Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Pierwszy pocałunek, powrót z imprezy i inne anonimowe opowieści

50 020  
226   56  
Dziś przeczytacie m.in. o dumie z dobrze wykonanej pracy, spotkaniu najsławniejszego polskiego jasnowidza i dziecku, które nie wierzyło w Świętego Mikołaja.

#1.

Dzisiaj przetestowałem nowe kafelki, które przez ostatni tydzień kładłem pod prysznicem (uprzedzam pytania – myłem się w umywalce!). Muszę powiedzieć, że jestem wybitnie zadowolony z mojej pracy. Posadzka wygląda obłędnie, a same kafelki są twarde niczym kamień. Przekonałem się o tym 20 sekund po rozpoczęciu prysznica, kiedy poślizgnąwszy się, z wielkim impetem, wyrżnąłem głową w podłogę. Teraz mam przez kolejny tydzień leżeć i dochodzić do siebie. Oprócz wstrząśnienia mózgu mam na czole pięć szwów. Cóż, nawet i ten mały kłopot nie zmieni mojego zdania – posadzka wygląda obłędnie i jestem z siebie cholernie dumny!


#2.

Historia sprzed lat.

Dla tych, którzy nie wiedzą - w Człuchowie oprócz siedziby jasnowidza Jackowskiego znajduje się przede wszystkim jedna z pierwszych w Polsce stacji benzynowych z gatunku, które w Hameryce spotyka się nader często. Konkretnie - oprócz możliwości zatankowania benzyny, ropy, gazu czy 100 gramów czystej jest tam mini zoo, a także restauracja. I to ona jest miejscem tego autentyka.

Byliśmy z Lubą w trasie i akurat po drodze wypadał rzeczony Człuchów. Zamiast więc zatrzymywać się przy McKlaunie, postanowiliśmy zajechać właśnie do restauracji przy stacji i zjeść jak ludzie. Lato w pełni było i chyba akurat zmiany turnusów, bo ludzi w tym kulinarnym przybytku było od groma i ciut. Znalezienie wolnego stolika nie było specjalnie trudne, ale doczekanie się na zamówienie...? Paaanie.

Generalnie - stado wygłodzonych klientów obsługiwały dwie panie za ladą (jedna od przyjmowania płatności, druga od wydawania żarcia) i na moje oko jeden kucharz. A w zasadzie to pół kucharza, bo nie wierzę, że przy takim kociokwiku gość tam na trzeźwo siedział. Dość powiedzieć, że składając zamówienie o 11, można było się cieszyć posiłkiem gdzieś w okolicach 12.

Nie spieszyło nam się zbytnio, głodni byliśmy umiarkowanie, więc pomimo tej całej kołomyi, złożyliśmy zamówienie i usiedliśmy sobie grzecznie w rogu sali, nastawiając się na długie oczekiwanie. Oboje wyciągnęliśmy książki i mając w głębokim poważaniu otoczenie pogrążyliśmy się w lekturze. W pewnym momencie ktoś się zaczął przeciskać przez tłum i do chwilę wcześniej zwolnionego stolika obok nas dosiadła się trójka nowych gości.

Tak. Pan jasnowidz i dwie, z braku lepszego określenia, dziunie. Jedna tleniona blondynka, druga farbowana brunetka. Imć Jackowski rozłożył się z torbą na laptopa i samym laptopem, dziołchy też jakiegoś złomka wyciągnęły. Jak się okazało, obie były dziennikarkami.

Z podsłuchiwanej przez wszystkich dookoła rozmowy wynikało, że gość jest jasnowidzem, i to znanym. Bo i kogoś tam kiedyś odnalazł, i coś tam trafnie wskazał, z policją czasem współpracuje i z detektywami, ba! Nawet w telewizorze był. Dziunie zachowują kamienne twarze, choć pytania i ton ich wypowiadania sugerują, że robią wszystko, by połechtać pana jasnowidza. Ten widać akurat zdolności profetyczne odwiesił chwilowo na kołek, bo łyka wszystko.

Oczywiście, rozmowa toczy się na tyle głośno, że uczestniczą w niej, pomimo gwaru, wszyscy oczekujący i zamawiający. W pewnym momencie dzwoni telefon pana jasnowidza. Znaczy zakładam, że dzwonił, bo dzwonka nie słyszałem, ale prorok z Człuchowa wyciągnął z kieszeni portek jakiegoś klocsunga czy innego cegfona i z przejęciem zaczął nawijać do słuchawki:

- "Tak? Serio? Znaleźli ciało? Tam, gdzie mówiłem? Fantastycznie!"
- Ja panie na moment przeproszę, wyjdę na zewnątrz, żeby dokończyć rozmowę. Detektyw dzwoni.

Gość wybywa z lokalu z telefonem przy uchu. Dziunie zdezorientowane tym, że im obiekt w trakcie wywiadu wychodzi, patrzą po sobie. Wreszcie jedna pyta drugą:
- To o co go jeszcze spytać?

Na to odzywa się z sąsiedniego stolika zniecierpliwiony ojciec dwójki dzieci i mąż jednej żony.
- Pani go spyta, kiedy będzie mój obiad!

Tak. Wszyscy gruchnęli śmiechem i radości nie było końca, szczególnie kiedy jasnowidz wrócił i nierozumiejącym wzrokiem rozglądał się po wyszczerzonych japach gości i speszonych buźkach obu dziuni. Wybyli w trójkę z lokalu po kilkunastu minutach przyciszonej rozmowy. Zapewne pojechali do trupa w odwiedziny...

#3.

Za ciężkie pieniądze, które odkładałem przez ostatni rok, kupiłem sobie nowy telefon. Jeden z tych z górnej półki. Przez tydzień nie nosiłem go przy sobie, bo czekałem, aż dotrze do mnie przesyłka ze specjalnym, „pancernym” etui, które to miało zabezpieczyć mój nabytek przed upadkami, rysami, trzęsieniem ziemi i niespodziewanym uderzeniem meteorytu.

Dziś, po tygodniu korzystania z nowego nabytku, postanowiłem na moment wyjąć telefon z obudowy, żeby go przetrzeć szmatką. Podczas tej prostej operacji smartfon wyleciał mi z rąk i uderzył o mięciutki dywan. Nie mam pojęcia, czy w tym momencie nastąpiło nagłe zwiększenie grawitacji, czy też może kąt z jakim urządzenie zetknęło się ziemią wpłynął na bardzo niekorzystne rozłożenie się wektorów sił wewnątrz mojego gadżetu, ale w rezultacie tego upadku cały wyświetlacz jest pęknięty, a tylna ścianka telefonu wygląda, jakby ją czołg przejechał.

Jak ktoś ma pecha, to w drewnianym kościele cegła mu na łeb spadnie...


#4.

Jak codziennie, wstałam do pracy dość wcześnie. Wyprowadzam sobie spokojnie psa o piątej rano i widzę dość nietypowy widoczek - para prawdopodobnie studentów, lekko sfatygowanych, ona w krótkich spodniach, mimo chłodnej pory, dość szybkim krokiem przemierzają o tej godzinie puste ulice miasta.

Na początku nie zwróciłam na nich szczególnej uwagi, ot, co mnie obchodzi, kto i o jakiej godzinie sobie chodzi po mieście. Moja psina, dość towarzyska, widząc ludzi na horyzoncie ochoczo ruszyła w stronę przybyszów, ma dość długą smycz, więc dotarła do nich dużo wcześniej niż ja. Chłopak ukucnął przy moim zwierzaku, pogłaskał i powiedział "Co tu malutki robisz w niedzielę z samego rana?", jego towarzyszka zaśmiała się i rzuciła, że pewnie jak oni z imprezy wraca.

Minęliśmy się, a ja nadal się zastanawiam jak wyglądała ich reakcja, gdy się dowiedzieli, że jest środa...

#5.

Sytuacja miała miejsce w ostatniej klasie gimnazjum. Z powodu ukończenia szkoły zorganizowaliśmy 3-dniowy wyjazd w góry wszystkich klas trzecich. Wśród masy nieznajomych mi osób był chłopak, nad którym od pewnego czasu trochę zbyt intensywnie myślałam. Rozmawialiśmy kilkakrotnie, ale nie była to jakaś zażyła znajomość... Do czasu. Nigdy nie myślałam, że przez 3 dni można się tak zbliżyć. Podczas wypraw w góry nie mogliśmy przestać ze sobą gadać, a w nocy on i jego koledzy siedzieli u nas w pokoju. Oczywiście cala ekipa już zdążyła zrobić z nas parę. Nie mówię, że mi to nie odpowiadało. ;)

Przyszedł czas wyjazdu. Postanowiliśmy usiąść razem. Mieszkamy na środku Polski, więc podróż powrotna autokarem trwała ok. 6 godzin. Żeby wyciągnąć z wycieczki jak najwięcej, wyjechaliśmy dopiero wieczorem. Kiedy zrobiło się już ciemno, większość uczniów, zmęczona nieprzespanymi nocami i kilkugodzinnymi wędrówkami, usnęła.
Jak pewnie wiecie, ciemność wspomaga miłosne uniesienia. Z nami było podobnie. Siedzieliśmy przytuleni, on szeptał mi słodkie słówka... I stało się. W pewnym momencie ujął moją twarz i pocałował. Byłoby idealnie, czyż nie? Gdyby nie to, że w tym momencie zakręciło mi się w nosie i musiałam kichnąć... Prosto w jego twarz. Wraz z moimi (zapewne zielonymi) smarkami, które rozbryzgły się mu po całej twarzy...

Gdy ktoś pyta o mój pierwszy pocałunek, palę buraka i mówię, że nie ma o czym opowiadać. Totalne upokorzenie.
Z moim przyszłym-niedoszłym chłopakiem straciłam kontakt po tej całej sytuacji. Może i lepiej...
I kto powiedział, że pierwszy pocałunek musi być romantyczny?

#6.

Pracuję w szpitalu jako sanitariusz medyczny. Fajna praca tak naprawdę, ale dla ludzi o stalowych nerwach.

Kiedyś, lata temu, musiałem zwieźć zwłoki do kostnicy. No i tak se jadę, jadę i nagle wózek wjechał w pęknięty kafelek i podskoczył... Plama krwi, a bezwładne ciało leży na ziemi. Podnieść to ciężko, więc szybko po inny wóz, by tam dać zwłoki, zmazać plamę... Aż się dziwię, że nikt tego nie widział. A potem ten strach, czy nie zostało nagrane, czy duchy będą mnie odwiedzać, bo nieboszczyk zaliczył glebę.

Na szczęście nikt nie widział, pracuję dalej.
I żaden duch mnie nie odwiedził.

#7.

Jako dziecko dosyć wcześnie domyśliłem się, że Święty Mikołaj nie istnieje. Doszedłem do wniosku, że musi być jakieś racjonalne wytłumaczenie pojawiania się prezentów pod moją poduszką. Jednak nie dzieliłem się swoimi podejrzeniami z rodzicami. Bałem się, że ta informacja będzie dla nich szokiem, jako że tak zawzięcie wierzyli w Świętego Mikołaja.


Rok I
Upewniłem się co do swoich podejrzeń, gdy udając, że śpię, podejrzałem moją babcię podkładającą prezent. Moja babcia mieszkała z nami w jednym domu.

Rok II
Moi rodzice jak zwykle z wielkim entuzjazmem opowiadali mi o nadchodzącej wizycie Mikołaja. Zacząłem się denerwować. Wyobraziłem sobie, jak im będzie smutno, gdy dowiedzą się prawdy. Dlatego też podjąłem decyzję, że zrobię wszystko, aby utrzymywać ich w nieświadomości.

W noc mikołajkową rodzice szybko poszli spać, więc trochę mi ulżyło. Mimo to nie zrezygnowałem z czuwania, żeby w razie czego zainterweniować. Jakieś dwie godziny po pójściu do łóżka zobaczyłem, że w łazience się świeci. Jak się okazało, był to mój tata. Powiedziałem mu, żeby wracał do łóżka, bo nie powinien chodzić nocą po domu. Zdziwił się, ale posłuchał.

Było blisko.

Rok III
Zdałem sobie sprawę, że środki podjęte rok wcześniej były niewystarczające. Istniało duże ryzyko, że rodzice dowiedzą się prawdy. Usłyszałem gdzieś, że ciepłe mleko z miodem powoduje senność. W wieczór przed Mikołajami poprosiłem babcię, żeby zagotowała mleko i nalała do dwóch kubków. Dodałem do tego dużo miodu i kazałem rodzicom wypić. Później uznałem to za skuteczne rozwiązanie, bo tamtej nocy nie było żadnych incydentów.

Rok IV
Od pewnego czasu miałem wrażenie, że moi rodzice robią się coraz bardziej sceptyczni. Raz mój tata skomentował reklamę proszku do prania, mówiąc, że to bzdura. Innym razem moja mama powiedziała, że nie ufa jakiemuś tam politykowi. Bałem się, że w końcu również prawda o Mikołaju do nich dotrze, a wtedy ich światopogląd legnie w gruzach.

Żeby zapobiec katastrofie, pomyślałem, że wymyślę wiarygodną teorię naukową, która potwierdzi istnienie Mikołaja. Posiłkowałem się książką dla dzieci, której tematyką była astronomia, fizyka, chemia i biologia.

Zrobiłem rodzicom wykład, na którym tłumaczyłem im, że Mikołaj umie niwelować grawitację, że lekceważy upływ czasu dzięki czarnym dziurom, że renifery zawdzięczają swoją szybkość modyfikacjom genetycznym, że skrzaty pochodzą od neandertalczyków, że NASA chce wykorzystać sanie Mikołaja do podróży kosmicznych, że Mikołaj używa gazu usypiającego. Miałem nadzieję, że dzięki temu rodzice utrzymają swoją wiarę w Mikołaja.

Dopiero w wieku 11 lat zdałem sobie sprawę, że rodzice nie wierzą w Mikołaja. Stało się to wtedy, gdy wreszcie powiedziałem babci, by nie udawała Mikołaja, bo miesza rodzicom w głowach.

#8.

Idę ulicą. Moje 134 kg cielska tańczy pod ubraniami niby osobna istota. Łapię pogardliwe spojrzenia. Na prawo jakaś kobita się krzywi. No tak, idę i jem. Grubasom nie wypada jeść, wiecie? My żyjemy powietrzem. A przynajmniej, zdaniem społeczeństwa, powinniśmy.
Ignoruję. Staram się dalej uśmiechać.
Przecież nie pokona mnie krzywe spojrzenie.
Za dużo już przeszłam, żeby się przejmować.

Jadę autobusem. Poluję na siedzenie, jakby było wybawieniem.
Jakaś starsza pani sapie mi nad uchem. Udaję, że jestem w ciąży, żeby nikt mnie nie zgonił. Jak się odezwę, będzie źle. Nie należę do miłych osób, jestem wredna i pyskata. Nie mam ochoty psuć sobie dnia.
Dzieciaki na tyle śmieją się z wieloryba. Chyba ze mnie? Nie wiem, ignoruję.
Za dużo już przeszłam, żeby się przejmować.

Siedzę w poczekalni w szpitalu, czekam na tomografię. Dosiada się do mnie jakiś starszy pan. I narzeka. To go boli, tamto, a bo już miał taką poważną operację. Proponuję mu, żeby się uśmiechnął. Zbywa mnie pogardliwym spojrzeniem i, tradycyjnym już, "pani młoda, zdrowa, pani nic nie rozumie".
Milczę, ignoruję, łapię swój stan zen. Nic nie wytrąci mnie z równowagi.

Dosiada się kobieta, również niezbyt młoda. I narzeka. Bo ciągle ją wenflon boli, bo ciągle glukozę dostaje i w ogóle jest strasznie, bo ma guza na trzustce i tak bardzo się boi. Nucę sobie coś pod nosem, grzebię w telefonie, oglądając wzory zaproszeń. Lada chwila biorę ślub. Cała moja dusza śpiewa, ciężko to utrzymać w sobie. Zatem i ustami coś tam się wypsnie.
Pani nie ustaje w marudzeniu. Prosi, abym przestała nucić. Bo nie wypada, bo ona nie jest w nastroju, bo może ma raka.
Staram się ją podnieść na duchu, ale nie wychodzi. Ona wie lepiej.
"Bo co może wiedzieć dziewczyna grubo przed trzydziestką? Taka roześmiana, żwawa, szczęśliwa?"
Ignoruję. Za dużo przeszłam...

Nie opowiadam już o sobie ludziom spotkanym na ulicy, w sklepie, czy w szpitalu.
Chcę zapomnieć.
Chcę zapomnieć, że w ciągu dwóch lat więcej czasu spędziłam w szpitalach niż w domu. Chcę zapomnieć o chemioterapii, o operacji, podczas której przestało działać znieczulenie.
Nie chcę pamiętać, że byłam młodą, zgrabną dziewczyną, pełną siły i energii. Nie mówię już nikomu, że przez chemię w ciągu roku przytyłam 50 kg.

Mam więcej guzów w ciele niż włosów na głowie.
Nie przy każdej chemii się łysieje. Nie muszę nosić chustki, czapki czy peruki.
Chciałabym schudnąć, ale najmniejszy spadek wagi jest "korygowany" sterydami.

Cieszę się życiem, które mi zostało. Dawali mi pół roku życia. Z tą informacją przeżyłam ostatnie dwa lata.
Nie jestem zdrowa, jeszcze nie jestem (a może nigdy nie będę?).
Ale to nie zmienia faktu, że jestem człowiekiem.
Każdemu należy się szacunek.
Nawet wielorybowi, któremu sadełko trzęsie się przy każdym kroku.
14

Oglądany: 50020x | Komentarzy: 56 | Okejek: 226 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

15.06

14.06

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało