Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Wycieczka do Tajlandii miała mu pomóc dobrze się zabawić, a zamiast tego został mnichem

36 937  
123   65  
Dawid Schwalk kilkanaście lat temu wyjechał za pracą do Wielkiej Brytanii. Założył firmę elektryczną i odniósł wielki sukces. Na obczyźnie ożenił się i został ojcem. Małżeństwo rozpadło się z powodu jego pracoholizmu. Stracił motywację i chęć działania. Któregoś dnia wyjechał do Tajlandii, aby odpocząć. Przypadkiem trafił do buddyjskiego Zakonu Thamkrabok, gdzie niedługo później został… mnichem.
Z dnia na dzień porzucił cały swój dobytek i dotychczasowe życie. Aktualnie przebywa w Tanzanii, gdzie pełni rolę wolontariusza w katolickiej misji "Jestem, by służyć" i w sierocińcu w Dar Es Salaam.


Archiwum prywatne Dawida Schwalka

Jeszcze nigdy nie rozmawiałem z osobą świętą…

Jeśli chodzi Ci o podejście buddystów do michów, to jest to bardziej kwestia traktowania niż czci. To, czy ktoś uważa mnie za pięknego czy brzydkiego, świętego lub nie, to sprawa jego interpretacji. Faktem jest, że kiedy idę ulicami Tajlandii, Birmy czy Sri Lanki, to ludzie przede mną klękają. Jeśli siadam na ławce, to wszyscy inni wstają.

Co czułeś, widząc takie reakcje ludzi?

Na początku było to dla mnie bardzo dziwne, nie byłem przyzwyczajony do takiej adoracji. Z tym że ludzie nie adorują Dawida, a mnicha – jako pewien symbol.

Kiedy napisałem do ciebie z prośbą o wywiad, od razu się zgodziłeś. Dodałeś też, że zdajesz sobie sprawę, że „takie dziwadła dobrze sprzedają się medialnie”. Ludzie faktycznie postrzegają Cię jako osobę szaloną, faceta, który być może uległ tymczasowej modzie na buddyzm?

Faktycznie dostrzegam rosnącą popularność buddyzmu. Ja nie zostałem mnichem, ponieważ ciągnęło mnie do tej doktryny. Pojechałem do Tajlandii na dziwki i dobrą zabawę. Chciałem odreagować wszelkie stresy i problemy związane z prowadzeniem firmy. Spędzałem w niej po kilkanaście godzin dziennie, siedem dni w tygodniu. W Tajlandii pewien mężczyzna polecił mi odwiedzenie klasztoru Thamkrabok. Twierdził, że pobyt w tym miejscu pozwoli mi się wyciszyć. Postanowiłem skorzystać z tej możliwości. Poszedłem do zakonu na trzy dni, po czym postanowiłem przedłużyć ten pobyt do końca urlopu.

Na tym się jednak nie skończyło.

Tak, zadzwoniłem do kolegów, którzy ze mną polecieli do Tajlandii, że z nimi nie wracam.

Ta wiadomość musiała być dla nich szokująca.

Tak było! (śmiech) Miałem o tyle łatwo, że poinformowałem ich drogą telefoniczną, więc nie za bardzo mogli już na mnie wpłynąć.


Archiwum prywatne Dawida Schwalka

Podobnie swoją decyzję zakomunikowałeś w firmie, którą prowadziłeś w Wielkiej Brytanii.

Przekazałem pracownikom, że nie wracam i niech robią z firmą, co chcą.

Z tego co wiem, wiodłeś bardzo poukładane życie: miałeś rodzinę, dobrze prosperującą firmę, bezpieczeństwo finansowe. Co spowodowało, że podjąłeś decyzję o izolacji od świata?

Mój pracoholizm doprowadził do rozpadu rodziny, rozwiodłem się z żoną. Zarabiałem dużo pieniędzy i wpadłem w konsumpcjonizm. Najpierw kupowałem to, czego potrzebowała moja rodzina, a kiedy się rozpadła, to na pocieszenie fundowałem sobie samochody i podróże po świecie. W końcu poczułem, że już nic nie daje mi satysfakcji.

Czasem zatracamy się w drodze do sukcesu, nie dostrzegając, że w międzyczasie tracimy to, co ważne.

Być może, jednak mogę mówić tylko o moim postrzeganiu rzeczywistości. Dla mnie pogoń za pieniądzem przestała mieć sens. Zatraciłem się w prowadzeniu własnej działalności. To nie była praca na etat, tylko orka przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nawet na urlopie musiałem być pod telefonem. Do tego dochodził ciągły stres.


Archiwum prywatne Dawida Schwalka

Teraz żyjesz bardzo skromnie.

Nie przeszkadza mi to wcale, dostosowałem się. Do wszystkiego człowiek się przyzwyczai, do biedy też. Od czterech lat nie pracuję, a podróżuję po różnych krajach. Byłem w Tajlandii, na Sri Lance, w Indiach, na Malcie, teraz jestem pół roku w Tanzanii. Wciąż się przemieszczam, nie mając przy tym zasobów pieniężnych.

Postawiłeś na bezdomność i ubóstwo. Domyślam się, że byłemu biznesmenowi nie łatwo było się przestawić na takie okoliczności.

To prawda, ale są na to rozwiązania. Jak jestem w krajach buddyjskich, to zaczepiam się w klasztorach. Wiadomo, tam życie jest prostsze, choćby ze względu na posiłki, które dostajesz. Dba o to grupa wiernych, której w zamian odprawiam błogosławieństwa.

Odwdzięczasz się również drobnymi pracami związanymi z elektryką.

Pracowałem jako elektryk przez dwadzieścia lat, więc mam fach w ręku. Teraz pomagam w tej kwestii w Tanzanii. Oczywiście wszystko robię w ramach wolontariatu, nie biorę za to pieniędzy.


Archiwum prywatne Dawida Schwalka

Jak zatem opłacasz podróże?

Najczęściej jestem zapraszany, dostaję bilet. Na miejscu również otrzymuję wsparcie. Ludzie od jakiegoś czasu mocniej otworzyli się na buddyzm i mnichów. Z tym że bardzo często nie przyjmuję pomocy. Wolę żyć skromnie.

Cofnijmy się do czasu, kiedy zostałeś przyjęty do klasztoru w Tajlandii. Podjąłeś się wtedy przestrzegania ponad dwustu zasad, według których funkcjonują mnisi buddyjscy.

W tym klasztorze było osiem głównych reguł, jakie należy przestrzegać. Ogólnie mnich powinien przestrzegać 227 zasad Patimokkha. Należy podkreślić, że część z nich jest „martwa”, dotyczy czasów przeszłych, a świat bardzo się zmienił.

Jakiś przykład?

Chociażby ubiór mnicha, który według wytycznych powinien się składać ze zszytych ze sobą różnych kawałków materiałów. Czasy jednak się zmieniły, dostęp do wszelkich dóbr jest powszechny, dlatego dla tradycji rozcinamy jednolity materiał na mniejsze części, a następnie na nowo łączymy.


Archiwum prywatne Dawida Schwalka

A które z zasad głównych były dla ciebie najtrudniejsze do przyswojenia? Jeden posiłek dziennie, zakaz seksu, rezygnacja z używek?

Nigdy nie miałem problemu z używkami. Kiedy prowadzi się firmę, to nie można sobie pozwolić na takie rzeczy. Piłem bardziej na urlopach, ale też niedużo, bo potem chodziło się na panienki, a jak wiemy, alkohol w nadmiarze nie pomaga w takich sytuacjach.

Z czym zatem miałeś kłopot?

Z brakiem pieniędzy. Kiedy jesteś wolny finansowo, możesz wszystko kupić. Nawet ludzi, taka prawda. Nie musisz zabiegać o niczyje względy. To duża wygoda.

Masz poczucie władzy.

Z tego było mi najciężej zrezygnować. To był duży detoks. Musiałem zmienić taktykę: zamiast pieniędzy, zabiegać o sympatię ludzi uśmiechem, życzliwością.

Zmieniła się waluta.

Musiałem się jej nauczyć, ale odpowiada mi dużo bardziej niż poprzednia.


Archiwum prywatne Dawida Schwalka

Bycie mnichem to twój pomysł na resztę życia?

Nie planuję do przodu. Chcę przeżyć dzień, jakby kolejnego miało nie być. Moja dewiza brzmi: plany są po to, żeby je zmieniać.

Kiedy poczułeś, że styl życia mnicha może być również twoim?

To przyszło z czasem. Nie poszedłem do klasztoru po to, żeby zostać mnichem, tylko żeby otrzeźwieć od życia, które miałem. Odcięcie się od wszelkich dóbr, biznesów czy ludzi spowodowało, że poczułem wewnętrzny spokój. Spodobało mi się to.

Odciąłeś się od świata, ale co z rodziną, co z synem? Na pewno spotkałeś się z dużą krytyką. Zresztą sporo ludzi po przeczytaniu tego wywiadu pewnie uzna, że nie postąpiłeś fair wobec najbliższych i jesteś zwykłym egoistą, bo żyjesz sam dla siebie.

Masz dzieci?

Tak, mam małego synka.

Więc powinieneś mnie zrozumieć. Chciałbyś, żeby syn poświęcał się dla innych czy żył szczęśliwie i był zadowolony?

To nie jest taka prosta sytuacja do oceny, to bardzo złożona kwestia.

Moim zdaniem powinniśmy traktować siebie jak własne dziecko. To jest miłość. Jeśli ktoś mi mówi, że to jest egoistyczne myślenie, to dla mnie jest idiotą, bo nie kocha sam siebie.
Nie jest zapewne ani radosny, ani szczęśliwy, a to jest przecież najważniejsze w życiu.


Archiwum prywatne Dawida Schwalka

Nie odpowiedziałeś mi na pytanie, czy twoje dawne otoczenie popiera twoją decyzję.

Jestem odcięty od świata, kontaktuję się z nim jedynie poprzez Facebooka, gdzie publikuję posty. Czasem pojawiają się złośliwe głosy. Jeśli ktoś wypowiada się o mnie bardzo agresywnie czy wulgarnie, to go zwyczajnie usuwam. Dbam o swój komfort tak, jak w życiu. Przecież nie robię na co dzień pod siebie, tylko idę do toalety. Podobnie traktuję Facebooka, dbam w nim o higienę. A jeśli pojawią się jakieś negatywne komentarze pod wywiadem czy artykułem na mój temat, to nie rusza mnie to wcale, bo ich nie czytam. Druga sprawa, że w komentarzach ludzie wyrażają samych siebie i to o nich źle świadczy.

Pytam cię o te kwestie nieprzypadkowo, ponieważ kiedy przeprowadzam wywiad z indywidualistą, na przykład z podróżnikiem, to pod rozmową pojawia się sporo hejtu. Kiedyś taka osoba byłaby idolem wielu ludzi, dziś często jest odbierana jako głupia, egoistyczna jednostka.

Tylko dlaczego ludzie tak komentują? To też nie jest tak, że czasy się zmieniły, tylko w dobie internetu wszystko jest bardziej widoczne.

Wróćmy do kwestii buddyzmu: długo pracowałeś na zaufanie mnichów, nim stałeś się jednym z nich?

W Tajlandii to są biznesy, a nie klasztory. Tam ludzie z Zachodu traktowani są jak chodzące bankomaty, dlatego są w zakonach bardzo pożądani. Nawet kiedy byłem już mnichem, to odwiedzali mnie znajomi z zagranicy, nie było z tym żadnego problemu, bo przy okazji zostawiali jakieś datki na klasztor. Nie idealizowałbym tych miejsc w Tajlandii. Sytuacja wygląda dużo lepiej na Sri Lance, tam nie ma już takiej patologii. Mnichom dużo łatwiej praktykować buddyzm. Podobnie jest w Indiach, gdzie mnisi są żebrakami i żyją na ulicy. W Tajlandii, na Sri Lance czy nawet w Birmie mnisi to taka klasa wyższa.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że klasztor buddyjski przypomina bardziej psychiatryk niż zakon chrześcijański.

W zakonie chrześcijańskim poświęcasz się dla Boga, w buddyzmie go nie ma. W zakonie poświęcasz się sobie, pracujesz nad własnymi lękami, stresami, przyzwyczajeniami, zachowaniami. Musisz się również odseparować od rodziny, żeby być wolnym mentalnie. To praca nad swoją psychiką i duszą.


Archiwum prywatne Dawida Schwalka

Klasztor, w którym zaczynałeś swoją przygodę z buddyzmem jest miejscem, w którym leczy się osoby uzależnione. W terapii stosuje się m.in. preparaty ziołowe przygotowane przez mnichów.

To jedno z najbardziej znanych na świecie miejsc do walki z uzależnieniami. Cały proces terapii jest skomplikowany, wielotorowy.

Ale też podobno bardzo skuteczny. Miałeś możliwość zobaczenia rezultatów odwyku na własne oczy.

Do klasztoru trafiają osoby, które przeszły wcześniej inne terapie, oczywiście nieskuteczne w ich przypadku. To dla nich ostatnia deska ratunku. Myślę, że terapia stosowana w zakonie nie miałaby racji bytu w Europie.

Dlaczego?

Bo jest brutalna. Nazywa się „Cold turkey” (zimny indyk – red.). Polega na gwałtownym odstawieniu używek, nie ma okresu przejściowego. Pacjenci walczą z delirką, bólami mięśni. Nocami dosłownie wyją z cierpienia. Trzymani są w zamknięciu i często skrępowani przez 7 dni. W Tajlandii nie ma żadnej ochrony prawnej osób, które decydują się na terapię. Co ważne, osoby po takim procesie raczej nie wracają do swoich nałogów, mając w pamięci koszmar, jaki musiały przeżyć. Traumatyczne doświadczenia skutecznie je od tego powstrzymują.


Archiwum prywatne Dawida Schwalka

Nawet tajlandzkie wojsko oddaje uzależnionych żołnierzy do klasztoru.

To prawda, ale obecnie następuje powolna degradacja tego miejsca. Klasztor cieszył się zaufaniem społecznym do 2003 roku, kiedy zmarł jego założyciel. Mnisi z największymi wpływami walczą ze sobą o majątek i władzę. Były też przypadki handlu pacjentami.

Czy na degradację takich miejsc nie ma wpływu nowoczesna technologia? Sam przecież, będąc mnichem, używasz Facebooka, piszesz posty, robisz zdjęcia w świątyniach. To się trochę nie gryzie z miejscem, w którym człowiek powinien się wyciszyć i medytować?

Moim zadaniem w świecie Zachodu mamy niewłaściwe wyobrażenia na temat takich miejsc. Kiedyś zaprosiłem do siebie trzy osoby, żeby przyjęły święcenia. Próbowałem powiększyć polską kolonię w klasztorze. Po kilku tygodniach osoby te zrezygnowały, ponieważ inaczej wyobrażały sobie pobyt w klasztorze. Mnisi są normalnymi ludźmi, a życie w zakonie to jak życie w akademiku: mieszają się różne charaktery, pojawiają się konflikty, zdarzają się nawet libacje alkoholowe. Zderzenie z taką rzeczywistością jest dla niektórych nie do przyjęcia.

Zazwyczaj wyobrażamy sobie takie miejsca na podstawie zdjęć, artykułów czy filmów.

To tylko medialny wizerunek, który niewiele ma wspólnego ze stanem faktycznym. Buddyzm to droga środka, nie ma ascetyzmu, nie ma hedonizmu. Pytanie: gdzie ten środek leży? Środek azjatycki będzie w Europie odbierany jako skrajny ascetyzm. Wspólną cechą tego założenia jest rezygnacja z komfortu. Dla przykładu: jako mnich jem jeden posiłek dziennie, i to nie taki, na który mam ochotę, tylko taki, który otrzymałem.

A co cię najbardziej zaskoczyło, jeśli chodzi o sytuację „wyobraźnia vs rzeczywistość”?

Idąc do klasztoru buddyjskiego, nie miałem żadnych wyobrażeń czy oczekiwań. Było mi zdecydowanie łatwiej. Jedyny film związany z tym tematem, jaki wcześniej widziałem, to „Shaolin soccer” (śmiech). Dlatego tak łatwo przeszedłem aklimatyzację. Skupiłem się na walce z moimi słabościami, m.in. z lękiem wysokości, brakiem snu, jednym posiłkiem dziennie, nieużywaniem pieniądza, czy odseparowaniem się od rodziny. Odciąłem się od wszystkiego i skoncentrowałem na sobie.

Nie irytowała cię np. walka mnichów o władzę?

Trochę tak. Klasztor podzielił się na trzy różne frakcje. Konkurują ze sobą. Poszedłem do jednej z nich, to druga krzywo na mnie patrzyła. Słowo z„drada” padało co chwilę. Na dłuższą metę jest to męczące.


Archiwum prywatne Dawida Schwalka

Niewiele ma to wspólnego z buddyzmem…

Takie są fakty. Muszę jednak powiedzieć, że jestem wdzięczny klasztorowi za wszystkie nauki. Dzięki nim wiem, jak żyć na ulicy, wcześniej zupełnie bym sobie z taką sytuacją nie poradził. Obecnie nie mam oczekiwań co do komfortu, mogę spać na chodniku. Widzę natomiast jakie ograniczenia mają inni. Mój kolega, który przeszedł ze mną naokoło Kilimandżaro, miał problem, żeby załatwić się bez toalety. To są przecież proste sprawy do rozwiązania.

Dzisiejsza moda na buddyzm to chwilowy trend czy stała tendencja?

Dziś wszystko co buddyjskie jest cool. Wydaje mi się, że wiele osób używa tego określenia, nie mając do końca o nim pojęcia. Podobna sytuacja jest z buddyzmem tybetańskim - to nie są przecież nauki Buddy. Tradycja i kultura tybetańska została przemianowana na buddyzm, jednak zupełnie się z nim nie zazębia.

Kto zatem jest prawdziwym buddystą?

Prawdziwy buddysta przede wszystkim przestrzega pięciu zasad, w skrócie: powstrzymuj się od zabijania, kradzieży, kłamania, niewłaściwych relacji seksualnych, używek. Wielu mężczyzn w Tajlandii idzie do klasztoru tylko na jakiś okres czasu. Mają żony, mają dzieci, mają domy, firmy, ale idą do zakonu, przyjmują święcenia, ubierają szaty i przez kilka miesięcy są mnichami. Po tym okresie wracają do swojego życia.

Żałowałeś kiedyś swojej decyzji, miałeś momenty kryzysowe?

Nie.

Muszę ci wierzyć, bo teoretycznie nie możesz kłamać, ale czy naprawdę nigdy nie obudziłeś się w środku nocy z myślą: co ja najlepszego zrobiłem? Albo: muszę wrócić do dawnego życia?

Nie, bo nie chcę do niego wracać. Na pewno nie do prowadzenia firmy. Jak nauczyłem się żyć bez pieniędzy, to już wiem, że nie są mi do niczego potrzebne. Jeśli już pojawiają się zwątpienia, to dotyczą one obranej ścieżki. Dla przykładu lockdown mocno komplikuje moją swobodę. W zeszłym roku dopadł mnie w małej indyjskiej wiosce. Byłem odcięty od świata, z tymi wszystkimi zasadami. Trudno było np. o posiłek od ludzi. Zastanawiałem się wtedy, czy nie przyjąć jakiegoś mniej restrykcyjnego stylu życia mnicha. Ale ogólnie lubię swoją ścieżkę i zasady, którymi się kieruję. Zawsze mogę też przestać być mnichem.



Archiwum prywatne Dawida Schwalka

Według tradycji z bycia mnichem możesz zrezygnować trzy razy.

Niekoniecznie. To tylko wskazanie, nie reguła. Są osoby, które rezygnowały i po dwadzieścia razy.

Chciałbyś przekonać czytelników do podążania drogą Buddy?

Każdy podejmuje swoje decyzje i podąża własnymi ścieżkami. Jedni idą naokoło, inni na skróty. Nic mi do tego. Jeśli ktoś podejmie taką decyzję, to mogę pomóc: przyjąć święcenia, doradzić klasztor, porozmawiać z jego przełożonymi. Pomagam ludziom w ich ścieżce buddyjskiej, natomiast nikomu jej nie narzucam. Mam za to radę dla dziennikarzy, dla ciebie również.

Słucham.

Malujcie świat w sposób radosny.

To znaczy?

Widzisz, co dzieje się w mediach – wszyscy obrzucają się błotem. Prawda jest subiektywna, twoja opinia to wyłącznie twoje postrzegania rzeczywistości, co nie znaczy, że tak faktycznie jest. Dlatego wskazuję, aby pokazywać świat takim, jakim chciałbyś go widzieć.

Trochę idylliczna wizja.

Wiem, że koncerny mediowe narzucają pewne schematy, ale zawsze można przemycić trochę światła.


Archiwum prywatne Dawida Schwalka

Przemyćmy zatem trochę światła na koniec naszej rozmowy. Znasz może jakiś dowcip o mnichach?

Znam, ale one są raczej nieśmieszne dla ludzi postronnych.

Spróbujmy.

Podczas medytacji jeden mnich pyta drugiego: „Czy ty też nie myślisz o tym, o czym ja nie myślę?.
14

Oglądany: 36937x | Komentarzy: 65 | Okejek: 123 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało