzerwana ciągłość różnych możliwości, zatem zło jest najmniejszym dobrem; fałsz jest najmniejszą prawdą; nieświadomość najmniejszym szczeblem świadomości, a linia prosta krańcowym wypadkiem linii krzywych. To jest prawo ciągłości, szanowny panie.

J: No ma to sens, przyznaję - pokiwałem głową z podziwem. - Powiedzmy, że mamy wyjaśnioną sprawę niedoskonałości człowieka jako takiego. Ale co z materią? Jej niedoskonałość wręcz bije po oczach.

L: Substancji, z których składa się natura jest wiele, równocześnie każda z tej substancji jest różna od innej, ma odrębny charakter, można ją nazwać monadą…** [Zazwyczaj unikam tego typu niezrozumiałych powszechnie zwrotów, ale tutaj jest to niepodobne do zrobienia. Pominąć tego też się nie da, bo to jedno z bardziej charakterystycznych założeń Gottfrieda - przyp. aut.]

J: Monadą? A cóż to takiego znowu? - złapałem się za głowę z przerażenia.

L: Tak do końca nie da się wytłumaczyć tego zagadnienia - lekko się zmieszał. - To takie indywidualne substancje, z których składa się byt po prostu. Są one nierozdzielnymi składnikami świata, takimi „punktami metafizycznymi”, „prawdziwymi atomami”. [Określenia wprost zaczerpnięte z rozumowania filozofa - przyp. aut.]

J: OK. Ale jak działa taka monada? Tylko sobie bytuje czy ma jakieś właściwości?

L: Hmm, to bardzo skomplikowana i rozległa kwestia, nie wiem, czy zdążę panu to wyjaśnić przy tej okazji. - Odgłosy nad naszymi głowami rzeczywiście mogły zwiastować rychłe przybicie statku do francuskiego portu. [Kwestia monad była faktycznie oryginalnym pomysłem Niemca – choć występuje podobieństwo do Arystotelesa i Bruna – jednak nie wywarła ona piętna na późniejszej filozofii - przyp. aut.]

J: Mniemam jednak, że i przy okazji monad zastosował pan prawo ciągłości?

L: Oczywiście. Monady są najprzeróżniejszego rodzaju, a jako całość stanowią pewną hierarchię. Z grubsza ujmując: pierwszym szczebelkiem tej drabinki są monady pozbawione samowiedzy, których świadomość jest uśpiona; kolejnym są monady jako dusze niższe, rozporządzające tylko postrzeżeniami i pamięcią; następną będą monady posiadające samowiedzę i rozum; ostatnim szczeblem, najwyższym, jest oczywiście monada najdoskonalsza z możliwych: Bóg.***

J: Cóż za niespodzianka - zakpiłem. - Aż szkoda, że musimy już stąd się wynieść, bo jeszcze tyle pytań miałbym do pana… Ale cóż, ludzie schodzą już z pokładu na ląd, czas i na nas…

Ruszyliśmy więc w górę „zejściówki” [Potoczna nazwa schodów prowadzących do pomieszczeń pod pokładem - przyp. aut.], jakkolwiek nielogicznie ta nazwa została zastosowana w tym wypadku. „Świeże” powietrze pełne soli i smrodu ryb uderzyło mnie niczym obuch siekiery i aż musiałem chwycić się barierki trapu. Takim właśnie „zawianym” i otumanionym zobaczył mnie Julien Offray de La Mattrie, który także schodził ze statku i jako lekarz nie mógł przejść obok takiej kaleki jak ja obojętnie...

*Gottfried Wilhelm Leibniz (1646-1716) - Niemiec, który zajmował się wszystkim; od filozofii i fizyki, przez matematykę i mechanikę, do historii i prawodawstwa, kończąc na polityce - żeby tylko ująć te najogólniejsze dziedziny. Już w wieku 15 lat zaczął studia, a doktorem praw został mając lat 20. Ponoć jego przodkowie byli polskimi emigrantami, a jego nazwisko miałoby brzmieć po swojsku: Lubieniecki.

**Niemiec nie tłumaczy konkretnie, czym są te monady, ale wymienia ich właściwości, więc są: wielorakie, jakościowo odrębne, nie działają na siebie, obdarzone są siłami, są nierozciągłe (niepodzielne) i niematerialne, mają zdolność postrzegania, są zjawiskami substancji w ciele, działają celowo, mają ustaloną hierarchię (harmonijna ciągłość).

***Jeśli chodzi o pojęcie Boga i szerzej: zgodność filozofii Gottfrieda z chrześcijaństwem, to nie da się ukryć, że Niemiec był konformistą - bojąc się odrzucenia elit oraz wrogości Kościoła, robił wszystko by podporządkować swe myśli doktrynom religijnym. Jednakże po jego śmierci odkryto bogate zapiski, w których już bez skrępowania buduje swój system nie oglądając się na poprawność religijną.

****Muszę w tym miejscu wyjaśnić, iż to jest jedynie mała cząstka filozofii Leibniza, jednak całości, przez swą obszerność i złożoność, nie da się przedstawić w tym formacie w jednym artykule. Musiałby być on niezwykle długi (co nie byłoby atrakcyjne) lub podzielony na kilka części (byłoby trudne w odbiorze, bo nie wszyscy czytają każdy odcinek, poza tym pojawiają się one w tygodniowych odstępach, więc utrąca się ciągłość). Jednak główne i najciekawsze (wg mnie) zagadnienia zostały przedstawione.

Źródła:


1. Nowe rozważania dotyczące rozumu ludzkiego - Gottfried W. Leibniz, Wyd. PWN
2. Teodycea (Tylko fragmenty) - Gottfried W. Leibniz
3. Matematyka a dzieje myśli (Tylko rozdział VII, punkt 6) - Roman Duda, repozytorium Uniwersytet Jagielloński bez Granic
4. Historia filozofii, Tom II - Władysław Tatarkiewicz, Wyd. PWN

PS Prace Leibniza przeważnie nie są dziełami jednorodnie filozoficznymi, lecz stanowią przegląd wszystkich jego zainteresowań, więc w danej książce znajdziemy cały zestaw wyników przedmiotów jego badań. Jednak w głównej mierze opierałem się na źródłach zewnętrznych, bowiem cena prac Niemca to jest dramat (np. Teodycea), a z czytaniem bibliotecznych egzemplarzy trzeba się spieszyć, czego nie znoszę...

W poprzednim odcinku: Rousseau

6

Oglądany: 11424x | Komentarzy: 36 | Okejek: 36 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

16.06

15.06

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało