Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Ciężka, brudna praca sto metrów nad ziemią – alpinista przemysłowy Arek opowiada o swojej robocie

24 204  
130   20  
Lubię rozmawiać z przedstawicielami ciekawych, nietypowych zawodów – szczególnie takich, które dla wielu statystycznych rodaków wydają się równie egzotyczne, co home office w 2019 roku. Przed wywiadem o moim dzisiejszym rozmówcy – Arku – wiedziałem jedynie tyle, że na życie zarabia wdrapywaniem się na wielkie konstrukcje. Szybko jednak okazało się, że to znacznie bardziej złożona robota, która z pewnością nie jest dla wszystkich...


„Praca na wysokościach” brzmi intrygująco, ale dość ogólnikowo. To czym konkretnie zajmujesz się na co dzień?

Nazywają nas alpinistami przemysłowymi lub technikami dostępu linowego. Liny porównałbym do drabiny – to narzędzie, które ma doprowadzić nas do miejsca pracy. Nikt nie płaci nam za samo zjeżdżanie czy wspinanie się. Robimy tam, gdzie jest wysoko i trudno się dostać – nie da się postawić rusztowania czy podjechać zwyżką, czyli podnośnikiem koszowym – najbardziej oczywiste skojarzenie z tym sprzętem to straż pożarna. Co ciekawe, mając odpowiednie uprawnienia, można kierować takim urządzeniem, znajdując się bezpośrednio w jego koszu. Czasami jednak trzeba podejść na linie lub wykonać inne manewry, aby dostać się do celu. Za pomocą lin zwykle robimy zjazdy do miejsca pracy – wchodzimy do budynku, jedziemy windą do góry, następnie na dachu zakładamy stanowiska zjazdowe, wychodzimy za krawędź, zjeżdżamy i zaczyna się zabawa: myjemy okna, coś naprawiamy, wieszamy baner reklamowy i tak dalej. Nasza robota to tak naprawdę wszystko – od budowlanki, przez naprawy, po czyszczenia. Oczywiście zdarza się nam też korzystać ze wsparcia – czasami współpracujemy z dźwigami czy korzystamy ze wspomnianych rusztowań, oczywiście jeśli tylko pozwala na to miejsce.

Wróćmy zatem do początków. Od dawna zajmujesz się wiszeniem na linach?

Alpinizmem przemysłowym na pełen etat zajmuję się od czterech lat, a wcześniej robiłem to dorywczo po robocie. W moim przypadku sytuacja wynikła całkowicie spontanicznie – na imprezie poznałem dwóch gości, którzy pracowali w tym zawodzie i bardzo go zachwalali. Od słowa do słowa zaproponowali mi, żebym też spróbował. Nie miałem żadnego kursu ani doświadczenia, ale z ciekawości pojechałem z nimi na mycie okien. Na samym początku poznałem cztery podstawowe węzły, dowiedziałem się co nieco o przyrządach. Chwilę później byłem już w uprzęży. Szybko złapałem bakcyla.



Jak w tym zawodzie wygląda wszechobecna w naszym kraju papierologia? Zdarzają się sytuacje naginania przepisów?

W Polsce to skomplikowana i kontrowersyjna kwestia. Coraz częściej wymaga się od nas uprawnień do pracy w dostępie linowym. Znam jednak parę osób bez żadnego kursu, ale za to ze świetnymi umiejętnościami praktycznymi – znajomością technik zjazdowych i linowych czy ogarnianiem sprzętu. A w tej pracy tak naprawdę właśnie o to chodzi. Tak naprawdę do roboty teoretycznie nie potrzebuję niczego więcej niż zaświadczenia od lekarza o dopuszczeniu do pracy powyżej trzech metrów. Na dużych obiektach – takich jak elektrownie czy cementownie – jest jednak większy nacisk na bezpieczeństwo i znacznie bardziej wymaga się kursów czy uprawnień potwierdzających nasze umiejętności. To nie jest żadna reguła, choć jeśli jakieś papiery czy uprawnienia są wymagane przez zleceniodawcę, to my je dostarczamy – bez tego po prostu nie będziemy mogli wejść na obiekt czy budowę, na której aktualnie wykonujemy zlecenie.

Doszkalałeś się przez ten czas? Mam tu na myśli oczywiście oficjalne kursy.

Poszedłem na tygodniowy kurs na ściance wspinaczkowej. Bardzo pozytywne wrażenia. Chodziłem tam wcześniej, ale znacznie bardziej w kontekście sportowo-amatorskim. Nie mam się co nawet porównywać z niektórymi kolegami z pracy, którzy wywodzą się właśnie ze wspinaczki. Po jakimś czasie zdecydowałem się na zrobienie uprawnień międzynarodowych w systemie IRATA, gdzie są trzy poziomy egzaminów. Po zdaniu pierwszego należy wypracować 1000 godzin w tym systemie, żeby przejść na wyższy level.



Jak wygląda codzienny rozwój w tej robocie? Po czterech latach wciąż uczysz się czegoś nowego?

Często robię coś po raz pierwszy – wiąże się to z niezwykle szerokim wachlarzem zadań, które wykonuję. Zawsze jednak na takiej robocie jest ktoś, kto może wesprzeć swoim doświadczeniem. A im więcej nowych i ciekawych rzeczy się uczę, tym większa radość z pracy – nie mówiąc już o większej ilości perspektyw. Nie warto ograniczać się do jednego typu zleceń. Nigdy nie spodziewałbym się, ile radochy da mi czyszczenie pieca cementowego. To całkiem niebezpieczna robota – nie tylko dlatego, że w każdej chwili tak naprawdę może coś mi zlecieć na głowę. Klimat zjeżdżania do wnętrza pieca to jednak coś niesamowitego.

Branża alpinistów przemysłowych jest otwarta?

Jest otwarta jeśli chodzi o ludzi, których się spotyka - w przeważającej większości to zajebiści goście (śmiech). Ale mam wrażenie, że kiedyś było to bardziej elitarne i zamknięte środowisko. Miałem przyjemność pracować z ludźmi pamiętającymi początki tej branży. Dziś na linach pracuje znacznie więcej osób – to, jak w każdej dziedzinie życia, zasługa łatwiejszego dostępu. Ale to branża, która bardzo szybko weryfikuje. W polskich warunkach to w dużej mierze praca sezonowa, często uzależniona od pogody. Zimą jest mniej zleceń, co nie każdemu może odpowiadać. Inna kwestia to płatności – normą jest czekanie na pieniądze. Zarobki to kolejny dyskusyjny temat. Ja uważam, że są dobre, a zagranicą nawet bardzo dobre. Ludzie rezygnują zarówno ze względu na stawki, jak i z powodu niezgodności oczekiwań z rzeczywistością tej roboty. W Polsce, podobnie jak chyba w każdej branży, kluczem są dobre kontakty. Nie każdemu pasują też rozjazdy.



Chyba nie muszę pytać, czy to ciężka robota...

Moim zdaniem to ciężka praca, często brudna. Na kursie jeden z niemieckich egzaminatorów powiedział, że dostęp linowy to nie jest trzymanie blondynki za rękę. No nie jest (śmiech). Ciśnieniowe mycie elewacji, czyszczenie okien lub silosów czy malowanie to nic przyjemnego – woda się leje, farbą łatwo się zachlapać, panuje duże zapylenie, a do tego pogoda nierzadko stara się dorzucić swoje trzy grosze. Jesteśmy – daj tu cudzysłów – „robolami”.

W jakim wieku są zatem nestorzy Twojej profesji?

Nie pytałem ich o PESEL, ale strzelałbym, że mają gdzieś między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką. Ja mam 36 lat. Imponować może przede wszystkim ich wytrwałość. Zwłaszcza że opowiadali, jak wiele osób wykruszyło się po drodze...

Jakie są zatem „emerytalne” perspektywy dla alpinisty przemysłowego?

Kwestia emerytury? Pierwsze co przychodzi mi do głowy to to, że na nią nie liczę (śmiech). Jestem na jednoosobowej działalności gospodarczej, ciężko jest mi sobie w tym momencie wyobrazić jakiej wysokości mogę mieć emeryturę i na jaki standard życia będę mógł sobie pozwolić, gdy jej dożyję, i jakie to będą czasy. Dużo ludzi w branży pracuje na umowy zlecenie lub na czarno; znam chyba tylko dwie osoby pracujące na umowę o pracę. Taka jest specyfika tej pracy: ciężko zatrudnić kogoś na etat i zapewnić mu pracę przez cały rok, skoro przestoje to u nas coś normalnego. Jak zadbamy o siebie teraz, taką emeryturę będziemy pobierać na jesień naszego życia. Ewentualnie pozostaje nam pracować do śmierci lub mieć plan B na emeryturę (śmiech).



Jak najwyżej musiałeś wspinać się w pracy?

Malowałem maszt na 110 metrach – to chyba mój rekord. Z czasem przyzwyczajasz się i wysokość nie ma już takiego znaczenia.

To teraz przejdźmy do najmniej przyjemnego wątku – wypadków. W tej pracy groźne sytuacje zdarzają się często?

Na szczęście nie widziałem żadnego wypadku i mam nadzieję, że tak zostanie. Stara gwardia, którą spotkałem po drodze, opowiadała co nieco, ale nieprzyjemnie słucha się takich rzeczy – szczególnie na robocie. Historie, zwłaszcza te o wypadkach śmiertelnych, bardzo psują atmosferę. Ale mimo wszystko nie podchodzę do swojej pracy jako do czegoś niesamowitego i niebezpiecznego – oczywiście bez lekceważenia zagrożeń wynikających z jej specyfiki. Pewnie, jest większe ryzyko niż w ciepłym biurze, ale jestem pewny, że sporo osób po pierwszym razie w tej robocie wkręciłoby się tak jak ja. I nie chodzi tu tylko o adrenalinę, która po pewnym czasie mija.

Patrząc chociażby na spektakularne wspinaczkowe popisy BNT, nie masz pokusy, żeby spróbować zrobić coś podobnego?

BNT sprawia wrażenie odpowiedzialnego gościa z głową na karku i latami wypracowywaną techniką. Ja jednak bym się na coś takiego nie zdecydował. Po prostu nie czuję takiej potrzeby.



Osoba z lękiem wysokości może pracować na linach? W końcu nawet niektórzy skoczkowie narciarscy przyznają się do takiej fobii...

Kolega, który po raz pierwszy mi zaproponował pracę na linach ma lęk wysokości, jednak robi to do dziś. Mam wrażenie, że takie osoby mogą być nawet bardziej ostrożne i wyczulone. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, nauka dobrych nawyków na samym początku i wcielanie ich w życie to podstawa. Gorzej, jak zaczyna się kombinować i szukać dróg na skróty. I mówię o tym dosłownie w kontekście prób skracania czasu pracy. Nie spotykam się też z sytuacjami, gdy ktoś uprawia ryzykowną partyzantkę – szarżuje czy odpina zabezpieczenie, stojąc na przykład na wąskim parapecie.

Jakie ograniczenia fizyczne mogą dyskwalifikować na starcie potencjalnych alpinistów przemysłowych?

Nigdy nie spotkałem otyłej osoby na linach, ale są wyjątki – wszystko zależy od predyspozycji. Długie ręce potrafią się przydać, ponieważ można wyżej sięgnąć; w wąskich przejściach czy na dachach pomocna będzie za to drobna sylwetka. Warunki fizyczne mogą być plusem, ale nie są najważniejsze. Problemem nie powinna być też płeć, choć panie na wysokościach spotyka się znacznie rzadziej.

Jak bardzo jesteście uzależnieni od warunków atmosferycznych?

Najbardziej przeszkadzają deszcz i wiatr. W mrozie też robi się ciężko – trzeba się odpowiednio ubrać. Po raz kolejny jednak muszę odwołać się do polskich realiów – jak pada i wieje, ale mamy stawiać wieżę telekomunikacyjną, a dźwig jest opłacony, to nikt nie ma na tyle kasy, żeby powiedzieć: „Panie, przyjedź pan jutro”. Dużo znajomych pracuje na turbinach wiatrowych za granicą – tam przed pracą mierzą nawet prędkość wiatru. Ale to zupełnie inne warunki – nawet gdy z powodu pogody nie pracujesz, dostajesz część wynagrodzenia, i to gdzieś na poziomie 80%. My na przykład mamy płacone od metra pomalowanej elewacji. A nie będziemy przecież malować w deszczu.



Pierwszy termin wywiadu musieliśmy nieco przełożyć ze względu na Twój daleki wyjazd. Często dojeżdżasz do pracy?

Czasami trzeba trochę podróżować, szczególnie na początku. Mi już udało się nawiązać takie współprace i kontakty, że mam w miarę stałe punkty, ale ciągle muszę trochę Polski pozwiedzać. Jest też sporo osób, które decydują się na zagraniczne wyjazdy – jak wspominałem wcześniej, tam stawki są znacznie lepsze.

Nietypowe zlecenia zdarzają się regularnie?

Czasami trzeba ściągnąć komuś kota z drzewa, a mój kolega odzyskiwał nawet telefon, który spadł na opuszczony balkon. To jednak w gruncie rzeczy margines.

To teraz trochę rozluźnienia na koniec. Co z najbardziej prozaicznymi kwestiami fizjologicznymi na górze?

Najczęściej pracujemy w miejscach, gdzie jest dostęp do ubikacji. Słyszałem jednak różne historie. Ja nigdy nie miałem żadnych maratonów na linach, ale jak się spędza cały dzień na dwustumetrowym kominie bez możliwości zejścia... Możliwości są ograniczone. Sam domyśl się, jak w takiej sytuacji korzysta się z toalety (śmiech).
2

Oglądany: 24204x | Komentarzy: 20 | Okejek: 130 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

16.06

15.06

14.06

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało